piątek, 22 sierpnia 2014

Dom w Cavendish


Ta wizyta na Wyspie Księcia Edwarda na długo pozostanie mi w pamięci. Każdego dnia bardzo dużo się dzieje i dzień dzisiejszy nie różnił się pod tym względem, choć pogoda zdecydowanie się pogorszyła. 

Wiem, że wszyscy zachwycają się Zielonym Wzgórzem; ja też właśnie dla niego przyjechałam pierwszy raz na Wyspę. Pierwsze kroki zawsze kierujemy na Zielone Wzgórze i mam nadzieję, że w przyszłości będziemy kontynuować tę tradycję. Jest coś baśniowego w tym dostojnym domostwie z zielonymi szczytami. Wiele osób marzy o tym, żeby właśnie tu się znaleźć, zobaczyć facjatkę Ani, przespacerować się Aleją Zakochanych i przejść przez Las Duchów... Zielone Wzgórze nie jest jednak miejscem, które istniało, kiedy Montgomery pisała „Anię z Zielonego Wzgórza”. Dopiero po sukcesie książki, kiedy farmę odkupił od krewnych pisarki rząd kanadyjski, stworzono „Zielone Wzgórze” wzorowane na książkach o Ani. Kiedy Maud odwiedzała ten dom, wyglądał on jednak zupełnie inaczej, choć nie ma wątpliwości co do tego, że był inspiracją dla książkowego Zielonego Wzgórza. 

Miejscem, które zawsze odwiedzam w Cavendish i które według mnie jest najbardziej autentycznym jest miejsce, w którym stał dom dziadków Macneill. Po domu niestety zostały jedynie fundamenty, ale pomimo tego wizyta w miejscu, gdzie mieszkała pisarka pozostaje na długo w pamięci. Być może za sprawą starych drzew, które ukochała Maud... Być może dzięki atmosferze panującej w ogrodzie i na ścieżkach, którymi można się przechadzać – tak, jak robiła to pisarka... Być może dlatego, że właśnie w tym miejscu powstała „Ania z Zielonego Wzgórza” i 3 inne książki Montgomery... Nie wiem, na czym polega czar tego miejsca, ale wracam tu podczas każdej wizyty i słucham tej samej opowieści któregoś z krewnych Lucy Maud Montgomery.



































Dziś miałam wyjątkowe szczęście, gdyż udało mi się zastać w księgarni/muzeum zarówno Jennie Macneill, jak i Johna oraz ich syna Davida. 




Z Jennie odbyłam dosyć długą rozmowę na temat dzienników pisarki oraz różnych biografii. Zapytałam również o pewną nieścisłość między dziennikami a biografią ”The Gift of Wings”. Jennie nie pamiętała tego konkretnego fragmentu, więc poszukałam go w obydwu książkach i pokazałam Jennie dosyć istotną rozbieżność. Będę nadal drążyła temat, bo jeśli w ”The Gift of Wings” jest tak wielkie przekłamanie, to trudno będzie mi traktować tę książkę jako rzetelną biografię.

Zdaję sobie sprawę, jak wiele osób chciałoby tu być. Dziś mam więc małą niespodziankę – fragment opowieści Davida Macneill na temat lat spędzonych przez Maud w domu dziadków Macneill. Dostałam zgodę na upublicznienie tego nagrania, za którą jestem niezmiernie wdzięczna krewnym Maud. 



Po wizycie w domu dziadków Maud w Cavendish pojechałam do Silver Bush. Była to już czwarta wizyta. Tym razem zdobyłam coś wyjątkowego dla Zwycięzców konkursu 😊😊. Te śliczne stempelki własnoręcznie przybiła Pam Campbell (żałowałam, że nie miałam wtedy aparatu!). Jak widzicie mam problemy z utrzymaniem tajemnic.😊😊



Kolejny piękny dzień za nami. Ta wizyta na Wyspie Księcia Edwarda jest niezwykła pod każdym względem...

8 komentarzy:

  1. Czytam, czytam i tak się czuję jakbym tam sama była. Dziękuję za kolejną relację, Mariola

    OdpowiedzUsuń
  2. Każdy dzień spędzony na wyspie jest z pewnością wyjątkowy i niezapomniany i mam wrażenie, że przy następnej wizycie też tak będzie. A wiesz dlaczego Bernadko tak myślę? Bo patrzysz na wszystkie nie tylko oczami ale przede wszystkim sercem. O pasji i jej ciągłemu jej rozwijaniu nie wspomnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje Elu za te slowa... Wyspe faktycznie odbieram glownie sercem. Pokochalam ja lojalna i gleboka miloscia, a ona odwdziecza mi sie wspanialymi widokami i wyjatkowymi chwilami.

      Usuń
  3. Myślę, że to właśnie jest magia historii prawdziwej. Można "dotknąć" miejsc, które niegdyś ukochała autorka i ma się poczucie, że patrzy się na widoki, na które patrzyła, stąpa po ziemi, po której się przechadzała przed wielu laty i tak ukochała. To magia historii prawdziwej. Czuję to ilekroć bywam w może mniej uroczych, ale za to bardzo "historycznych" miejscach i zawsze to poczucie rzuca mnie na kolana, gdy moja wyobraźnia pokazuje mi widoki historii prawdziwych, czasem z przed setek lat. Jeśli dodamy do tego uczucie do osoby, która z takim miejscem była związana i to tak bardzo silnie jak Maud, to działa jeszcze silniej na zmysły. Tak sobie wyobrażam. I mogę tylko pozytywnie pozazdrościć :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pewnie nie mogłabym się oderwać od podziwiania tych książek i kartek zapisanych przez samą Maud!

    Pozdrawiam,
    Magda

    OdpowiedzUsuń
  5. A kwiaty jak w polskich ogródkach :)

    OdpowiedzUsuń