czwartek, 10 sierpnia 2017

„Wakacje” na Wyspie...


Od niedzielnego wieczora jesteśmy w domu. Wiem, że czekacie na wpisy, ale uwierzcie, że nie dałam rady pisać. Na Wyspie żyjemy w jakiejś alternatywnej rzeczywistości — dni mijają bardzo szybko i są po brzegi wypełnione różnymi spotkaniami i zdarzeniami. Trzynasta wizyta za nami i zaczynamy powoli zbierać siły na czternastą... Za tydzień wracamy na Wyspę i znów będzie się duuuuużo działo.

Opisałam już wizytę Czerwonej Kanapy, która na zawsze pozostanie nam w pamięci. Plakat, który dostaliśmy na pożegnanie od „Kanapowców” zawiśnie wkrótce w Blue Moon i będzie nam przypominał o zdarzeniach tego lata. Próbuję właśnie podsumować w myślach ten trzynasty pobyt na Wyspie — tyle przeżyliśmy wzruszeń, spotkań i pożegnań, tyle radości i szczęścia... Pamiętacie jednak z „Wymarzonego Domu Ani”, że „bogowie nie lubią patrzeć na zbyt szczęśliwych ludzi”...

Tydzień poprzedzający wizytę Czerwonej Kanapy spędziliśmy na załatwianiu różnych spraw, malowaniu drzwi wejściowych, walce z chwastami i przygotowywaniu imprezy w Blue Moon. Wszystko na Wyspie zajmuje więcej czasu — do większego sklepu spożywczego mamy pół godziny samochodem, a w sklepach z materiałami budowlanymi przepada się niczym w workach bez dna. Nie wiem, na czym to polega, ale wizyta w amerykańskim Home Depot trwa kilka minut, a w Kent lub Home Hardware na Wyspie trwa w nieskończoność. Na samą myśl, że trzeba się tam po coś zatrzymać, dostaję gęsiej skórki... Jako przerywnik w załatwianiu różnych spraw mieliśmy okazję zapoznać się z kanadyjską służbą zdrowia. Mam nadzieję, że był to pierwszy i ostatni raz. Praktycznie cały dzień z głowy. 

Po wyjeździe Czerwonej Kanapy zaczęliśmy poważnie kombinować nad tym, jak rozwiązać problem drzwi balkonowych, które musiały zostać wymienione. Nowe drzwi mieliśmy już w piwnicy, ale problemem było wniesienie ich na piętro. Jedną z koncepcji było wykorzystanie traktora Paula... Nie będę tu wchodziła w szczegóły planu, który wyglądał na plan żywcem wzięty z „Pata i Mata”... Całe szczęście koncepcja ta szybko upadła i zastąpiono ją prawie bezpieczną koncepcją rusztowania. Wciągnięte zostało do pracy kolejne pokolenie Montgomerych i w miarę szybko wyrosło przy naszej sypialni rusztowanie. W sobotę 29 lipca, w dniu, w którym drzwi miały zostać zainstalowane, wszyscy, którzy mieli pecha być w okolicy Złotego Brzegu zostali wezwani przez Paula do pomocy w podnoszeniu naszych drzwi balkonowych (znam to tylko z relacji, bo oprowadzałam wówczas po Wyspie dwójkę Polaków). Wszystko poszło nad wyraz sprawnie, jeśli nie liczyć wypalonej trawy w miejscu, w którym kilka godzin leżały stare drzwi. Mogliśmy wreszcie odetchnąć z ulgą, bo te drzwi od wielu miesięcy przysparzały nam kłopotów. 


Kombinacje alpejskie😉

Przed weekendem udało się nam też zaliczyć wystawę wirtualną Marco Polo na Uniwersytecie Wyspy Księcia Edwarda oraz gościć Melanie Fishbane w Blue Moon. 

Melanie Fishbane w Blue Moon

Dr Elizabeth Epperly podczas otwarcia wystawy Marco Polo
W niedzielę nadal oprowadzałam turystów z Polski, a od poniedziałku miało się trochę uspokoić. Niestety rano w poniedziałek zdarzył się wypadek — przez okno łazienki wpadł kawałek metalu, rozbijając szybę i niszcząc siatkę na komary. Na szczęście zdołaliśmy znaleźć winnego! Kawałek metalu dostał się pod ostrza kosiarki, która kosiła trawę przy drodze. Między ulicą a naszym domem są drzewa, ale niestety bogowie postanowili nam urozmaicić tydzień na odpoczynek... Trzeba było zająć się oknem, a że na Wyspie wszystko trwa dłużej, na nową szybę musimy poczekać 3 tygodnie (jeden tydzień za nami!). Mamy więc teraz szybę w łazience sklejoną taśmą klejącą, natomiast załatwianie spraw okna zajęło nam 2 dni. Nadal jednak nie traciliśmy nadziei na odpoczynek, bo od środy mój mąż brał wolne, żeby w końcu móc nacieszyć się Wyspą. Zbyt wiele się jednak nie nacieszył, bo się rozchorował... 

Winowajca

Wiem, że dzisiejszy wpis jest w zupełnie innym klimacie niż zazwyczaj, chciałam jednak, abyście wiedzieli, jak wyglądają nasze dni na Wyspie. Oczywiście mamy jej piękno i cudowne plaże na wyciągnięcie ręki, jednak posiadamy też dom, a z tym wiążą się inne doświadczenia. Nie zawsze znajdę więc czas, aby pisać, ale staram się zamieszczać zdjęcia na Facebooku. Wszystkich, którzy tęsknią za wpisami, serdecznie zapraszam na profil bloga na Facebooku 😊

Na Wyspie żyjemy w ciągłym napięciu — w każdej chwili ktoś może zapukać do drzwi, pochmurny dzień może zakończyć się spektakularnym zachodem słońca, może nagle pojawić się mgła, którą koniecznie trzeba uwiecznić na zdjęciu! 

Ten trzynasty raz na Wyspie rozpieścił nas przepięknymi zachodami słońca...







I choć te trzy tygodnie na Wyspie bardzo nas tym razem wymęczyły, tuż przed wyjazdem pojawiły się łzy i smutek, że ją opuszczamy. Na plaży w Cavendish poczuliśmy się znów turystami i byliśmy wdzięczni, że mamy okazję wkrótce wrócić na Wyspę... 






W sobotę wieczorem i w niedzielę rano przygotowywaliśmy Blue Moon na przybycie gości... Kiedy nas nie ma na Wyspie, ktoś inny ma okazję spełnić swoje marzenie.  

Grunt to lokalizacja 😉



Nikt nie jest za stary na marzenia, tak jak marzenia nigdy się nie starzeją
L.M. Montgomery „Ania z Szumiących Topoli”

środa, 2 sierpnia 2017

O Panu Rudziku i jego skale na Wyspie

Oddaję głos Anecie Sulejewskiej 😊

Słów kilka o Panu Rudziku, co pięknych historii zna bez liku 😊


Przyjacielowi ćwierknij do ucha, jeśli jest dobry – zawsze wysłucha. 
STARE PTASIE PRZYSŁOWIE

Pewnego dnia przyleciał do mnie Pan Rudzik. Był bardzo nieśmiały, usiadł daleko i zerkał. Zawsze lubiłam rudziki. Ich pomarańczowe brzuszki przypominają mi surduty eleganckich, starszych panów, którzy wybierają się do opery lub na spacer do parku. Rudzik, który pojawił się na moim balkonie wydawał się być szczególny.  Figlarnie mrugał swoimi małymi, czarnymi oczkami. Chciałam go jakoś oswoić, więc zaczęłam zostawiać mu przysmaki, takie jak suszona żurawina lub rodzynki. Musiało mu smakować, gdyż pewnego dnia podarował mi niezapominajkę. Kiedy podziękowałam usłyszałam „Proszę.” Rozejrzałam się wokoło, ale oprócz rudzika nie było nikogo! „Mówisz ludzkim głosem?!” ledwo z siebie wydusiłam. „Oczywiście, że tak!” odpowiedział z rozbrajającą prostotą. Tak pokrótce brzmi historia mojego poznania się z Panem Rudzikiem. Od tamtej pory pojawia się u mnie i opowiada różne bajki oraz wspomina przygody swoje lub kogoś z rodziny. Pewnej zimy opowiedział mi historię, którą nie mogłam nie podzielić się z Bernadką.  Kiedy ją przeczytacie, to zrozumiecie, dlaczego skała na plaży w Branders Pond została przez nas ochrzczona Robin Rock. Kiedy przekazałam mu tę ekscytującą wiadomość wpadł w zachwyt i wylał swoją radość na papier. Stworzył wiersz „Robin Rock”, który czytelnicy bloga poznali na facebooku. Pragnę w tym miejscu  w imieniu Pana Rudzika podziękować za ciepłe przyjęcie jego debiutanckiego utworu. Co prawda, od tego czasu jakoś mu się wyżej dziobek zadarł, ale przebaczam mu, nikt tak jak on nie potrafi opowiadać... 😊
Aneta Sulejewska

Pan Rudzik


Pewnego lutowego dnia siedziałam z Panem Rudzikiem przy oknie i pokazywałam mu stare fotografie mojej rodziny. – O zobacz, to mój pradziadek, a tu prababcia Helenka.. Wiesz, jej brat popłynął, aż do Ameryki i tam mieszkał przez resztę życia. – Mój pra, pra, pra, pradziadek też lubił podróżować – powiedział Pan Rudzik – To dzięki niemu zyskaliśmy ten rdzawy kolor. Spojrzałam na przyjaciela z ukosa, zupełnie nie wierząc w to, co mówi. – Tak, tak. Mówię prawdę. Posłuchaj. Z reguły rudziki zanim nadejdzie zima odlatują do ciepłych , krajów. Moi bracia z Polski wybierają zazwyczaj Półwysep Iberyjski. Tak samo czynili ich pradziadowie – wszyscy, poza moim. Był prawdziwym poszukiwaczem przygód i nie lubił robić wszystkiego tak jak inni (pewnie dlatego i ja wolę zimę spędzać tutaj). Marzył, żeby zobaczyć jak wygląda Zachód.. Pożegnał się z    najbliższymi i ruszył. Podziwiał krajobrazy w Niemczech, Danii, Francji, Wielkiej Brytanii. Od czasu do czasu zatrzymywał się w co ciekawszym miejscu, zwiedzał, robił rysunki i notatki. Później wydał je w formie dziennika i stał się bardzo popularny na całym świecie. Najtrudniejszym etapem podróży było dla pradziadka pokonanie Oceanu. Na szczęście co jakiś czas udawało mu się złapać statek, na którym mógł odpocząć, zjeść co nieco, ale przede wszystkim wysłuchać niesamowitych opowieści marynarzy. W końcu na horyzoncie zamigotało żółte, ciepłe światełko, które jak twierdził pradziadek, przywoływało go do siebie. Ruszył szybko uprzednio żegnając się z marynarzami i podążył w stronę lądu. Był zachwycony tym co zobaczył. Piękne plaże, drewniane latarnie, klify. Była już zima, wyspa jednak była zaledwie muśnięta śniegiem. W tej lekkiej szacie robiła na dziadku imponujące wrażenie. Nigdzie jeszcze lasy i pola nie układały się tak miękko i tak jak tu nie zapraszały do siebie.  Pradziadek przysiadł na gałązce jednego ze świerków i spostrzegł, że nieopodal siedzi jego kuzyn, rudzik z Ameryki. Przyjrzał mu się z ciekawością. Był większy i smuklejszy, ale  to, co go najbardziej zaintrygowało, to jego ruda plamka na przodzie. Pradziadek zapragnął mieć taką samą. Przywitał się grzecznie, opowiedział skąd pochodzi i pochwalił jego strój. Kuzyn okazał się być przesympatycznym ptakiem i obiecał pomóc mu zrealizować marzenie. Zabrał pradziadka na jedną z czerwonych dróg i kazał usiąść na jej środku tak, by wiatr wiał mu prosto w dziób. Tak też zrobił. Po chwili mocny podmuch wiatru uniósł czerwony pył, który osiadł delikatnie na piórkach pradziadka. Chcąc szybko zobaczyć efekt, podleciał do najpiękniej lśniącego jeziora i z dumą obejrzał swoje odbicie. Pod dziobem miał piękną rudą plamkę, która powstała po zmieszaniu czerwonej barwy piasku z jasnym kolorem piórek. Podziękował kuzynowi i obiecał, że jeszcze kiedyś go odwiedzi. Tymczasem musi się pożegnać, gdyż chce jak najszybciej pokazać plamkę swej rodzinie w Polsce. Zabrał ze sobą czerwony piasek z Wyspy Księcia Edwarda, gdyż to na niej się znajdował, by i inni mogli się tak pięknie przyozdobić. Od tamtej pory kolejne rudziki, które się wykluwały posiadały już piękną,  rdzawą plamkę. – Wspaniała historia! Czy pradziadek opowiadał ci coś jeszcze? – Mnóstwo rzeczy, ale dzisiaj nie ma na nie czasu. Usłyszysz je innym razem. Pa, pa! - powiedział Pan Rudzik i odleciał. 


KONIEC

Robin Rock


Bóg kiedyś idąc Mleczną Drogą
o gwiazdy róg zahaczył nogą.
Z rąk mu wypadły czerwone skały
i wszystkie na Ziemię się posypały,
a z hukiem padając na plaży połać
pyłem czerwonym sypnęły dokoła.
Nie lubiąc takich w naturze przypadków
zszedł Bóg miotełkę trzymając w zanadrzu.
Jednak gdy spojrzał na czerwień plaży
porządków robić się nie odważył.
Akurat leciał tamtędy rudzik
co w każdym dobre uczucia budzi.
Brzuszek pobrudził piaskiem czerwonym
i wcale nie był tym zachwycony.
Pan Bóg pogłaskał ptaszka po głowie
„Coś ciekawego rudziku ci powiem:
Widzisz tę w morzu skąpaną skałę?
Twoje oblicze wykuję na niej.
Będziesz strażnikiem tego zakątka
by nikt czerwieni z niej nie sprzątał.


                                        Pan Rudzik


poniedziałek, 31 lipca 2017

Polacy na Wyspie - relacja Malwiny cz. III

Jeszcze tego samego dnia, w którym odwiedziliśmy Srebrny Gaj w Park Corner, dom, w którym urodziła się Maud Montgomery w New London oraz fundamenty jej starego domu w Cavendish, odwiedziliśmy przepiękną plażę na Wyspie oraz pewien opuszczony już dom, którego byłam bardzo ciekawa.

            Tak jak pisałam, muzea i miejsca związane z Maud były na Wyspie czynne mniej więcej do godziny 17, zatem pozostawał nam do rozdysponowania jeszcze cały wieczór. Zachód słońca w tym czasie na Wyspie rozpoczynał się po 21:00, zatem po odwiedzeniu zaplanowanych miejsc, było jeszcze sporo czasu na cieszenie się naturą i pięknymi widokami. Wracając z Cavendish, zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, z którego można zrobić zdjęcie kolorowych domków przystani rybackiej – jedno z najczęściej fotografowanych miejsce na całej Wyspie Księcia Edwarda. Rzeczywiście, widok jest bardzo malowniczy, co możecie sami ocenić na zdjęciach. Przy wspomnianym punkcie widokowym zatrzymywaliśmy się wiele razy, za każdym razem próbując zrobić jeszcze lepsze zdjęcie, a to dlatego, że za każdym razem pogoda w innym świetle przedstawiała ów widok. Raz domki lśniły w pełnym słońcu i doskonale widać było ich żywe kolory, innym razem zachmurzone niebo wydobywało piękno krajobrazu położonych za nimi na wzgórzach łąk. Ciężko było zdecydować, w którym momencie widok ten jest jednoznacznie najpiękniejszy. Osobiście zamarzyło mi się, aby móc kiedyś zobaczyć ten sam malowniczy obrazek jesienią…


            Wieczorem, jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na poszukiwania domu wujostwa Sutherland w Sea View, który Maud również odwiedzała. Dom ten jest już opuszczony i zaniedbany, jednak mogę śmiało powiedzieć, że pomimo tego nadal robi wspaniałe wrażenie. Jest piękny – obszerny, zbudowany z pewnością z myślą o dużej rodzinie, z trzema zdobionymi stożkowatymi daszkami na froncie. Stoi samotnie przy drodze i choć kilka kroków dalej, przy kolejnym domu, toczy się życie (ktoś kosił trawę, w ogródku bawiły się dzieci), tutaj, na tym nieogrodzonym podwórku, życie zamarło. Nikt nie interesował się naszą obecnością w tym miejscu, jednak nie miałam odwagi podejść zbyt blisko. Może wydawać się dziwne to, co napiszę, ale odniosłam wrażenie, że brakiem szacunku byłoby podchodzenie pod sam budynek i zaglądanie w okna tego opuszczonego domostwa, tylko po to, by zaspokoić swoją ciekawość. Maud z pewnością napisałaby, że w takim miejscu mieszkają teraz duchy przeszłości i nie należy im przeszkadzać. Mniej więcej coś podobnego poczułam stojąc na zaniedbanym trawniku i spoglądając w ciemne, martwe okna. Mateusz, który jest osobą kompletnie nie przejmującą się żadnymi „duchami przeszłości” odmówił podejścia bliżej do tego domu i stanowczo prosił mnie, żebym czym prędzej stamtąd wróciła do samochodu. Tak też zrobiłam, bo dom, choć nie był nieprzyjazny, sprawiał wrażenie, jakby nie chciał, byśmy dłużej patrzyli na jego wizerunek w obecnym stanie. Trochę jak kobieta – nieuczesana, nieumalowana gospodyni, oderwana nagłą wizytą gości od jakiejś ciężkiej pracy, starająca się zachować uprzejmość pani domu, lecz zakłopotana badawczymi spojrzeniami przybyłych.



    Z żalem pożegnałam więc Sea View i udaliśmy się na jedną z pobliskich plaż – Branders Pond. Dzień zakończył się na pięknej plaży, a my, siedząc pod czerwonymi skalami, oglądaliśmy wspaniały zachód słońca.



     
            Nasz kolejny, trzeci dzień pobytu na Wyspie, rozpoczęliśmy od zwiedzania Zielonego Wzgórza (gdybym była wierniejszą miłośniczką Ani, z pewnością to tam chciałabym najpierw pojechać, ja jednak od zawsze wolałam Emilkę 😊). Muszę przyznać, że Zielone Wzgórze wewnątrz jest przepiękne – nawet jeśli na moment zapomni się o związku tego miejsca z Anią, a obejrzy je tylko jako dom „z tamtych czasów”, a może właśnie dlatego, że jest to dom z tamtych, nieistniejących już czasów… Oglądając wnętrza Green Gables wcale nie trzeba znać całej serii książek o Ani, aby zachwycić się otoczeniem. Już sam fakt, że najstarsza część domu przetrwała od 1830 roku, że można oglądać odwzorowany z tamtej epoki wystrój wnętrz, powinien stanowić zachętę dla odwiedzających, którzy nie do końca interesują się opowiadaniami o Ani. Choć bywa to czasem zabawne – Mateusz, widząc potłuczoną szkolną tabliczkę w pokoju Ani (nie wiedząc oczywiście, na jaki pokój patrzy), wyraził głęboki smutek, że jeden z eksponatów jest zniszczony;) Zastanawiałam się, czy pozostawić go w niewiedzy, czy też wyjaśnić, dlaczego ta tabliczka ma pozostać stłuczona, ostatecznie jednak litościwie wytłumaczyłam mu całą historię. 😉



            Po wizycie na Zielonym Wzgórzu i jeszcze jednym spacerze po Alei Zakochanych, udaliśmy się na pocztę – to jeszcze jedno ciekawe miejsce związane z Maud. Dopiero tam zdałam sobie sprawę, że przecież gdyby nie fakt, że jej rodzina prowadziła urząd pocztowy, nie byłoby zapewne sukcesu Maud! Tylko dzięki temu, że mogła przed wścibskimi oczami sąsiadów ukryć wysyłane do różnych czasopism rękopisy, albo po cichu odebrać odmowne odpowiedzi, Maud miała siłę na podejmowanie kolejnych prób zaistnienia w literackim świecie. Trudno powiedzieć, czy miałaby wystarczająco dużo odporności, aby znosić szydercze komentarze o swoich niepowodzeniach, gdyby  odbywało się to na oczach całego miasteczka. Po obejrzeniu pamiątek na poczcie i wysłaniu pocztówek do rodziny i znajomych, udaliśmy się na trochę typowo turystycznych przyjemności, odwiedzając Wioskę Avonlea. Można powiedzieć, że nie sprawdziłam się tutaj jako znawczyni świata Maud i Ani, bo nie odnalazłam tam oryginalnego budynku szkoły z Belmont, miasteczka, w którym Maud uczyła w latach 1896 – 1897. Nie żeby jakoś trudno było go tam znaleźć – po prostu zupełnie zapomniałam, że przecież budynek tej szkoły został przeniesiony do Cavendish i stoi w Wiosce Avonlea. No cóż, skoro mamy się pojawić na Wyspie kiedyś po raz kolejny, wypada cieszyć się, że będą tam miejsca związane z Maud, których jeszcze nie poznałam. Tymczasowo znalazłam pocieszenie w potrójnej porcji lodów Cow’s, które – wierzcie mi – są tak pyszne, że chwilowo ukoiły moje niezadowolenie z powodu nieobejrzanej atrakcji.



            Dalsza część dnia obfitowała w rozrywki dedykowane Mateuszowi, który koniecznie chciał podziwiać piękno natury wyspy Księcia Edwarda. To jest właśnie wspaniałe na Wyspie, że absolutnie każdy znajdzie tam coś dla siebie. Nie jest zatem prawdą, że wasi mężowie czy synowie, niezainteresowani Montgomery ani jej twórczością, będą się tam nudzić. Pojechaliśmy więc do Parku Narodowego Wyspy Księcia Edwarda, pokonując odcinek od Cavendish do Cape Turner.  Jedzie się tam nadmorską drogą, przy której są co jakiś czas stanowiska do zaparkowania auta i punkty widokowe. Są też miejsca dostosowane do typowego plażowania. Tego dnia była piękna pogoda, więc plaże licznie odwiedzali wypoczywający tam ludzie. To mi ukazało trochę inny obraz Wyspy – nie tylko jako ojczyzny Maud, ale również jako typowo turystycznego miejsca, gdzie można wspaniale wypocząć. Warto  jadąc tam zabrać ze sobą koc czy ręcznik i przez jakiś czas nacieszyć się pięknem rozległej plaży. 




            Po powrocie z Cavendish i plażowania, wieczór postanowiliśmy spędzić już w pobliżu domu, ale też na plaży. Przedtem jednak udaliśmy się do pobliskiego Springbrook, by tam odszukać pewien nagrobek. Koniecznie bowiem chciałam odnaleźć miejsce spoczynku Fredericy, choć nie miałam pojęcia gdzie dokładnie znajduje się jej grób. Na początku podjechaliśmy pod zupełnie nieprawidłowy kościół i cmentarz i trochę to trwało, zanim odszukaliśmy właściwy Geddie Memorial Cementery – jak się okazało, mijany wcześniej wielokrotnie, bo ulokowany przy samej drodze. Wśród starych, porośniętych mchem nagrobków udało mi się znaleźć groby zarówno Frederyki, jak i jej rodziców. 



            Wieczór spędziliśmy na przepięknej plaży Cousins Shore, „kłócąc się” zawzięcie, która z nich jest ładniejsza – wczorajsza Branders Pond, czy dzisiejsza? Oczywiście, do porozumienia nie doszliśmy, bo rozstrzygnięcie tego dylematu jest chyba niemożliwe, a w tej sprawie, najlepiej jeżeli przemówią zdjęcia 😉








CDN.

Zdj. i tekst: Malwina Wilczyńska

czwartek, 27 lipca 2017

Czerwona Kanapa w Blue Moon

Dzisiejszy wpis nie będzie chronologiczny. Chcę się jednak podzielić z Wami tym wszystkim, co działo się w ubiegły weekend, czyli 22 i 23 lipca. Z doświadczenia wiem, że po jakimś czasie emocje opadają i zapomina się wiele szczegółów,  bardzo chcę, aby jak najmniej umknęło mi z tej opowieści. 

Zacznijmy jednak od początku, bo jest to, moim zdaniem, świetna historia i doskonały przykład na to, jak pewne zdarzenia dochodzą do skutku.

Kiedy kupiliśmy Blue Moon nie było czasu na zorganizowanie tzw. „parapetówki”. Postanowiliśmy więc, że zrobimy imprezę w tym roku i wybraliśmy weekend 22/23 lipca. Jakieś trzy miesiące temu ostatecznie ustaliliśmy, że impreza odbędzie się 23 lipca i zaprosiliśmy gości. Dwa tygodnie później dostałam wiadomość od Ewy Henry (którą oczywiście znam w związku z Anią i L.M. Montgomery) z pytaniem, czy będę na Wyspie 22–23 lipca. Pomyślałam, że Ewa pewnie planuje przyjazd i chce się ze mną spotkać. Okazało się jednak, że nie chodziło o nią, ale o ... Czerwoną Kanapę! Pewnie zastanawiacie się, tak, jak ja zastanawiałam się owego dnia, czym jest Czerwona Kanapa... W wielkim skrócie jest to jeden z 38 projektów wytypowanych w ramach konkursu, do którego zgłoszono prawie 400 różnych pomysłów na uczczenie 150–lecia Kanady. Czerwona Kanapa jeździ po całej Kanadzie i siadają na niej Kanadyjczycy, aby opowiedzieć o tym, co Kanada dla nich znaczy. Jeśli nadal zastanawiacie się nad tym, cóż Czerwona Kanapa może mieć wspólnego ze mną bądź Ewą, to już wyjaśniam. Pomysłodawcami tego projektu są mieszkający w Ontario Kanadyjczycy polskiego pochodzenia — Ela Kinowska i Piotr Sobierajski. Ewa, jak pamiętacie zapewne z mojej relacji z Leaskdale, gdzie się poznałyśmy, również mieszka w Ontario i zna Piotra. Zanim się spostrzegłam zostałam na Facebooku zaznajomiona z Piotrem i po kilku dniach odbyliśmy rozmowę telefoniczną na temat Czerwonej Kanapy jako potencjalnego gościa na mojej lipcowej imprezie w Blue Moon. Oczywiście zgodziłam się przyjąć pod swój dach kanapowy zespół — przy rozmiarze ich szaleństwa mój zakup Blue Moon to pestka 😏. Ela i Piotr byli już po zimowym odcinku kanapowego tournée 
i skoro nie zamarzli, trzeba było to jakoś uczcić w polskim domu nad Jeziorem Lśniących Wód 😊.

O 16:00 w sobotę Czerwona Kanapa zawitała w Blue Moon. 


Ela dawno temu przeczytała „Anię z Zielonego Wzgórza”, Piotr widział kiedyś film, ale żadne z nich nie pamiętało zbyt wiele na temat rudowłosej sierotki. Nie ulegało jednak wątpliwości, że pomimo skromnej wiedzy na temat twórczości LMM, zarówno Ela i Piotr, jak i podrózujący z nimi Daniel (Francuz) i Christian (Kolumbijczyk!) są ludźmi pochodzącymi z „rodu Józefa”. Ich RV z kanapową przyczepą szybko zadomowiło się na miejscu parkingowym przy Blue Moon (wreszcie wyjaśniło się dlaczego musiałam kupić dom z całkiem sporym parkingiem 😏), a kanapowa ekipa jeszcze szybciej zadomowiła się w Blue Moon i w naszych sercach. Zawsze wiedziałam, że kupno domu nad Jeziorem Lśniących Wód niesamowicie wpłynie na nasze życie — Czerwona Kanapa uświadomiła mi jednak, że dotychczas nie miałam jednak pojęcia, co nas czeka.

To były niezwykłe 42 godziny! Działo się strasznie dużo — musieliśmy się skupić na przygotowaniach do imprezy, a jednocześnie chcieliśmy pokazać naszym gościom choć troszkę z tego, co ma do zaoferowania Wyspa Księcia Edwarda. W ekspresowym tempie była więc plaża Branders Pond, wizyta na Cousins Shore, spacer do Teapot Rock i latarnia w New London. Na obiad zjedliśmy pieczone ziemniaki z tymiankiem i masłem czosnkowym, pieczonego łososia i gotowane warzywa. Nie obyło się bez białego wina ze specjalnej kanapowej edycji, gdyż, jak twierdzi Piotr, ryba lubi pływać 😏. 




W niedzielę, dniu imprezy, po rodzinnym śniadaniu przy stole z widokiem na Jezioro Lśniących Wód wybraliśmy się do  Kościoła pod wezwaniem Marii Panny z Góry Karmel, o którym pisałam ostatnim razem. Naopowiadałam Piotrowi, że będzie super, bo kościół jest zachwycający.  I było super, ale okazało się, że Msza odprawiana jest po francusku, a dokładniej w dialekcie akadyjskim. Akurat francuskiego zupełnie nie znam, więc to nie dialekt był dla mnie przeszkodą 😉. Pomodliłam się więc po polsku i chyba moje modlitwy zostały wysłuchane, bo impreza udała się znakomicie.  






W drodze z Kościoła rozmawiałam z Elą na temat menu imprezy — Eli imprezy na 30 osób zupełnie nie przerażają, więc miała dla mnie kilka rad. Jedną z nich było podarowanie sobie makaronu z sosem pomidorowym. Makaron miał być uzupełnieniem kotlecików mielonych — Ela zaproponowała wykałaczki do kotlecików i osobny sos. Oczywiście wykałaczki były w RV! To RV w ogóle wszystko pomieściło — nawet lód, który przydał nam się do przenośnej lodówki z napojami. 

O 15:30 część przekąsek trafiła na stół, altana została przyozdobiona niebieskimi balonami, a Czerwona Kanapa ustawiona na trawniku. Byliśmy gotowi na przybycie gości
 😊. 





Nikt jednak nie pojawił się punktualnie o 16:00! Paul spokojnie podlewał sobie ogródek przy Złotym Brzegu, a ja zaczęłam się martwić, że nikt się nie pojawi. Po kilku minutach zjawiła się jednak Denise z Rillą i wytłumaczyła mi, że na Wyspie Księcia Edwarda goście zazwyczaj zjawiają się 15–30 minut spóźnieni. Powinnam była zapytać o to wcześniej... Całe szczęście planowałam zacząć wystawiać ciepłe jedzenie o 16:20, więc wyszło idealnie. Nagle zaczęli pojawiać się pozostali goście, a wśród nich Michele i Paul Montgomery (właściciele Złotego Brzegu), Pam i George Campbell (krewni Maud i właściciele Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza), Carolyn Collins z mężem Andym (znana badaczka życia LMM), Norma Dougherty (pochodząca z Wyspy pisarka i była Miss Kanady), July Edgcomb z mężem Gabrielem (właściciele domu Leardów), Robin Petty (właścicielka Petty Quilts), Betty Mann z mężem Kenem (Betty pracuje w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza) i John Sylvester z żoną Dianne. 

Norma Dougherty i Ela

Robin i jej dzieła

John Sylvester czeka na wywiad :)

Brakuje 7 osób

Do teraz nie mogę uwierzyć, że John Sylvester, najsłynniejszy fotograf z WKE, przyjął moje zaproszenie. Nigdy nie widzieliśmy się wcześniej, ale, jak zapewne pamiętacie, to właśnie on dał mi numer telefonu do Mojego Wymarzonego Domku. Jak się okazało, John tego akurat nie pamiętał, jednak pamiętał, że czasem wymienialiśmy e-maile oraz wiadomości na FB i dlatego przyszedł na imprezę. W niedzielę opowiedziałam mu, jak wielką rolę odegrał w mojej historii, co go wyraźnie wzruszyło. Syn July, Will, grał na gitarze, goście ucinali sobie miłe pogawędki między kolejnymi łyżkami polskiej sałatki warzywnej (z majonezem kieleckim w roli głównej), bigosu, kęsami kabanosów i kotlecików mielonych w sosie przyrządzonym przez Elę. Na Czerwonej Kanapie odbywały się wywiady, a ja czułam bezgraniczne szczęście i wdzięczność za to, że L.M. Montgomery napisała kiedyś książkę, która zmieniła moje życie. Gdyby nie ta książka, nie byłoby Blue Moon ani Czerwonej Kanapy w Park Corner...




July upiekła dwa wspaniałe torty, bo świętowaliśmy dwie okazje — kupno domu na Wyspie i Czerwoną Kanapę na urodziny Kanady. Ela nie kryła wzruszenia. Nikt wcześniej nie upiekł Czerwonej Kanapie Tortu! Były przemówienia, podziękowania, uściski i łzy wzruszenia... Tak! My Polacy mamy być z czego dumni! Jeśli decydujemy się podążyć za głosem serca, nic dla nas nie jest niemożliwe.


W poniedziałek rano, po polskim śniadaniu (wędzony Rycki Edam i polędwica!), Ela, Piotr, Daniel, Christian i Czerwona Kanapa pojechali w dalszą drogę. W naszych sercach pozostaną jednak na zawsze.

Przygotowania do odjazdu
Ela podpisuje plakat autorstwa Andrzeja Pągowskiego

Moja Księga Gości wzbogaciła się o wiele nowych wpisów. Część z nich wywołuje wielkie wzruszenie, jednak słowa Eli wywołują łzy...

„Jak spotykam na naszej kanapowej drodze ludzi jak Ty i Twoja Rodzina, to wierzę, że świat staje się lepszy”...