niedziela, 16 lipca 2017

Polacy na WKE - relacja Malwiny cz. II

            Środa na Wyspie, czyli nasz drugi dzień pobytu, rozpoczęła się piękną pogodą. Obudziłam się chyba najwcześniej ze wszystkich domowników i wsłuchiwałam w odgłosy wpadające przez otwarte okno. Cisza i spokój tego miejsca były naprawdę kojące, a do tego nie opuszczała mnie świadomość, że oto patrzę przez okno na Jezioro Lśniących Wód, to, na które patrzyła Maud. 


Muszę od razu wyjaśnić, że ja należę do „drużyny Maud”, jak to zwykłam żartobliwie nazywać. Zauważyłam, że w dużej mierze ludzi przybywających na Wyspę przywodzi albo chęć poznania jej poprzez fascynację Anią, albo przez zainteresowanie życiem samej autorki. Mamy więc dwie grupy: „drużynę Ani” i „drużynę Maud”J  Ja należę do tej drugiej grupy, być może przez lekturę pamiętników. Dlatego dla mnie patrzenie na krajobraz, na który kiedyś patrzyła Maud, było szczególnym doświadczeniem. Tym bardziej zwiedzanie domów, w których kiedyś mieszkała. Ale po kolei.

            Po leniwym śniadaniu wybraliśmy się spacerem do sąsiedniego Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza w Park Corner. Sądzę, że nie muszę przedstawiać po raz kolejny tych miejsc, wszyscy już gdzieś o nich słyszeli czy czytali, ale wspomnę tylko, dlaczego akurat ten dom tak bardzo mnie interesował. Dom w Park Corner stał się dla Maud niemal jej rodzinnym domem, kiedy odeszła jej babcia. To tam się przeprowadziła i tam, 106 lat temu, wzięła ślub. Tam czuła się swobodnie, bezpiecznie, a atmosfera tego domu przypomniała jej o „dawnych czasach”, o których Maud pisze bardzo często – czasach sprzed wojny, czasach beztroski i zabawy, czasach w których, wierzyła jeszcze w powodzenie i sukces dziecięcych marzeń, niezweryfikowanych przez twardą czasem rzeczywistość. To dom, do którego wracała za każdym razem, kiedy już jako żona i matka przyjeżdżała tylko w odwiedziny na Wyspę. Srebrny Gaj (bo taką nazwę też można przyjąć) był również rodzinnym domem Frederiki, siostry ciotecznej, z którą Maud była ogromnie związana i której przedwczesna śmierć w 1919 roku niewiarygodnie Maud załamała. Sama postać Frederiki jest moim zdaniem bardzo ciekawa. Maud przedstawiała swoja kuzynkę jako kobietę niezwykle inteligentną i bystrą, wróżyła jej osiągnięcie dużych zawodowych sukcesów. Niestety, Frederica odeszła, mając zaledwie 36 lat. Maud w dalszym ciągu odwiedzała Park Corner, jednak powrót do „dawnych czasów” bez ukochanej kuzynki u boku, stawał się coraz trudniejszy. Srebrny Gaj uważam zatem za miejsce obowiązkowe do odwiedzenia, jeśli, podobnie jak ja, pragnie się zbliżyć do postaci pisarki i przez chwilę pobyć w jej świecie. Możemy rozejrzeć się w pokoju Maud, w którym zawsze zatrzymywała się, odwiedzając rodzinę, możemy przejrzeć się w wiszącym na półpiętrze lustrze, w którym mała Maud przeglądała się szykując do szkoły, wreszcie możemy stanąć przed kominkiem, przed którym stała w dniu swojego ślubu. To naprawdę niezwykła i autentyczna podróż w czasie, ta podróż, dla której zdecydowałam się odwiedzić Wyspę. 








            Kolejnym miejscem w naszym planie podróży był dom w New London, w którym urodziła się Maud. Z zewnątrz niewielki, okazuje się przytulnym i wcale nie tak ciasnym domkiem, urządzonym wedle ówczesnego stylu. Jest tam oczywiście wiele cennych pamiątek związanych z pisarką, ale najbardziej interesujący był dla mnie oczywiście pokoik, w którym mała Maudie przyszła na świat. Dla osoby, której znajoma jest postać autorki, odwiedzanie takich miejsce jak muzeum w Park Corner, czy dom urodzenia Maud w New London ma inny wymiar. Z pewnością po lekturze pamiętników czy biografii patrzyłam na każdy przedstawiony w muzeum eksponat  z większym zrozumieniem jego znaczenia w życiu pisarki. Jednak dla osoby nie związanej zupełnie ze światem Maud (na przykład jaką był, jest i będzie mój Mateusz;) odwiedzanie tych miejsce również było ciekawym doświadczeniem. Takie domy to świadectwo tego, jak wyglądało życie codzienne ludzi z minionej epoki, jak wtedy urządzano mieszkania, jak jadano, jak się ubierano, jak przygotowywano posiłki. To również możliwość przyrównania ich historii do historii Polski, gdyż jak wiemy, z powodów zawirowań losowych nie pozostało u nas zbyt wiele miejsc, będących tak żywym świadectwem tamtych dni.




            Po wizycie w New London ruszyliśmy w dalszą drogę. Po krótkiej podróży dotarliśmy do Cavendish. Nie mieliśmy już wystarczającej ilości czasu na zwiedzanie wszystkich miejsc związanych z Maud (a jest tam tego sporo! Zielone Wzgórze, Las Duchów, Aleja Zakochanych, poczta, fundamenty domu rodzinnego pisarki, jej miejsce spoczynku na cmentarzu w Cavendish… Przy okazji – uwaga! Większość atrakcji na Wyspie była czynna tylko do godziny 17:00). Po naradzie rozdzieliliśmy plan wycieczki i tego dnia zdecydowaliśmy się na spacer po Lesie Duchów, wizytę w miejscu, w którym kiedyś stał dom dziadków Maud i odwiedziny miejsca jej spoczynku.









            Spacerując po Lesie Duchów i Alei Zakochanych doszłam do wniosku, że opisy przyrody w „Ani z Zielonego Wzgórza” nie były absolutnie przesadzone – tam naprawdę są strumyki, niewielkie sadzawki, coś w co nie do końca dowierzałam czytając powieść. Wydawało mi się, że jak na jedną niewielką Wyspę, tej różnorodności przyrodniczej było aż za dużo, a Montgomery trochę podkoloryzowała swoje opisy. Przekonałam się jednak, że wszystko to mogło wyglądać kiedyś dokładnie tak, jak jest to opisane w „Ani…”. W pamiętnikach Maud zawsze podkreślała, jak ważnym miejscem jest dla niej Aleja Zakochanych, jak spacerując nią odzyskuje spokój i czerpie siłę do zmagań z życiem. Osobiście mnie bardziej jednak urzekło wybrzeże i klify na Wyspie. Gdybym miała wskazać miejsce na Wyspie, które dla mnie byłoby niczym Aleja Zakochanych dla Maud, byłyby to z pewnością plaże i wybrzeża w Cavendish i Park Corner.

            Wychodzą z Lasu Duchów skierowaliśmy się w stronę cmentarza, na którym znajdują się groby Maud, jej mamy i dziadków. Po wizycie na cmentarzu przeszliśmy przez ulicę i spacerowaliśmy jeszcze kawałek, by dojść do miejsca, w którym kiedyś stał dom Maud, a konkretnie dom jej dziadka i babci. Fundamenty tego domu były miejscem, do którego najbardziej chciałam dotrzeć, jadąc na Wyspę (tam i do Srebrnego Gaju). Dla mnie pobyt w miejscach, w których mieszkała, żyła i tworzyła Maud miał wymiar wręcz magiczny – już bardziej się do niej zbliżyć nie można. Patrzyłam na krajobraz, który widziała Maud z okna swojego dawnego pokoju (podobno nie zmienił się aż tak bardzo mimo upływu lat), stałam nad fundamentami domu, próbując wyobrazić sobie jego dawny wygląd, oglądałam stojącą tam, starą studnię. Mimo wszystko, kiedy zabieraliśmy się już w drogę powrotną, miałam wrażenie, że byłam tam za krótko, że nie poświęciłam temu miejscu należytej ilości czasu. Powiedziałam o tym Mateuszowi, że coś jest nie tak, że czuję, że byłam tam, ale nie uchwyciłam wszystkiego, czego chciałam… „Nie martw się”, powiedział, „przecież jeszcze tu wrócimy”. „Jutro?” – zapytałam. „Nie. Jutro czekają na nas inne miejsca. Wrócimy tu na pewno przy naszej kolejnej podróży na Wyspę”.

            Aż do tej pory żadne z nas nie mówiło o kolejnej podróży – przecież jeszcze nie zakończyliśmy pierwszej. W tamtym momencie okazało się, że decyzja jest jedna i oczywista – na Wyspę wrócimy, choć jeszcze nie wiemy kiedy.


CDN.
Zdj. i tekst: Malwina Wilczyńska

czwartek, 13 lipca 2017

Belmont...


Czwartkowy poranek zastał mnie w ubraniach z poprzedniego dnia.😏 Trudno mi było uwierzyć, że przespałam tyle godzin i szybko zaczęłam odrabiać stracony czas. O 8:00 zjawiłam się w Srebrnym Gaju, żeby porozmawiać spokojnie z Pam. 

Srebrny Gaj

Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza jest bardzo popularną atrakcją — trudno znaleźć chwilkę na rozmowę w godzinach otwarcia muzeum. Mam wrażenie, że każdego roku jest coraz więcej zwiedzających. Jednak godzinę przed otwarciem była szansa na trochę spokoju... Jak się jednak okazało, w Srebrnym Gaju przebywała właśnie japońska ekipa filmowa, aby nagrywać materiał do filmu o ... kotach! Przy wjeździe natknęłam się na George’a, który poinformował mnie o tym, ale nie uważał, że powinnam w związku z tym rezygnować z wizyty u Pam. Miałam więc nadzieję, że filmowanie kotów odbywa się wewnątrz domu, a ja spotkam Pam przy wejściu. Te nadzieje wkrótce zostały rozwiane... Zobaczyłam Pam na zewnątrz, więc udałam się w jej kierunku. Dopiero po kilku minutach zobaczyłam w krzakach Japończyków z długimi obiektywami... Nie wiem, co dokładnie filmowali, ale nie wybaczę George’owi, jeśli przypadkiem pojawię się w japońskim filmie o kotach...

Japońska ekipa w Srebrnym Gaju (widok z mojego okna)
Pam w związku z wizytą Japończyków była od 5:00 na nogach. Podobnie było poprzedniego dnia, kiedy Japończycy zrezygnowali z kręcenia, bo światło nie było odpowiednie... Podobno w ekipie był jakiś znany japoński reżyser — on kręcił materiał o kotach, a inna ekipa nagrywała materiał o nim... :) A między nimi ja szukająca Pam...

Zjawiłam się jednak w Srebrnym Gaju w konkretnym celu! Miałam dla Pam prezent od jednej z Czytelniczek bloga — ręcznie robioną serwetkę. Udało mi się w końcu przekazać ten prezent z Polski, który dostałam już kilka miesięcy temu. Miałam też serwetkę dla Paula, więc ze Srebrnego Gaju pojechałam od razu do Złotego Brzegu, gdzie moja misja została pomyślnie zakończona. Blue Moon też dostał w prezencie serwetkę, więc teraz wszystkie ważne domy w Park Corner mają piękne serwetki :) Dziękujemy za nie z całego serca!











Przed południem zabrałam Nadię i Rillę do Darnley, gdzie można znaleźć czerwony piasek. Dziewczyny planują sprzedawanie lemoniady i piasku z Wyspy, więc trzeba było postarać się o towar :). Oczywiście nie samą pracą żyje człowiek! Był i czas na spacer po plaży, skakanie na falach i miłą pogawędkę... 




Po powrocie do domu zabrałyśmy się za oczyszczenie piasku ze śmieci i przesypanie go do buteleczek. Były też dyskusje na temat ceny — trzeba było wziąć pod uwagę koszty i to, jak trudno zdobyć tak mocno czerwony piasek. Rilla miała bardzo ambitne plany i chciała brać sporo za buteleczkę, argumentując to tym, że czerwony piasek jest bardzo rzadki i można go spotkać jedynie na Wyspie Księcia Edwarda i w Nowej Zelandii... Ostudziłam trochę jej zapał, kiedy powiedziałam, że 10 dolarów za buteleczkę zupełnie nie wchodzi w grę, ale nowa cena nie została tego dnia ustalona... Będziemy myśleć 😏.


Pogoda dopisywała, więc po obiedzie postanowiliśmy wybrać się do latarni North Cape. To dosyć daleko, ale przed zachodem słońca udałoby się nam tam dotrzeć. Studiując w samochodzie mapę zauważyłam, że będziemy przejeżdżać blisko Belmont, miejscowości, w której uczyła LMM. Wiedziałam, że szkoła z Belmont została przeniesiona do wioski Avonlea, a w 2015r. zamieniona niestety na sklep .😞 Jednak Belmont to przecież nie tylko szkoła. Maud mieszkała najpierw u spokrewnionych z nią Simpsonów, rodziców Edwina, jej poźniejszego narzeczonego, a następnie w domu państwa Fraser. O ile niezbyt pochlebne były jej wpisy na temat uczniów i warunków życia w Belmont, o tyle widoki w Belmont znalazły uznanie jej wrażliwej duszy. Pomyślałam, że warto się zatrzymać w Belmont i zobaczyć nowe miejsca związane z pisarką... Nie miałam oczywiście żadnych informacji. Pamiętałam tylko, że szkoła była dosyć daleko od domu Simpsonów i właśnie dlatego Maud szukała pokoju u Fraserów. I z tą garstką informacji skręciliśmy z głównej drogi w prawo, aby po kilkunastu minutach znaleźć się w Belmont. Przy wjeździe do wioski zatrzymaliśmy się przy kościele baptystów. Simpsonowie byli baptystami, a Edwin został nawet pastorem! Maud z pewnością była w tym kościółku. 



Po kilku spędzonych przy kościele chwilach pojechaliśmy dalej. Nie zauważyliśmy żadnego sklepu ani punktu świadczącego jakiekolwiek usługi, gdzie można wejść i zapytać o różne sprawy... Nie zostało nam nic innego, jak podjechać do jakiegoś domu i liczyć, że ktoś coś będzie wiedział. Los padł na ładny dom z pasącymi się końmi. 


Jak zwykle z misją wysłałam męża.😊 Po 2 minutach wrócił, aby wyciągnąć mnie z samochodu. Okazało się, że świetnie trafiliśmy! Mieszkająca tu Doris była skarbnicą wiedzy na temat życia Maud w Belmont. Ucięłyśmy sobie przemiłą pogawędkę i Doris pokazała mi, gdzie znajdują się wszystkie interesujące miejsca. Mąż Doris pochodzi z rodziny Simpsonów, więc Doris świetnie orientowała się w temacie. Była przy tym tak serdeczna, że pomyślałam, iż Maud zbyt surowo oceniła mieszkańców Belmont... Myśl ta jednak nie miała okazji zadomowić się w mojej głowie, gdyż 10 minut po rozstaniu się z Doris miałam świetny pokaz tego, na co stać mieszkańców Belmont. Robiłam właśnie zdjęcia domu Simpsonów, kiedy energicznym krokiem podeszła do mnie starsza pani, która nie była zachwycona naszą obecnością. Dom Simpsonów jest opuszczony, a kobieta przyszła z któregoś z okolicznych domów. Pomyślałam, że wyjaśnię jej, co robię i zaczęłam od tego, że przysłała nas w to miejsce Doris. To chwilowo uspokoiło starszą panią, bo skoro Doris nas przysłała, to chyba nie mamy żadnych złych zamiarów. Wkrótce jednak stało się jasne, że nie dostanę pozwolenia na publikację żadnych zdjęć. Dla siebie mogę je mieć, ale właścicielka nie życzy sobie, aby inni ludzie oglądali ten zaniedbany dom z wybitą szybą. Ja co prawda widziałam tam o wiele więcej problemów niż wspomniana wybita szyba, jednak oficjalnie brak zgody na publikację zdjęć domu Simpsonów związany był z rozbitą szybą. Żeby było ciekawiej, nagle spod ziemi wyrósł wnuk starszej pani ze swoja córką. Przy nim kobieta powtórzyła, że robiłam zdjęcia i że ona pozwoliła mi je zachować tylko dla siebie... Nie będzie więc zdjęć domu Simpsonów, ale możecie zobaczyć dom Fraserów, widok, który bardzo podobał się Maud, miejsce, gdzie stała szkoła i cmentarz w Belmont. Mogłabym też napisać o tym, co starsza pani mówiła na temat Maud, ale nie zrobię tego, gdyż w jej słowach było wiele nienawiści, a ja nie jestem zainteresowana powtarzaniem plotek...

Widok z Belmont
Widok z domu Fraserów

Dom Fraserów

Dom Fraserów


Dom Fraserów
Widok z domu Fraserów 



Miejsce, gdzie stała szkoła, widok z cmentarza w Belmont

Po wyjeździe z Belmont udaliśmy się w kierunku Cape Egmont. Zbyt późno się zrobiło, aby jechać do North Cape, zaś od latarni Cape Egmont dzieliło nas tylko 20 minut drogi. Całe szczęście, że wypatrzyłam tę latarnię na mapie! Była ona idealnym sposobem zatarcia złych wspomnień z Belmont. Znów powaliło nas piękno Wyspy. Nie spodziewaliśmy się tak spektakularnego otoczenia latarni. 







W drodze powrotnej spotkała nas niespodzianka — przepiękny katolicki kościół pod wezwaniem Marii Panny z Góry Karmel. Cmentarz, który zobaczyliśmy przy kościele, jest chyba najwspanialszym cmentarzem, jaki kiedykolwiek widziałam. Zresztą sami zobaczcie...






Niestety nie mogę pokazać Wam pewnych zdjęć, które zrobiłam w Belmont, jednak w Google Street View, powszechnie dostępnym w internecie, można zobaczyć dom Simpsonów...

Dom Edwina Simpsona z Google Street View