sobota, 10 grudnia 2016

Polacy na WKE, relacja Moniki cz. I


Dziś bardzo serdecznie zapraszam Was na pierwszy wpis w cyklu „Polacy na WKE”. Autorką tekstu i zdjęć jest Monika Wasilewska, która odwiedziła Wyspę Księcia Edwarda we wrześniu tego roku.

„Anię” przeczytałam, gdy miałam trzynaście lat. W tym czasie zaczęłam też prowadzić dziennik, w którym znalazły się takie dwa zdania (przeczytane po powrocie z Wyspy): „Chciałabym mieszkać na Wyspie Księcia Edwarda. Mam nadzieję, że w przyszłości tam pojadę”.
Oczywiście wycieczkę na Wyspę zawsze traktowałam jako coś nie do zrobienia, coś, o czym przyjemnie jest tylko pomarzyć. W ubiegłym roku trafiłam na Kierunek Avonlea. Zdjęcia pokazywały tak piękne miejsca, że zaczęłam myśleć o wyjeździe – na poważnie. Nic konkretnego jednak nie robiłam, tylko powtarzałam mojemu chłopakowi, że na wakacje jedziemy na Wyspę. Aż w końcu w lipcu kupiliśmy bilety do Toronto. Wyspę odwiedziłam we wrześniu.
Moje przygotowania i planowanie ograniczyły się do przeczytania od początku bloga Bernadety, kliku maili, w których Bernadka odpowiedziała na moje pytania i udzieliła rad, i przeglądania strony tourism.pei.com.
Ja i mój chłopak tak zaplanowaliśmy wyjazd, aby podzielić się czasem po połowie: pierwszy tydzień był do mojej dyspozycji i mieliśmy go spędzić na Wyspie, drugi – zgodnie z planem Pawła – w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku.
W Toronto wylądowaliśmy czwartego września, tam wynajęliśmy samochód i szóstego września dotarliśmy na Wyspę (dziś tak już byśmy tego nie zaplanowali, trzeba lądować bliżej WKE). Cieszę się, że wybraliśmy wrzesień – trafiliśmy na wspaniałą pogodę. O 15:04 zobaczyłam pierwszą tablicę z nazwą Wyspy (48 km), a o 15:48 wjechaliśmy na most. Przeprawa trwała 9 minut, a przede mną był cały tydzień na Wyspie Księcia Edwarda!

Widok na most z WKE

Widok na most z Nowego Brunszwiku

Przeprawa przez most w drodze powrotnej z Nowej Szkocji

Nie będę opisywała jednak wszystkiego, bo taki wpis zająłby pewnie bardzo dużo miejsca, postaram się skupić na takich rzeczach, które – jak sądzę – będą najbardziej interesujące.
Jeśli chodzi o czas wyjazdu, wrzesień okazał się bardzo miłym miesiącem – przez całe dwa tygodnie pobytu (no właśnie – dwa! O tym napiszę dalej ) było ciepło i słonecznie. Deszcz padał kilka razy, ale tylko wieczorem i w nocy, więc w niczym nam nie przeszkadzał (choć jak już padał, to rzęsiście). Trzy czy cztery dni były pochmurne, ale tylko do południa. Bardzo się cieszyłam, że pogoda okazała się taka łaskawa – mogliśmy zobaczyć i odwiedzić więcej miejsc i Wyspa była tak wspaniale kolorowa w słońcu. Wrzesień to także dobry miesiąc z innego powodu – jest to już czas po sezonie, więc ceny noclegów są niższe, a wstęp do parków – darmowy! Ostatnie opłaty pobierano piątego września, więc trafiliśmy idealnie (a nawet nie wiedzieliśmy, że za wstęp do parków są pobierane opłaty). Jest wtedy także mniej turystów, więc łatwo trafić na plażę, na której nie ma nikogo innego! Cavendish to wioska turystyczna – większość sklepów i atrakcji (np. Avonlea Village) jest już wtedy zamknięta (do wioski można wejść, ale otwarty był tylko jeden sklep). Nam bardzo to pasowało – cenimy ciszę i spokój. Dzięki temu mogliśmy też lepiej poznać Wyspę i na spokojnie wszystkiego doświadczyć. Na Zielonym Wzgórzu jednak zawsze byli turyści – byłam tam pięć razy (o różnych porach) i mam bardzo mało zdjęć, na których ktoś nie wszedł w kadr. Raz wybrałam się tam po zamknięciu – wtedy nie było już nikogo, ale sama też nie czułam się komfortowo, bo w zasadzie nie wiedziałam, czy mogę tam przebywać.
Przez pierwszy tydzień pobytu mieszkaliśmy w Green Gables Bungalow Court – wystawionym na sprzedaż. W gazetce z nieruchomościami znalazłam nawet ogłoszenie – posesję z czterdziestoma jeden domkami można było kupić za 1300000 dolarów! Było to wygodne logistycznie miejsce – na Zielone Wzgórze, do miejsca, w którym stał dom Maud, i nad morze można było iść pieszo, a samochodem można było dojechać wszędzie szybko – bo wszędzie tak naprawdę było blisko!
Sama zaplanowałam pierwszy tydzień pobytu – z jednej strony chciałam zobaczyć wszystko, co tylko możliwe, ale z drugiej wiedziałam, że jeśli skupię się na tym, żeby za wszelką cenę wszystko zobaczyć, nie poczuję piękna i uroku Wyspy. Chyba udało mi się to pogodzić.
Pierwszego dnia nie zrobiliśmy dużo – po wjeździe na Wyspę podekscytowana pobiegłam do Information Centre w miejscowości Borden-Carleton (znajduje się tuż przy zjeździe z mostu), oglądałam ulotki i gazetki i otrzymałam mapę Wyspy. Mapa była najważniejsza – miałam całą Wyspę w jednym miejscu. Bardzo miła pani udzieliła nam kliku wskazówek i rad – jeśli ktoś planuje przyjazd na Wyspę samochodem, warto tu zajść: można dowiedzieć się wielu ciekawostek i za darmo wziąć wiele przydatnych mapek, przewodników i ulotek. Podobnie zaopatrzone jest Information Centre w Cavendish. Znalazłam tam nawet kilka rzeczy, których nie było w Borden-Carleton.
Do Cavendish ruszyliśmy Central Coastal Drive – jedną z trzech tras prowadzących wzdłuż wybrzeża – po drodze robiliśmy mnóstwo przystanków i zdjęć! Wszystko było jednocześnie tak nowe i tak znajome – bo wiele miejsc widziałam wcześniej na zdjęciach Bernadki, a teraz widziałam je na własne oczy. Robiliśmy tyle przerw po drodze, że do Cavendish dotarliśmy dopiero na 18:30. Wyspa jest podzielona na cztery „regiony”, po których prowadzi inna trasa – każda trasa, a właściwie region, mają swoje własne znaki. Zachodnia część Wyspy (od Malpeque Bay, tu też znajduje się Summerside) ma czerwoną trasę, która nazywa się North Cape Coastal Drive (z rysunkiem latarni i wschodzącego/zachodzącego słońca); po środkowej części prowadzi trasa niebieska (Central Coastal Drive), której południowa część to Red Sands Shore (z rysunkiem klifów; tak, tak – piasek naprawdę jest czerwony!), a północna – Green Gables Shore (wiadomo, co jest na znaku). Na wschód od Charlottetown można pojechać trasą granatową – Point East Coastal Drive, na której znaku widnieje rozgwiazda. Udało się mi zrobić zdjęcie każdemu znakowi z osobna, a także wszystkim razem.


W środę – siódmego września – pierwszy raz pojawiłam się na Zielonym Wzgórzu. Wybrałam się tam niedługo po otwarciu – sądziłam, że o tej porze na pewno nie będzie jeszcze wielu turystów. Niestety, turystów było wielu i ja byłam jednym z nich. W kasie kupiłam bilet łączony, który pozwalał na wstęp zarówno na Zielone Wzgórze, jak i do miejsca, w którym stał dom Maud. Biletem była okrągła fioletowa naklejka. W czasie ponownych odwiedzin znalazłam dwie inne – czarną i czerwoną. Jedna – jak sądzę – upoważnia do wejścia tylko na Zielone Wzgórze, druga to bilet ulgowy.
Spędziłam tam sporo czasu tego dnia, tak żeby się nie spieszyć i zobaczyć każdy skrawek tego miejsca. Jest tam bardzo ładnie i sielsko – miejsce jest zadbane i pielęgnowane. Dom znajduje się na lekkim wzniesieniu, z którego na wschód rozciąga się widok na strumień i Las Duchów. Na Zielonym Wzgórzu byłam łącznie pięć razy – za każdym razem o innej porze, ale tylko raz bez innych osób – gdy było już po zamknięciu.

Zielone Wzgórze od północy

Widok na wschód

Zielone Wzgórze od wschodu

Mieszkanka Zielonego Wzgórza – też ruda 

Bardzo podobał mi się Las Duchów – mimo że codziennie przechodziło przez niego dużo osób, zachował swoją tajemniczość. Momentami przypominał nawet rezerwat przyrody – powalone drzewa nie były usuwane, można było odnieść wrażenie, że żyje sam dla siebie. Tą drogą zawsze szłam do sąsiadów Zielonego Wzgórza, czyli miejsca, gdzie wychowała się Maud. Aleją Zakochanych z kolei przeszłam tylko raz.
Aby dojść do domu Maud, po wyjściu z Lasu Duchów trzeba przejść przez ulicę i dalej iść ścieżką ocienioną z obu stron drzewami. Jest to piękne miejsce, w które włożono wiele serca i pracy. Mimo że znajduje się tak blisko Zielonego Wzgórza, zagląda tam mniej osób i dzięki temu można poczuć się tam naprawdę swobodnie i spokojnie. Otoczony potężnymi drzewami (topolami albo brzozami) stoi drewniany domek z białymi oknami, białą balustradą, białym płotem i napisem Book Store. A przed nim – biała majestatyczna brzoza. Miejsce jest naprawdę urokliwe. Zanim jednak dojdzie się do księgarni, mija się fundament domu Maud. Można sobie wyobrazić, jak to wszystko dawniej wyglądało. O ile dobrze zrozumiałam Jenny Macneil, która opowiadała turystom historię tego miejsca – jedna z jabłoni na ścieżce pamięta czasy Maud – w połowie uschnięta, nadal żyje. Bez wątpienia warto tu przyjść – to coś zupełnie innego niż Zielone Wzgórze – miejsce bardziej intymne, osobiste. Myślę, że osoby lepiej zorientowane w temacie Ani i Maud, tu bardziej poczują się jak w domu.



To wydanie najbardziej mi się podobało

W ciągu pierwszego tygodnia udało mi się odwiedzić inne miejsca związane z Maud – wtedy jeszcze nie wiedziałam, że pobyt na Wyspie się wydłuży, więc wszystko musiałam zmieścić w tym jednym tygodniu. W piątek dziewiątego września pojechaliśmy do New London i w zupełnym spokoju (byliśmy jedynymi zwiedzającymi dom) poznaliśmy miejsce, w którym urodziła się pisarka. Dom jest bardzo stary, ale nadal – w dobrym stanie. W piątek spotkałam się również z Bernadką i odwiedziłam Blue Moon. Na spotkanie byłyśmy umówione już wcześniej, ale i tak zrobiło na mnie wrażenie to, że osoby mieszkające od siebie i od Wyspy tak daleko mogły się spotkać właśnie tam. Wizytę w Park Corner odbyłam w sobotę. Stąd mam również miłe wspomnienia. Tego samego dnia pojawiliśmy się w Lower Bedeque – przy szkole i w domu Leardów. Szkoła we wrześniu jest już zamknięta, a ponieważ właścicielka Fable tego dnia urządzała przyjęcie w kawiarni, nie śmiałam jej prosić o klucze. Obejrzenia domu Leardów nie mogłam sobie jednak odmówić

Replika sukni ślubnej Maud

Niebieska skrzynia w Srebrnym Gaju
                                                                                                                            Cdn.

środa, 30 listopada 2016

Urodziny w Dziennikach


Dziś przypada 142 rocznica urodzin L.M. Montgomery. Dla większości z nas urodziny są dniem wyjątkowym, jednak w Dziennikach Maud nie znajdziemy zbyt wielu urodzinowych wpisów. W ciągu 52 lat prowadzenia Dziennika pisarka tylko 10 razy siada do niego w dniu swoich urodzin, z czego 3 wpisy zupełnie pomijają wyjątkowość tego dnia. Przyjrzyjmy się tym wpisom...

30 listopada 1902r. po raz pierwszy Maud robi wpis w dniu swoich urodzin. Niestety nie wspomina w nim ani słowem, co znaczy dla niej ta data. 12 lat później pisarka pierwszy raz pisze w Dzienniku, że obchodzi urodziny — być może dlatego, że kończy wówczas 40 lat i odnotowuje przy tej okazji, że osiągnęła sukces, który postanowiła osiągnąć 20 lat wcześniej. W 1916r. pojawia się kolejny wpis w dniu urodzin Maud, jednak koncentruje się on na wojnie. 30 listopada 1919r. 45-letnia Maud odnotowuje swoje urodziny i przyznaje, że nie czuje się na tyle lat. Zauważa, że nie ma jeszcze siwych włosów, a jej cera wygląda swieżo dzięki codzinnemu stosowaniu mleczka oczyszczającego. Brak zmarszczek jest według niej efektem wieczornych masaży i serii wymyślonych przez nią samą ćwiczeń twarzy, które regularnie wykonuje. 30 listopada 1925r. W Dzienniku pojawia sie długi wpis, w którego ostatnim akapicie pisarka wspomina o swoich urodzinach i wymienia prezenty, jakie tego dnia dostała. 30 listopada 1934r. Maud samotnie świętuje swoje 60 urodziny. Po raz pierwszy, jak pisze, nie ma przy niej w tym dniu nikogo, kogo kocha. Jednocześnie odnotowuje w tym wpisie ukończenie pracy nad drugą częścią serii o Pat Gardiner. Rok później pojawia się kolejna wzmianka o urodzinach i prezentach od synów — kartka z życzeniami od Chestera i słodycze od Stuarta. W 1936r. wpis rozpoczyna się informacją o urodzinach i otrzymanych listach, jednak głównym tematem jest nurtujący ją związek Stuarta z Joy Laird. W 1937r. pojawia się pod datą 30 listopada wpis, jednakże zupełnie pominięte są w nim urodziny pisarki. Pod koniec wpisu Maud przyznaje się do pewnego sekretu. Od jakiegoś czasu dzięki złudzeniu optycznemu, grze promieni słonecznych i cieni odbywającej się na balustradzie i stopniach domu z przeciwka, ma pisarka wrażenie, że widzi swojego zmarłego w styczniu kota. Kiedy sprzyjają ku temu warunki przez kilka chwil Lucky odwiedza swoją panią, po czym wszystko wraca do normy i Maud zostaje sama. Ostatni urodzinowy wpis pojawia się z okazji 64 rocznicy urodzin, 30 listopada 1938r. Maud odnotowuje, że te urodziny są najlepszymi od wielu lat. Wspomina prezenty od synów i sąsiadki, Margaret Cowan, w której Maud widzi potencjalną synową (tak się jednak złożyło, że Macdonaldowie nie odpowiadali matce Margaret, podobnie, jak Joy Laird uznana była przez Maud za niegodną jej syna). Tego dnia Maud przepisuje do Dziennika wiersz o kocie, który znajduje w gazecie, a który tak bardzo przypomina jej Lucky’ego. Znów wspomina swojego zmarłego kompana, który spoczywa pod sprowadzonym z Wyspy Księcia Edwarda kamieniem w jej ogrodzie na przedmieściach Toronto.

Na tym kończą się urodzinowe wpisy pisarki... W połowie 1939r. właściwie zaprzestaje prowadzenia Dzienników, a sporadyczne późniejsze zapiski wydają się być krzykami rozpaczy zmęczonego i strawionego chorobą umysłu. 

Gdziekolwiek jesteś Maud, mam nadzieję, że dziś otaczają Cię ukochane osoby, a na Twych kolanach mruczy Lucky...


***


Maud

Wśród wzgórz i dachów zielonych 
świerków i dróg czerwonych, 
żyła kobieta zagadka, 
pisarka, żona, matka.
Nie zawsze w szczęściu spokojnie, 
myślami będąc na wojnie,
lecz zawsze z kotem u boku
powiernikiem wszystkiego co wokół. 
Najlepszy ten jej przyjaciel 
mrucząc (nie umiał inaczej),
przeganiał z jej życia złe chwile
wytchnienia dając choć tyle
by znów pióro złapała
i pisała, pisała, pisała...


                                                               AutorAneta Sulejewska


środa, 23 listopada 2016

Śledztwo w Guelph


Kiedy w ubiegłym roku planowałam podróż do Ontario, nie sądziłam, że będę miała okazję zatrzymać się w Archiwum Biblioteki Uniwersytetu w Guelph. Całe szczęście udało się i mogłam dotknąć wielu rekwizytów, których kiedyś dotykała L.M. Montgomery. W Guelph na każdego wielbiciela pisarki czeka prawdziwa uczta — Dzienniki, scrapbooki, ręczne robótki, rękopis „Rilli ze Złotego Brzegu”, Gog i Magog, skorupy dzbana Woolnerów, książki, 1200 zdjęć. Moją wizytę w Guelph opisałam na blogu i zamieściłam sporo zdjęć — odsyłam wszystkich zainteresowanych do tego wpisu.

W lutym tego roku, kiedy wybraliśmy się do Toronto na premierę „Ani z Zielonego Wzgórza” z Ellą Ballentine w głównej roli, ponownie odwiedziłam archiwum. Tradycyjnie nie miałam zbyt wiele czasu, ale wykorzystałam każdą cenną minutę. 

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

Good Luck, ulubiony kot LMM
L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

Zdjęcie przy domu w Cavendish z dziadkami
L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

Salon w Srebrnym Gaju
L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

Srebrny Gaj
L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

Skupiłam się ponownie na Dziennikach, gdyż są one prawdziwą kopalnią wiedzy. Dla nich samych warto wybrać się do Ontario... Skoro już mowa o Dziennikach, to warto nadmienić, że rękopis znajdujący się w Guelph nie jest tym, który nastoletnia Maud zaczęła pisać w 1889r. Pomiędzy rokiem 1918 a 1922 pisarka przepisała bowiem swoje dotychczasowe Dzienniki, jednocześnie niszcząc oryginały. I choć utrzymywała, że przepisując je niczego nie zmieniała, nie można wykluczyć takiej ewentualności. Mamy więc przepisane Dzienniki w Guelph, zniszczone oryginały, spalone dziecięce pamiętniki, które zostały zastąpione „dorosłymi“ Dziennikami, a także maszynopis skróconej wersji Dzienników przygotowany przez LMM z myślą o publikacji po jej śmierci (ta wersja miała pierwotnie trafić do Chestera, jednak w związku z jego skandalicznym zachowaniem Maud zmieniła zdanie i postanowiła zostawić ją Stuartowi). 

Ciekawostka :)
L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

Piszę o tej skróconej wersji, gdyż odgrywa ona dużą rolę w kontekście tzw. listu samobójczego znalezionego przy łóżku Maud 24 kwietnia 1942r. O istnieniu tego listu świat dowiedział się w we wrześniu 2008r., kiedy w artykule w kanadyjskim dzienniku „The Globe and Mail” wnuczka pisarki oznajmiła, iż jej sławna babka popełniła samobójstwo. Na rewelacje Kate Butler Macdonald odpowiedziała wówczas, również na łamach „The Globe and Mail”, dr Mary Rubio, autorka biografii „Lucy Maud Montgomery — The Gift of Wings”. Wszystkich zainteresowanych tym tematem zapraszam do lektury artykułu Ewy Henry „Lucy Maud Montgomery — Postscriptum”.

Przyjrzyjmy się tej słynnej „nocie samobójczej”. Oto jej treść:


„Ta wersja jest nieukończona i nigdy nie będzie. Jest w okropnym stanie, ponieważ pisałam ją, kiedy nadeszło moje okropne załamanie w 1940 roku. Musi zakończyć się na tym. Jeśli któryś z wydawców zechce opublikować wyjątki, musi zakończyć w tym miejscu. Tom dziesiąty nie może być skopiowany ani opublikowany, dopóki żyję. Niektóre jego fragmenty są tak okropne, że zraniłyby wiele osób. Chwilami tracę zmysły i nawet nie śmiem myśleć, co mogę uczynić w takich momentach. Niech Bóg mi wybaczy i mam nadzieję, że wszyscy inni wybaczą mi, jeżeli nie są w stanie zrozumieć. Moja sytuacja jest zbyt straszna, by ją wytrzymać, i nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Co za koniec życia, w którym od zawsze wymagałam od siebie tego, co najlepsze.
                                                                                                                         Tłumaczenie: Ewa Henry

Zarówno w artykule Ewy Henry, jak i w samej biografii autorstwa dr Rubio pojawia się wzmianka na temat numeru strony pojawiającego się na górze kartki, sugerującego, iż być może strona ta jest częścią obszerniejszego dokumentu. Tzw. list samobójczy napisany został ponadto po drugiej stronie zestawienia honorarium z tantiem z „Jany ze Wzgórza Latarni”. Interesujący wybór papieru, nie sądzicie? I ten numer strony... 176... Nie zgadza się też data — LMM zmarła 24 kwietnia, a w lewym górnym rogu notki widnieje data 22 kwietnia.

W Guelph poprosiłam o możliwość zobaczenia tego dokumentu. Dr Rubio ołówkiem dopisała, że list ten otrzymała w 1981r. od Stuarta, który znalazł go na stoliku nocnym przy łóżku pisarki w dniu, kiedy zmarła. Znaleziono poza tym pustą buteleczkę po lekach. Dr Lane zajął się zwłokami, zaś Stuart miał pozbyć się listu i butelki.

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

Jak się okazało, strona 176 jest ostatnią stroną skróconej wersji Dzienników. Co prawda napisana odręcznie, a nie na maszynie, jednak nie ma wątpliwości, że na niej LMM postanowiła zakończyć Dzienniki, które mogłyby zostać opublikowane po jej śmierci. Czy jednak świadomie pomogła tej śmierci nadejść szybciej? Tego się nigdy nie dowiemy...

Tom IX skróconej wersji Dzienników, ten brakujący dokument, który kończy się na stronie 175, można również znaleźć w Archiwum Biblioteki Uniwersytetu w Guelph.

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections
University of Guelph Library

środa, 9 listopada 2016

Rocznica


Dokładnie 81 lat temu, w sobotę 9 listopada 1935r., L.M. Montgomery odpisała na list Agnes Pybus, młodej Brytyjki, która zdecydowała się napisać do swojej ulubionej autorki. Odpowiedź Maud została napisana w „Journey’s End”, domu znajdującym się na przedmieściach Toronto, przy Riverside Drive — w pierwszym i jednocześnie ostatnim domu, który autorka „Ani z Zielonego Wzgórza” mogła nazwać swoim własnym. 


Journey's End




Gdybyśmy wówczas żyli, być może i my skusilibyśmy się, aby napisać do L.M. Montgomery... Być może wzmianka o naszym liście lub nawet jego fragment znalazłyby się w Pamiętnikach pisarki, jak ten fragment, pod którym każdy z nas mógłby się podpisać: 

„Nie jestem w stanie wyrazić, jak wielki dług wdzięczności czuję za takie wzbogacenie, oczarowanie i rozświetlenie każdego dnia życia.” (wpis z 20 sierpnia 1936r.)

Ktoś inny napisze w 1938r. w liście do L.M. Montgomery:

To wielki dar móc poprzez pióro sprawiać przyjemność i przynosić szczęście tak wielu ludziom.” (wpis z 10 stycznia 1938r.)

Zmęczona życiem i przytłoczona problemami pisarka skomentuje to zdanie w sposób nie pozbawiony goryczy i ironii, stwierdzając, jak dziwne jest to, że można dać innym coś, czego się nie posiada.

Gdybyśmy i my mieli okazję napisać do pisarki, dostalibyśmy z pewnością odpowiedź, która brzmiałaby podobnie do listu, jaki otrzymała panna Pybus. Jak już wiecie, list ten szczęśliwym trafem znalazł się w moim posiadaniu i właśnie dziś, w rocznicę jego powstania, pragnę podzielić się z Wami jego treścią.


"Droga Panno Pybus! -

Bardzo miło z Twojej strony, że wysłałaś mi tak uroczy list i zapewniam Cię, że go doceniam. Zawsze jest mi przykro, że — w związku z tym, iż ilość listów od fanów jest tak ogromna, a mój czas wolny tak ograniczony — mogę odpowiedzieć na wszystkie miłe listy moich czytelników na całym świecie jedynie krótką notką potwierdzającą odbiór ich listu i zawierającą podziekowanie.

Jestem bardzo zadowolona, że moje książki sprawiły Ci przyjemność — i cieszę się, że Twój pobyt w szpitalu nie jest — bądź mam nadzieję, że nie był — długi.

Myślę, że możesz zdobyć kopię „Pat ze Srebrnego Gaju" w Wydawnictwie George Harrap Pub. Co. Wydawnictwo to opublikuje również kontynuację pt. „Pani na Srebrnym Gaju" jesienią tego roku. I być może ucieszy Cię wiadomość, że piszę nową książkę o Ani, która wypełnieni „stracone lata" pomiędzy „Anią na Uniwersytecie” i „Wymarzonym domem Ani”. Prawdopodobnie wyjdzie ona następnej jesieni.

Mieszkam w Ontario, a urodziłam się i wychowałam na Wyspie Księcia Edwarda — miejscu akcji większości moich książek. Byłam w Anglii kilka lat temu, ale nie od wojny. Jednakże zdaje się, iż moja twórczość zjednała mi tam wielu przyjaciół i ich listy wnoszą wiele przyjemności do mojego życia.

Pozdrawiam serdecznie

L.M. Montgomery Macdonald"








Książką, którą pisała wówczas Maud, była oczywiście „Ania z Szumiących Wierzb”, wydana ostatecznie na kontynencie amerykańskim pod tytułem „Ania z Szumiących Topoli” (tytuł został zmieniony ze względu na zbyt dużą zbieżność z tytułem książki Kennetha Grahame’a „O czym szumią wierzby”). Książkę tę zadedykowała Maud nam — wszystkim przyjaciołom Ani.  

piątek, 28 października 2016

List


Kiedy postanowiłam kolekcjonować pierwsze wydania książek L.M. Montgomery, nie marzyłam nawet, że kiedykolwiek uśmiechnie się do mnie los i zdobędę coś, co w swoich rękach trzymała pisarka. Od czasu do czasu pojawiają się co prawda aukcje na eBay, w których można licytować bądź kupić książkę z autografem autorki, ale ceny tych książek dochodzą do kwot, których nie byłam w stanie nawet rozważać. Niemniej jednak, co pewien czas, oglądam, co jest dostępne i niespełna miesiąc temu wyskoczył mi w wyszukiwarce list autorki do jej wielbicielki z Anglii. Zazwyczaj jestem w stanie dosyć szybko zaszufladkować różne rzeczy jako takie, które pozostaną w sferze marzeń (do nich należy na przykład pierwsze wydanie „Ani z Zielonego Wzgórza” z kwietnia 1908r., gdyż ceny tej książki mogą sięgać ponad 20 tys. dolarów), ale tym razem poczułam, że ten list jest mi pisany... Cena nie była niska, ale można się było zacząć zastanawiać, jak wejść w posiadanie tego skarbu. Wiedziałam od razu, że list jest prawdziwym skarbem — 3 strony, wspomniane różne tytuły oraz zapowiedź nowej książki z serii o Ani Shirley... Poza tym pojawia się w liście Wyspa Księcia Edwarda, Srebrny Gaj i ten charakterystyczny podpis z kotem, podobno zarezerwowany dla najbliższych... 

Najpierw spróbowałam poszukać jakichś informacji na temat wartości takiego dokumentu. Pierwsze artykuły, na które trafiłam, sprawiły, że jeszcze bardziej zapragnęłam stać się właścicielką tego listu. Cena, która kilka minut wcześniej wydawała się wysoka, nagle stała się prawdziwą okazją. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała szczęścia. Napisałam do sprzedawcy z pytaniem, czy ta cena podlega negocjacji i czy rozważyłby niższą kwotę. Wszystko to działo się późnym wieczorem w USA, a sprzedający był w Anglii, więc po napisaniu e-maila poszłam spać, choć bardzo trudno było mi zasnąć. Postanowiłam, że jeśli dostanę jakąkolwiek zniżkę, to będzie to znak, aby kupić list.

Kiedy obudziłam się rano, czekała na mnie odpowiedź od przemiłej Polly, bratniej duszy, która napisała, że zaraz sprawdziła, kim jestem i widząc moje zdjęcie z polskim wydaniem „Ani z Zielonego Wzgórza” pomyślała, że list powinien być mój :). Szybko wycofała go ze swojej oferty i zaproponowała mi 15% zniżki oraz darmową przesyłkę. Chciałam dostać znak, więc go dostałam... :)

Polly była zdecydowana czekać aż będę w stanie kupić list, ale mój mąż stwierdził, że trzeba go od razu kupić. :) Każdy dokument  mający ponad 50 lat opuszczający Anglię musi otrzymać licencję eksportową, więc przyszło mi trochę poczekać na ten skarb... Jednak, jak mawiała Ania Shirley: „Oczekiwanie, że coś miłego się wydarzy, to niemal połowa przyjemności”. Czekałam więc cierpliwie i niesamowicie się cieszyłam, że już niedługo dostanę list napisany ręką L.M. Montgomery...

I STAŁO SIĘ!!! LIST JEST U MNIE!!! NIESAMOWITE!!!






czwartek, 27 października 2016

Pierwsza wichura


Ostatni dzień na Wyspie Księcia Edwarda pozostanie nam na długo w pamięci. Rozszalała się bowiem ogromna burza i pierwszy raz odczuliśmy potęgę natury — natury, która tego dnia udowodniła, że jest w stanie pokrzyżować wszelkie plany. Najbardziej pokrzyżowane zostały plany turystów, którzy tego dnia mieli odbyć wycieczkę śladami Ani i Maud, a tymczasem zmuszeni zostali pozostać na statku wycieczkowym, który przypłynął na Wyspę. Żal mi było tych turystów. Być może niektórzy z nich wybrali się na ten rejs, żeby poznać Wyspę Księcia Edwarda, a tu taki pech! Pewnie niektórzy z nich przebywali w otchłani rozpaczy...

Nas pogoda nie martwiła! Na obiad miała przyjść Pam Campbell z Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza, a na brunch Vickie z Wymarzonego Domu Nadii. Vickie dzień wcześniej zjawiła się na Wyspie (Wymarzony Dom Nadii jest jej drugim domem) i z radością przyjęła nasze zaproszenie. Blue Moon jest świetnym miejscem do przyjmowania gości :). Po wyjściu Vickie zaczęliśmy się powoli pakować i przygotowywać dom na dłuższą nieobecność, kiedy nagle straciliśmy prąd... W czeluściach naszej piwnicy znajduje się co prawda generator, jednak przy takiej pogodzie nie było mowy o jego uruchomieniu. Następnego ranka mieliśmy wyjeżdżać, więc postanowiliśmy nie martwić się brakiem prądu. Blue Moon był bardzo przytulny, mieliśmy latarki i świeczki oraz sporo do czytania — na brak rozrywek nie mogliśmy więc narzekać. W Kanadzie w tym dniu obchodzono Święto Dziękczynienia, a burza nie odpuszczała, więc nikt nie spodziewał się, że 2 godziny później prąd zostanie ponownie włączony. Obiad, który po stracie prądu został odwołany, teraz mógł dojść do skutku :). Pam zjawiła się punktualnie (jako ciekawostka dodam, że pomimo bliskiego sąsiedztwa odwiedzamy się samochodami :) ) i przywiozła ze sobą pieczątkę z autografem L.M. Montgomery. Wymyśliłam sobie, że ta pieczątka wyglądałaby wybornie w moich polskich Aniach :) Podczas wizyty Pam doszłam dodatkowo do wniosku, że dobrym pomysłem byłoby poprosić ją o dedykację. Kiedy więc za oknem szalała jedna z największych burz na Wyspie, przy naszym stole było wesoło i miło.




Gdzieś w okolicach deseru pojawił się Paul Montgomery, który obiecał mi domowej roboty małże. Dodatkowo przyniósł też salsę. Jak widać, żadna wichura nie jest w stanie przeszkodzić Wyspiarzowi w spełnieniu obietnicy :). Dobrze się stało, że przyszedł, bo wspólnie doszliśmy do tego, że „śmieci”, które pojawiły się wcześniej na naszej działce (sami podejrzewaliśmy, że to nasza antena satelitarna), to różne części sprzętu ze Złotego Brzegu... Ja oczywiście musiałam przez moment poprzeżywać... Po mojej działce porozrzucany jest sprzęt ze ZŁOTEGO BRZEGU!! Nie śnię!! To prawda! 

Jak na Wyspiarza przystało, Paul nie martwił się zbytnio sprzętem ani tym, że wichura strąciła ich szyld. Jak wiadomo, po burzy będzie czas, aby się tym wszystkim na spokojnie zająć... Blue Moon wyszedł z burzy obronną ręką, jeśli nie liczyć wyłamanych drzwi do budynku gospodarczego, które udało się następnego dnia znaleźć wraz ze skoblem... Zreperowanie drzwi zajęło nam kilka minut i po wizycie hydraulika mogliśmy udać się w drogę powrotną, zatrzymując się na chwilkę w Srebrnym Gaju i na naszej ulubionej plaży. Będziemy niesamowicie tęsknić za Blue Moon i naszym wspaniałym sąsiedztwem...


Po burzy...

Widok na Blue Moon z Muzeum Ani z ZW

Srebrny Gaj