niedziela, 24 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon cz. V

EPILOG


Złoty Brzeg
Boże Narodzenie

Kochana Nadiu!

Bardzo, bardzo dziękuję Ci za list i prezenty, które przysłałaś mi na Gwiazdkę! Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się ucieszyłam, gdy poszłam na pocztę, i panna Montgomery dała mi paczkę od Ciebie! To było tydzień temu, a ja dopiero teraz Ci odpisuję, już wyjaśniam dlaczego tak późno.

Otóż moja Mama poradziła mi, żebym nie otwierała paczki od razu, tylko położyła ją pod choinką, to będę miała wrażenie, że Ty przyjechałaś na Święta i przywiozłaś mi prezent. Wydawało mi się to trochę dziwne, ale okazało się, że Mama jak zwykle miała rację. Gdy otwierałam paczkę, nachyliła się do mnie i szepnęła „Pomyśl, że może w tej samej chwili Nadia wyjmuje spod choinki prezent od ciebie”.  I rzeczywiście to poczułam. W dodatku Zuzanna w sekrecie upiekła czekoladowe ciasto według przepisu Twojej Mamy! Nazywamy je „Ciasto Pani Bernadety”. Tak więc upiekła je w wielkiej tajemnicy, żeby mi zrobić niespodziankę, a jak je przyniosła na stół, to naprawdę poczułam się, jakbyście właśnie byli w Blue Moon i Twoja Mama przysłała nam kawałek swojego ciasta. Nie wiem, skąd Mama i Zuzanna mają takie wspaniałe pomysły, ale dzięki nim nie tęsknię tak bardzo za Tobą. To znaczy bardzo tęsknię, ale równocześnie czuję Twoją obecność.

Dziękuję Ci za model Złotego Brzegu – naprawdę Twój Tata to geniusz! Mieliśmy wspaniałą zabawę, składając te dziwne klocki według napisanych na nich numerków. Nie było to wcale łatwe, bo przecież nie dostaliśmy żadnego rysunku ani zdjęcia, nie wiedzieliśmy więc, co tak naprawdę mamy zbudować. Wyobrażasz sobie, ile śmiechu (ale i sprzeczek) przy tym było?

Najwięcej radości sprawiło mi zdjęcie, na którym razem bawimy się na plaży. Tata obiecał mi przywieźć z Białych Piasków piękną ramkę. Oprawię je, postawię na stoliku w swoim pokoju i zawsze będę Cię miała przy sobie.

A teraz coś Ci napiszę. Otóż moja Mama, gdy zobaczyła paczkę od Ciebie, wydała lekki okrzyk i utkwiła wzrok w adresie nadawcy, napisanym na przesyłce. Nie rozumiałam, co ją tak zaskoczyło – przecież wie, jak się nazywasz i gdzie mieszkasz. Zapytałam ją, a ona wskazała Twoje imię i powiedziała, żebym się przyjrzała. Nadal nie wiedziałam, o co chodzi, więc mi kazała głośno powtórzyć kilka razy NADIANADIANADIA. Wtedy nagle usłyszałam, że nie mówię Nadia, tylko Diana!!! A Diana (a właściwie ciocia Diana Wright) to nasza ukochana ciocia i najlepsza przyjaciółka mojej Mamy! Czy to nie fascynujące, że masz na imię prawie tak samo jak ona? Wcześniej nie zwróciłyśmy na to uwagi, bo wszyscy mówili do Ciebie „Nadiu”, ale jak zobaczy się Twoje imię napisane, to od razu rzuca się w oczy, że to są takie same sylaby, tylko przestawione. Mama mówi, że to przeznaczenie.

Wiesz, że od Twojego wyjazdu z Wyspy minęły już cztery miesiące? Już za pół roku będzie koniec szkoły i znowu przyjedziecie do Blue Moon. Nie mogę się doczekać!

                                        Bardzo mocno Cię całuję
                              Twoja Przyjaciółka
Rilla

PS. Cała moja rodzina gorąco pozdrawia Ciebie i Twoich Rodziców. Zuzanna też przesyła wyrazy szacunku.
PS1. Zapomniałabym – panna Montgomery także załącza serdeczne pozdrowienia.

                                                  Rilla

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"


sobota, 16 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon cz. IV

        (Pominięte kilka stron)


- Tu, na Wyspie, mam dziwne sny – zwierzała się Nadia Rilli kilka dni później. Obie dziewczynki siedziały na małej ławeczce przed Wymarzonym Domkiem jedząc zabrane na wyprawę kanapki.
- Co ci się śniło tym razem? – Rilla zwróciła w stronę przyjaciółki zaciekawiony wzrok.
- Byłam… byłam jakoś dziwnie ubrana, to znaczy może nie dziwnie ale tak jakoś bardzo biednie; miałam słomkowy kapelusz i warkoczyki…
- I co w tym dziwnego? – w głosie Rilli zabrzmiało rozczarowanie.
- Czekaj, bo to nie koniec. Stałam na ganku jakiegoś domu, przede mną stali jacyś ludzie, pytali jak mam na imię, a ja mówiłam, że Ania, ale żeby nazywali mnie Kordelią.
- Przecież to bez sensu! – oburzyła się Rilla. – Dlaczego tak powiedziałaś?
- Sama nie wiem. I w dodatku ci wszyscy ludzie byli jacyś tacy… nienormalni chyba. Kobiety z gołymi głowami, w spodniach, w jakichś swetrach, krótko ostrzyżone…
- W spodniach? – Rilla wyglądała na wstrząśniętą. – Z gołymi głowami? Niemożliwe!
- No właśnie dlatego mówię, że te sny są dziwne. I ja w nich też jestem dziwna. Niby jestem sobą, ale nie zawsze.
- Nie myśl o tym – Rilla zerwała się z ławeczki. – Chodź, chłopcy nas wołają, idziemy do latarni Kapitana Jima!



*  *  *

 W Latarni przywitał ich wilgotny chłód, będący miłą odmianą po upale panującym na zewnątrz. Po obejrzeniu wnętrza cała gromadka usiadła na schodkach i odpoczywała. Nan i Di opowiadały coś sobie po cichutku. Nadia oparła głowę o ścianę, Jim zamyślił się tak głęboko, że zdawał się drzemać, Walter wpatrzył się w pas granatowej wody, widoczny nieopodal latarni.
- Pan Ocean – szepnął. – Pan Ocean…
- Co mówisz, Walterze? – Rilla spojrzała zaskoczona na brata. On zwrócił na nią błyszczące oczy.
- Czytałem książkę o pewnym kapitanie, który, zawsze jak wypływał na Atlantyk, witał się z oceanem.
- Jak to „witał się”? – w głosie Jima zabrzmiała lekka kpina. – Rękę mu podawał czy jak?
- Ach, to była cała ceremonia! – zawołał Walter. - Razem z pierwszym oficerem szedł na dziób statku, za nimi steward niósł tacę z butelką najlepszego koniaku i trzy kielichy. Steward napełniał te kielichy, po czym kapitan gromko wołał trzy razy „Dzień dobry, Panie Ocean, dzień dobry!” i zawartość jednego kielicha wylewał na fale. Pozostałe dwa oczywiście wypijali, on i oficer.
- I co? – spytała rozśmieszona Rilla. – Pan Ocean był zadowolony z tego powitania?
- Chyba tak, Rillo-ma-Rillo – poważnie odpowiedział Walter. - Bo nigdy nie zdarzyło się, żeby kapitan na Atlantyku miał kłopoty, sztormy, czy coś w tym stylu. Chociaż raz zdarzyło mu się coś zabawnego.
 Teraz już wszyscy słuchali z zapartym tchem.
- Kiedyś ten kapitan musiał zastąpić innego kapitana na jego statku. Ten statek miał jakoś źle wyprofilowany dziób, czy coś, w każdym razie każda większa fala wdzierała się na pokład. Z tego powodu wydano kategoryczny zakaz wychodzenia na dziób podczas nawet niewielkiego sztormu. Kapitan albo o tym zapomniał, albo nie wiedział, albo zlekceważył ten zakaz. No i jak zaczął się sztorm, to wyszedł na pokład, żeby zaklinać fale.
- Co robić? – parsknął Shirley.
- Zaklinać fale. On na swoim własnym statku, tym, którym zawsze dowodził, miał dokładnie opracowany taki rytuał – przyprowadzał na dziób grono wybranych pasażerów, ustawiał ich w bezpiecznym miejscu, wyliczał, która fala wpadnie na pokład, bo na oceanie co dziewiąta fala jest większa, i wchodził na dziób, wyciągał ręce nad wodą mówiąc „Cicho, Panie Ocean, cicho!” po czym podawał ramię najładniejszej pasażerce i spacerował z nią wzdłuż relingów, to znaczy tych barierek. A potem odprowadzał ją na miejsce i w tym momencie miejsce przechadzki zalewała ogromna fala. Oczywiście wszyscy byli zachwyceni  i oczarowani.
- Ja myślę! – zawołał Jim. – Co za spryciarz!
 Reszta milczała, zafascynowana.
- I ten właśnie kapitan – podjął Walter – na tym nieswoim statku, na którym miał zastępstwo, postanowił zaklinać fale, gdy zaczął się sztorm. Na szczęście nie zabrał ze sobą nikogo z pasażerów, a jedynie pierwszego oficera i bosmana. Gdy tylko wyciągnął dłonie nad wodą, na pokład wdarła się fala, zwaliła go z nóg i byłby spadł do oceanu, gdyby bosman go nie złapał. Stracił tylko buty i skarpetkę. Pierwszy oficer zaczął mu robić wymówki, i przypominać, że na tym statku nie wolno podczas wysokiej fali wchodzić na dziób, a na to kapitan:  Kochany mój! Nic nie rozumiesz! Pomyliłem się! Zamiast powiedzieć „Cicho, Panie Ocean!” powiedziałem „Cicho, Matka Morze!”
Zebrani wybuchnęli gromkim śmiechem. Nadia pomyślała, że kapitan, który rozmawia z oceanem – to musiał być wspaniały człowiek.
- Zaraz, zaraz – zorientowała się nagle. – A czy ten kapitan naprawdę istniał czy to tylko taka powieść?
- Istniał naprawdę – zapewnił ją Walter. – Był Polakiem, nazywał się Eustazy Bork… Borkowski.
- Szkoda że Kapitan Jim nie żyje – powiedziała z żalem Nan. - Na pewno o nim słyszał, może go nawet znał. Gdyby żył to moglibyśmy go zapytać.
- Kapitan Jim mieszkał w tej latarni – wyjaśniła Rilla Nadii. - I był latarnikiem.
- Latarnikiem? Przecież był kapitanem? – zdziwiła się Nadia.
- Był już zbyt stary, żeby pływać na statkach, więc został latarnikiem.
- Czytałam opowiadanie o latarniku – powiedziała Nadia powoli, jakby z namysłem. – Tam był taki piękny opis oceanu… czekajcie, przypomnę sobie.
Wstała ze schodka i patrząc rozmarzonym wzrokiem na granatowy bezkres, przypominała sobie kolejne zdania.
- Była to chwila wielkiego spokoju i ciszy – zaczęła uroczyście. -  Zegary aspinwalskie wybiły piątą po południu. Jasnego nieba nie zaciemniała żadna chmurka, kilka mew tylko pławiło się w błękitach. Ocean był ukołysany. Nadbrzeżne fale zaledwie bełkotały z cicha, rozpływając się łagodnie po piaskach…
Urwała. Sześć par oczu wpatrywało się w nią z natężeniem.
- Nie pamiętam, jak to leciało dalej – Nadia nagle się speszyła. – Ale ten latarnik tak zaczytał się w książce, że zapomniał zapalić latarnię i stracił posadę.
- Kapitan Jim nigdy by tak nie zrobił! – zawołała Rilla.
- Kapitan Jim nawet czytając księgę swojego życia pamiętał, żeby zapalić latarnię – potwierdził Jim. – Umarł o świcie, przeczytawszy całość. A latarnia nadal się paliła.
- I to zaalarmowało naszego tatę – dodała Di. – Wiedział, że Kapitan bardzo skrupulatnie przestrzega godzin zapalania i gaszenia latarni, więc jak zobaczył, że latarnia pali się w dzień, od razu wiedział, że coś się stało.
- Znaliście go? – spytała Nadia z zapartym tchem.
- Nie – pokręcił głową milczący do tej pory Shirley. – Wszyscy urodziliśmy się już po jego śmierci.
- Nieprawda – zaprzeczył Jim. – Ja go znałem, a raczej to on znał mnie, bo byłem za mały, żeby cokolwiek zapamiętać. Imię mam po nim, mama uznała, że jej pierwszy syn musi nosić imię Kapitana. Często go wspomina. Mówi, że był wspaniałym człowiekiem.
- Żegluje teraz gdzieś po oceanach niebieskich – szepnął zamyślony Walter. – Po Oceanach Pana…

- I po Panach Oceanach – dodała cicho Nadia.

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"

INSPIRACJE, CYTATY, ZAPOŻYCZENIA

1.  Lucy Maud Montgomery: „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Wymarzony Dom Ani”, „Dolina Tęczy”, „Rilla ze Złotego Brzegu”    
2.    Lucy Maud Montgomery „Dzienniki”
3.    Henryk Sienkiewicz „Latarnik”
4.    Karol Olgierd Borchardt „Szaman morski”
5.    Blog: kierunekavonlea.blogspot.com
7.    Facebook, profil „Bernadeta Milewski”




piątek, 15 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon cz. III

Od tej pierwszej wizyty minęły dwa tygodnie. Teraz Nadia i Rilla maszerowały razem na pocztę, by wysłać do Montrealu dużą, szarą kopertę.
- Wiesz, moja mama pisze opowiadania, które wysyła do wydawcy – Rilla ujawniła przyjaciółce, co jest w kopercie.
Nadia aż zakrztusiła się bułką. Gdy złapała oddech, spojrzała na towarzyszkę z niedowierzaniem.
- Jest pisarką? Prawdziwą pisarką?
- Taką prawdziwą to chyba nie – szczerze wyznała Rilla. – Prawdziwa to taka, która pisze książki, a moja mama pisze tylko krótkie opowiadania. Potem są wydrukowane w gazecie, a to chyba się nie liczy.
- Wiesz… - powiedziała Nadia niepewnie. – Twoja mama mi się dzisiaj śniła…
- Naprawdę? – oczy Rilli zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Co dokładnie ci się śniło?
- Nnnoo… ja nie wiem, czy to była ona… ale tak czułam… była chuda, brzydka i nieszczęśliwa, bo nikt jej nie kochał.
- To nie mogła być moja mama – oświadczyła Rilla z przekonaniem. – Moja mama jest zgrabna, piękna i szczęśliwa. Tata świata poza nią nie widzi, Zuzanna ją uwielbia, i my wszyscy ją kochamy. Bzdury ci się śniły i tyle!
Nadia umilkła. W końcu sama nie była pewna, o co chodziło w tym śnie.
W milczeniu doszły na pocztę. Kobieta, której wręczyły szarą kopertę, uśmiechnęła się do nich ciepło. Dłoń miała poplamioną atramentem, a na biurku leżał stos kartek zapisanych drobnym pismem.
- Nowe opowiadanie, prawda? – zwróciła się do Rilli. – Pozdrów mamę ode mnie. Mam nadzieję, że za kilka dni przyjdzie odpowiedź, równie pozytywna jak poprzednie.
- Dziękuję, panno Montgomery – Rilla była nieco onieśmielona. – A pani…. pani też coś pisze?
- Ach – kobieta, nazwana panną Montgomery, lekko westchnęła. – Zaczęłam, ale utknęłam... Jest sierotka, której nikt nie chce…. Dobra, wrażliwa, szczera, tylko że nikt jej nie chce, a ja nie wiem dlaczego…
- Bo nie jest chłopcem! – zawołała Nadia, zanim zdążyła uświadomić sobie niestosowność swego okrzyku. Złapała się za usta i przerażona spojrzała na pannę Montgomery. A ona utkwiła w niej przenikliwy wzrok, w którym  Nadia dostrzegła nagły błysk. Jak zahipnotyzowana patrzyła w oczy kobiety, obojętna na fakt, że Rilla ciągnie ją do wyjścia. Czuła, że właśnie stało się coś bardzo ważnego, coś, co będzie miało wpływ na życie wielu ludzi. Coś, co przetrwa wiele lat i odbije się echem na całym świecie. Nie wiedziała, co to jest, ale jakąś cząstką świadomości zdawała sobie sprawę, że w pewnym stopniu jest za to odpowiedzialna. Że jej nieprzemyślane słowa, słowa, które słyszała we śnie, i odruchowo powtórzyła, że te słowa „bo nie jestem chłopcem” są jednymi z najistotniejszych słów, jakie w życiu wypowie. Błysk w oczach panny Montgomery powoli przygasał, kobieta wyglądała jakby wracała z bardzo daleka, albo budziła się z  głębokiego snu. Odetchnęła głośno, patrząc łagodnie i z czułością w oczy Nadii.
- Dziękuję ci, kochanie – powiedziała cicho. – Jak masz na imię?
- Nadia – odparła dziewczynka. – Mieszkam w Blue Moon.

- Dziękuję ci – powtórzyła kobieta. – Dziękuję ci z całego serca, Nadiu z Błękitnego Księżyca.

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"





środa, 13 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon cz. II

Podczas gdy Ania i Zuzanna martwiły się, jaki wpływ na dzieci ze Złotego Brzegu będzie miała nowoprzybyła dziewczynka, Bernadette Milewski miała dokładnie takie same obawy, tylko, rzecz jasna, odwrotne. Jej jedynaczka, obdarzona dużą wrażliwością i sporą wyobraźnią, łatwo mogła stać się pośmiewiskiem wiejskich urwisów – i jako „nowa”, i jako Jankeska, i – wreszcie – jako uciekająca w świat książek marzycielka. Wprawdzie Evan, ojciec Nadii, wyśmiewał te obawy, nazywając je wymysłem matki-kwoki, ale Bernadette wiedziała, że i on w głębi serca martwi się, czy jego księżniczka, jak nazywał Nadię, zaaklimatyzuje się wśród tutejszych dzieci. Spotkany na stacji doktor Blythe w dużym stopniu rozwiał ich lęki, mimo że nawet o nich nie napomknęli. Uznali jednak, że człowiek takiej kultury i subtelności jest niejako gwarancją dobrosąsiedzkich stosunków.
 Sama Nadia nie miała żadnych lęków ani obaw. Była w wieku, w którym świat jest barwny i przyjazny, każdy dzień niesie nadzieję na coś wspaniałego,
 a wątpliwości rzadko dochodzą do głosu. Od pierwszej, krótkiej wizyty na Wyspie marzyła, żeby na niej zamieszkać. Gdy rodzice oświadczyli jej, że kupują jeden z domów wystawionych na sprzedaż, popłakała się z radości. Dom na Wyspie! Nad jeziorem! Prawdziwy, drewniany, ze skrzypiącymi schodami, z pokoikiem na facjatce! „I ma sekretarzyk” – dodała mama z tajemniczą miną. Nadia nie wiedziała, co to jest sekretarzyk, ale sądząc z podekscytowania mamy, musiało to być coś niezwykłego. Zresztą – z tajemniczym sekretarzykiem czy bez – ten dom i tak był czymś fascynującym. Nosił piękną nazwę „Blue Moon”, ogromny staw, nad którym stał, nazywał się „Jezioro Lśniących Wód”, a z drugiej strony wznosiły się łagodne wzgórza i łąki, porośnięte kolorowym łubinem! I tam, właśnie tam, mieli się wprowadzić w najbliższe wakacje! Na całe lato! I może gdzieś tam będzie mieszkać dziewczynka, z którą można się będzie zaprzyjaźnić i przeżywać cudowne przygody!
 Mama Nadii, po kilku wizytach na Wyspie, podczas których wraz z mężem załatwiała formalności związane z nabyciem Blue Moon, wyzbyła się wszelkich obaw – mieszkańcy byli serdeczni i życzliwi, co niosło nadzieję, że ich dzieci będą takie same. Po kilku dniach od zamieszkania w nowym domu postanowiła wraz z mężem i córką odwiedzić najbliższych sąsiadów – państwa Blythe’ów ze Złotego Brzegu.

*  *  *

 Nadia z zachwytem wpatrywała się w panią Blythe - smukłą panią o rudych włosach, ogromnych szarych oczach i ujmującym uśmiechu. Było w niej coś niezwykłego, tajemniczego i pociągającego. Pan Blythe – przystojny, szpakowaty brunet -  w niczym nie przypominał Nadii lekarzy znanych jej z rodzinnego Connecticut. Już sam jego widok budził zaufanie i sprawiał, że człowiek czuł się zdrowszy. Lekki niepokój wzbudzała w dziewczynce tylko siwowłosa służąca, zwana Zuzanną, która spoglądała na gości z pewną dezaprobatą i dystansem. Czekoladowe ciasto, popisowy wypiek mamy, amerykańskim zwyczajem przyniesione na powitanie, obrzuciła nieufnym spojrzeniem i wyniosła do kuchni, żeby pokroić.
- Miło nam poznać nowych mieszkańców Wyspy – doktor Blythe ukłonił się ceremonialnie, jednak figlarny błysk w jego oczach przeczył pozornej oficjalności powitania. - Siadajcie państwo, proszę.
- Nasze dzieci wyjechały na wakacje do Avonlea – powiedziała pani Blythe, zwracając się do Nadii. – Została tylko Rilla, jest w twoim wieku, więc zapewne się zaprzyjaźnicie. Ona też marzy o bliskiej koleżance. Gilbercie, gdzie właściwie jest Rilla?
- Jeszcze nie wróciła od Meredithów. Rozalia obiecała jej pokazać jak robi się hafty richelieu – odpowiedziała za Gilberta Zuzanna, która właśnie weszła z pokrojonym ciastem i dostrzegła spłoszone spojrzenie doktora, który najwyraźniej nie miał bladego pojęcia, gdzie podziewa się jego córka.
 Hafty richelieu! Nadia pierwszy raz usłyszała tę nazwę, nie wiedziała co to jest, ale brzmiało cudownie. Postanowiła, że też musi się ich nauczyć.
- Rozalia i John Meredithowie to nasi pastorostwo – wyjaśniła pani Blythe. – Pani Milewski, to ciasto wygląda szalenie apetycznie! I jak pachnie! Jeszcze go nie spróbowałam, a już chcę znać przepis!
 Ha! Nadia nie była zdziwiona. Czekoladowe ciasto pomysłu mamy było jej popisowym ciastem, któremu nikt nie był w stanie się oprzeć.
- Oczywiście, pani Blythe, jutro przyślę przepis przez Nadię – mama upiła łyk herbaty z filiżanki, przyniesionej przez Zuzannę. - Wspaniała herbata, co za aromat! W życiu takiej nie piłam!
 Rudowłosa pani domu uśmiechnęła się lekko. Nadia nie wiedziała, że pani Blythe doskonale zdaje sobie sprawę tego, że - pozornie całkowicie pochłonięta krzątaniem się w kuchni - Zuzanna uważnie słucha rozmowy prowadzonej w salonie.
- Istotnie, rewelacyjna – tata też upił łyk i też wyglądał na zachwyconego. Nadia pochyliła się nad swoją filiżanką. Herbata wyglądała zwyczajnie, jednak nie o wygląd tu chodziło: ciemnobursztynowy, przejrzysty płyn wydzielał dziwny zapach – jakby dymu czy suszonych śliwek. Oczami wyobraźni dziewczynka ujrzała zamglony, jesienny sad; drzewa, z których wolno spływały ostatnie żółknące liście, krople deszczu na trawie i snujący się między drzewami opar, pachnący dymem. Ostrożnie upiła łyk i zamarła. Napar nie tylko pachniał dymem, on smakował jak dym! Jak szlachetny dym z suchych liści i czystego drewna!
- Jaka pyszna herbata! – zawołała, nie bacząc na to, że przerywa rozmowę prowadzoną przez dorosłych.
 Doktor Blythe roześmiał się głośno.
- No i w tym momencie skradliście państwo serce Zuzanny – oświadczył. – Zasmakowała wam jej ulubiona herbata, nigdy nie mogę zapamiętać jej nazwy.
- Lapsang Suchong, panie doktorze – oświadczyła Zuzanna, wnosząc do salonu tacę z ciasteczkami. – Herbata wędzona, specjalna…
 Opowieść Zuzanny przerwało głośne tupanie na ganku. Do salonu wbiegła dziewczynka, na oko dwunastoletnia. Wbiegła i stanęła jak wryta, zaskoczona widokiem gości. Po krótkiej chwili dygnęła.
- A otóż i nasza najmłodsza córeczka – pani Blythe wstała i otoczyła ramieniem dziewczynkę. – Rillo, przywitaj się z państwem.
 Nadia wpatrywała się z zachwytem w nowoprzybyłą. Rilla miała rudo złociste loki i prześliczne orzechowe oczy z brązowymi rzęsami. Była zarumieniona od szybkiego biegu i lekko rozczochrana, ale z tym wszystkim i tak była najładniejszą dziewczynką, jaką Nadii zdarzyło się widzieć. Do tego była sympatyczna, uśmiechnięta i życzliwa. Za zgodą matek obie opuściły salon i pognały na górę, do pokoju Rilli, gdzie Nadia chciała dowiedzieć się co to są hafty richelieu, a Rilla – jak wygląda Ameryka i czym się różni od Wyspy Księcia Edwarda.

*  *  *
- No, droga pani doktorowo – Zuzanna, zbierając talerze po skończonej wizycie, mogła wreszcie dać upust swoim wrażeniom. – Jankesi, ale porządni ludzie. Gdybym nie wiedziała, skąd przyjechali, byłabym przysięgła, że urodzili się i wychowali w Kanadzie, i to na Wyspie. I ta mała, jak dobrze ułożona! A to ciasto było naprawdę pyszne!
- Zuzanno, przecież ci mówiłam, że nie ma się czym martwić – Ania dobrze wiedziała, co przekonało Zuzannę do przybyszów. – Rilla nie będzie się nudzić w domu, a ja mam nowych, sympatycznych sąsiadów.
- Pani doktorowo… - Zuzanna niepewnie spojrzała na Anię. – Nie gniewa się pani, że podałam na stół te ciastka poziomkowe, które upiekłam na jutro?

- Zuzanno – Ania ujęła pomarszczone dłonie, które tyle dobrego zrobiły dla mieszkańców Złotego Brzegu – Zuzanno kochana! Jutro razem upieczemy nowe ciasteczka! I wypróbujemy  przepis na to czekoladowe ciasto! Jestem pewna, że w twoim wykonaniu będzie jeszcze lepsze!

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"










wtorek, 12 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon


Na blogu albo panuje susza, albo ulewa... Kiedy przygotowywałam wczorajszy wpis, zupełnie nie przypuszczałam, co się wydarzy za kilka godzin. Około południa zjawił się u mnie listonosz z masą przesyłek, a wśród nich niepozornie wyglądająca koperta z Polski od Joanny Okularczyk. O Joannie pisałam w grudniu ubiegłego roku, kiedy zachwyciłam się robionymi przez Nią bombkami. Pisałyśmy ze sobą i ustalały, które dla mnie zrobi. W końcu stanęło na czterech — Zielone Wzgórze w prezencie dla mojej siostry (jako przedsmak podróży, która czeka Ją w czerwcu), Blue Moon dla mnie, Złoty Brzeg w prezencie dla Paula Montgomery i Srebrny Gaj w prezencie dla Pam Campbell. Nie poprzestałam bynajmniej na bombkach. W lecie zauważyłam pudełko, które pasowałoby mi w Blue Moon — też zamówiłam 😊. I na deser dołożyłam herbaciarkę, bo nie mam tam nic ładnego na herbatę ekspresową. 







To pokaźnych rozmiarów zamówienie jeszcze, co prawda, do mnie idzie, jednak wczoraj przyszła inna przesyłka. Wiedziałam, że Joanna jest artystką, więc spodziewałam się jakiegoś drobiazgu. Może ozdoby na choinkę? Albo jakiegoś bibelotu do Blue Moon... Wyobraźcie sobie, jakie było moje zdumienie (pewnie swym rozmiarem porównywalne ze zdumieniem Pani Małgorzaty Linde!), kiedy w kopercie znalazłam książkę pod tytułem ”Nadia of Blue Moon”!! Po  jej otwarciu szybko do mnie doszło, że Joanna napisała opowiadanie o Nadii (i o nas) jako o sąsiadach Ani i Gilberta z czasów Złotego Brzegu (choć przyznam, że czas akcji trudno jednoznacznie określić, gdyż pojawia się w nim również pracująca na poczcie panna Montgomery i to moja Nadia pomaga jej wpaść na pomysł, aby nikt nie chciał Ani, bo jest chłopcem). 

Płakałam chyba pięć razy ze wzruszenia czytając to opowiadanie. Jest w nim mój sekretarzyk, ciasto czekoladowe, a nawet hobby mojego męża. Wszystko zgrabnie wplecione w narrację, której nie powstydziłaby się sama panna Montgomery. Zresztą sami przeczytajcie!



„BO NIE JESTEM CHŁOPCEM”


  - Nie chcecie mnie! Nie chcecie mnie, bo nie jestem chłopcem!
 Nadia Milewski gwałtownie poderwała głowę z poduszki. Długie, proste, brązowe włosy, okalające jej twarz, zafalowały, zatańczyły w powietrzu. Co za dziwny sen, pomyślała, trąc palcami powieki. W tym śnie byłam…
 Coś stuknęło w szybę. Raz, a potem drugi. Nadia natychmiast zapomniała o śnie, wyskoczyła z łóżka, i, plącząc się w długiej, nocnej koszuli, podbiegła do okna. No tak, Rilla Blythe! Stała na trawniku z zadartą głową, patrząc w okno na facjatce. W jednej dłoni trzymała dużą, szarą kopertę, a w drugiej kolejny kamyk, przygotowany zapewne po to, by rzucić nim w szybę. Nadia otworzyła okno.
 - Już schodzę! – krzyknęła do przyjaciółki. – Daj mi pięć minut!
 - Zaspałaś? – zaśmiała się Rilla. – A podobno to ja jestem największym śpiochem na całej Wyspie. Pośpiesz się!
 Nadia ubrała się w iście ekspresowym tempie i zbiegła na dół. Mama była w kuchni, obejrzała się na wbiegającą córkę.
 - Śniadanie czeka już od godziny – powiedziała z uśmiechem. – Nie chciałam cię budzić, spałaś tak słodko… a poza tym masz wakacje! Zaraz, a dokąd to?
 - Mamuś, Rilla na mnie czeka! – zawołała Nadia, w biegu łapiąc ze stołu bułeczkę z masłem i kierując się do drzwi. Od progu zawróciła, w przelocie pocałowała matkę w policzek, i wybiegła na zalany słońcem trawnik. Przed dom, noszący nazwę Blue Moon. Tu, między klombami kwiatów, czekała na nią jej najbliższa przyjaciółka - Rilla Blythe ze Złotego Brzegu.

*  *  *

 Rilla, siódme z kolei dziecko Ani i Gilberta Blythe’ów, czuła się w rodzinie nieco osamotniona. Starsze rodzeństwo nie umiało znaleźć wspólnego języka z młodszą o kilka lat siostrzyczką. I siostry, i bracia, traktowali Rillę jak swego rodzaju maskotkę – niekiedy rozpieszczali ją i hołubili, a niekiedy odstawiali na bok, gdy uważali, że „ta mała” mogłaby im przeszkadzać w „dorosłych” zabawach. Rilla snuła się więc po domu, czytała, wynajdywała sobie różne zajęcia, i marzyła o dziewczynce-rówieśniczce, z którą mogłaby się zaprzyjaźnić. Pewnego dnia to marzenie się spełniło. Do niedalekiego domu, zwanego Blue Moon, sprowadziła się trzyosobowa rodzina.

*  *  *

 - To są Jankesi, droga pani doktorowo – oświadczyła posępnie Zuzanna, wnosząc do salonu tacę z herbatą i ciasteczkami. – Przewiduję kłopoty.
Ania Blythe i panna Kornelia (a właściwie pani marszałkowa Elliot), która przyszła do Złotego Brzegu  w odwiedziny, spojrzały na siebie z rozbawieniem.
- A dlaczego tak uważasz, Zuzanno? – spytała panna Kornelia z uśmiechem.
- A dlatego, pani marszałkowo Elliot, że ludzie, którzy nie potrafią usiedzieć na miejscu, i własny kraj jest dla nich za mały, nie mogą przynieść nic dobrego!
- Zuzanno kochana – Ania spojrzała z czułością na siwowłosą kucharkę – to są porządni ludzie! Przyjechali tu kiedyś, zakochali się w Wyspie i szukali domu do kupienia. Wiesz, jacy byli szczęśliwi, gdy okazało się, że Blue Moon jest wystawiony na sprzedaż? Doktor spotkał ich na stacji kolejowej i mówił mi, że w życiu nie widział nikogo tak oczarowanego Wyspą Księcia Edwarda. I że wyglądają na ludzi znających Józefa. Na pewno wszystko będzie dobrze.
- No, zdziwiłabym się, gdyby Wyspa im się nie spodobała – oświadczyła z godnością Zuzanna. – U siebie na pewno nie mają nic równie pięknego. Tylko czy ta ich córka będzie pasować do tutejszych dzieci? Mam nadzieję, że nie nauczy ich żadnych niestosownych zachowań! W każdym razie nasze pociechy będę trzymać od niej z daleka!
 Zabrała tacę i wyszła do kuchni. Ania spojrzała na pannę Kornelię i westchnęła.
- Aniu, kochanie – panna Kornelia od razu domyśliła się, co dręczy przyjaciółkę. – Nan i Di są już duże i rozsądne, a Rilla, choć nieco rozpieszczona, też ma sporo oleju w głowie i nie jest ani w połowie tak naiwna jak inne dziewczęta w jej wieku. Nie sądzę, żeby ta mała Jankeska miała na nią zły wpływ. W końcu – Jankesi czy nie Jankesi – skoro pokochali Wyspę, to dobrze o nich świadczy.
- Panno Kornelio – Ania spojrzała na rozmówczynię z wdzięcznością – pani zawsze umiała spojrzeć na wszystko rozsądnie.
- Wpływ marszałka – oświadczyła panna Kornelia z komiczną powagą. – Ciągle powtarza, że co ma być, to będzie, choćbyśmy stanęli na głowie. I że nie warto się martwić na zapas, bo jak przyjdzie pora na zmartwienia, to i tak tego zapasu zabraknie. Typowo po męsku!

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"

A oto, jak zareagowała Nadia, kiedy zobaczyła książkę 😊




Mam nadzieję, że Joanna w komentarzu wyjaśni, skąd przyszła inspiracja do napisania tego opowiadania. Pozostaje mi tylko dodać, że był to najpiękniejszy prezent gwiazdkowy, jaki kiedykolwiek dostałam. Z całego serca dziękuję Joannie i Jej Mężowi Przemysławowi, którzy wspólnie pracowali nad tą niezwykłą niespodzianką.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Najlepsze dni na Wyspie


Polskę zasypał śnieg, a u nas nastały krótkie grudniowe dni, podczas których chyba najbardziej tęsknię za Wyspą Księcia Edwarda. W grudniu przytłacza mnie świadomość, że jeszcze dużo upłynie czasu zanim znów zobaczę ukochane widoki. Nie tęsknię jednak za listopadową i grudniową Wyspą... Tak, chciałabym kiedyś doświadczyć słonecznych zimowych dni na Wyspie, ale tych nie jest zbyt wiele. Zima jest trudnym okresem — nawet miejscowi próbują sobie urozmaicić tę porę roku wyjeżdżając na urlopy w cieplejsze miejsca. Zostaje mi więc czekać na maj i wspominać ubiegłe lato...

Spróbuję dziś opisać trzy najlepsze dni na Wyspie. Trudno wybrać tylko trzy, zdecydowanie łatwiej wytypować trzy najgorsze dni — to dni, kiedy opuszczaliśmy Wyspę. Jednak było kilka dni, które na długo pozostaną w mojej pamięci, dni, które miały większe znaczenie od innych dni. I właśnie te dni Wam dziś przybliżę.

Zdecydowanym numerem 1 jest dzień, w którym moja córka odgrywała Anię z Zielonego Wzgórza w Srebrnym Gaju. Pam Campbell rozmawiała ze mną na ten temat w maju. Zapytała wówczas, czy Nadia byłaby zainteresowana taką okazją. Sądzę, że mama Nadii była tym co najmniej 10 razy bardziej zainteresowana od samej Nadii 😊, ale, na szczęście, i sama Nadia wyraziła zgodę. 5 lipca, w rocznicę ślubu Maud, Nadia wystąpiła więc w roli Ani Shirley w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza. Tego dnia aż trzy grupy odwiedziły Srebrny Gaj — dwie grupy turystów z rejsu wycieczkowego oraz grupa Japończyków. Nadia pozowała do zdjęć z wielbicielami Ani, odpowiadała na ich pytania prosząc, by nazywali ją Kordelia 😊, a nawet podpisywała książki. Po trzech godzinach pracy zgodziła się nawet na małą sesję zdjęciową! 
















Drugim wspaniałym dniem na Wyspie był dzień, kiedy zabraliśmy moją lalkę do latarni Kapitana Jima. Ania spędziła z nami wakacje na Wyspie i bardzo jej to odpowiadało. Podoba jej się Blue Moon i uwielbia bliskość Jeziora Lśniacych Wód oraz przejażdżek z Mateuszem, którym może się przyglądać przez okno. Najbardziej jednak „odżywa”, kiedy zwiedza z nami Wyspę. I choć każdy rodowity mieszkaniec Wyspy nie uznałby Ani za wyspiarkę, ona, tak zresztą jak ja, jest wyspiarką w sercu.








Co do trzeciego dnia, mam wielki problem... Zapytałam męża i córkę, którzy zgodnie stwierdzili, że najlepsze dni to powroty na Wyspę. Nie umieli wskazać konkretnych dni — dla nich cały pobyt był wspaniały. Dla mnie z kolei bardzo ważny był cały szereg dni — kiedy gościliśmy Czerwoną Kanapę, kiedy zwiedzałam Wyspę z polskimi wielbicielami Maud (serdeczne pozdrowienia dla Dominiki, Iwonki, Magdy i Kamila oraz Magdy i Michała), kiedy wybraliśmy się na wschód, aby zaliczyć jak największą liczbę latarni morskich, których wcześniej nie widzieliśmy (poniżej zdjęcia z tego właśnie dnia), kiedy wybrałam się na samotny spacer z Cavendish do końca wydm, kiedy podziwialiśmy wschód słońca przy latarni Cape Tryon, kiedy znaleźliśmy piękne miejsca, w których wcześniej nie byliśmy 5 minut od Blue Moon...