wtorek, 22 maja 2018

Za 100 godzin!

Za 100 godzin będziemy na Wyspie Księcia Edwarda!! Po prawie 9 miesiącach rozstania nadeszła w końcu ta chwila, kiedy można się zacząć pakować. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani i o niczym innym nie rozmawiamy. Podczas śniadań i obiadów mówimy o tym, jak wspaniale będzie za kilka dni usiąść przy naszym stole w Blue Moon z widokiem na Jezioro Lśniących Wód. Jesteśmy już tak blisko, że prawie czujemy tę specyficzną atmosferę... Przez te wszystkie miesiące nasze rozmowy wypełniała tęsknota. Teraz wypełnia je radość i szczęście. Tak doskonale wiem, co czuła Jana ze Wzgórza Latarni, kiedy zbliżały się wakacje i mogła znów znaleźć się na ukochanej Wyspie Księcia Edwarda. Niedawno odświeżyłam sobie tę książkę, w której tak wiele jest na temat tęsknoty za Wyspą. Myślę, że Maud zawarła w niej bardzo dużo swojej własnej tęsknoty. W swoich Dziennikach pisała, że wystarczy znaleźć się na Wyspie, aby zrozumieć, że wszystko inne przy niej blednie. Tak właśnie jest. I choć są na świecie równie piękne miejsca, nie są one Wyspą Księcia Edwarda... 



Zdaję sobie sprawę, że trochę zaniedbałam bloga, ale w moim życiu zawsze sporo jest Maud i Ani. Przez kilka tygodni pracowałam nad nowym tomem pełnego wydania Dzienników, który jest już dostępny na Amazon. Tom ten obejmuje lata 1922–1925 i jest tomem, który został wcześniej pominięty. 


Z częścią tą związana jest interesująca historia. Otóż w 1925 r. L.M. Montgomery w swoim Dzienniku zamieszcza cały pamiętnik Charlesa Macneilla (zajmuje to 100 stron Dziennika Maud, łącznie 28130 słów). Charles był farmerem z Cavendish, krewnym Maud i ojcem Pensie i Alca Macneill. Jen Rubio, redaktorka wydania, długo zastanawiała się, co zrobić z tym obszernym tekstem. Najpierw chciała zamieścić wpisy z dwóch miesięcy, później z chociaż jednego. W końcu zdecydowała, że wyda cały pamiętnik Charlesa Macneilla jako osobną książkę dla zainteresowanych tematem. Badacze życia L.M. Montgomery dowiedzą się o tym na konferencji w Charlottetown za miesiąc, a Wy już dziś możecie zobaczyć okładkę tego dziennika z moim zdjęciem.



Myślę, że Jen podjęła właściwą decyzję odnośnie pamiętnika Charlesa Macneilla. Kiedy Maud skończyła go przepisywać do swojego własnego Dziennika, napisała:

„Skończyłam stary pamiętnik. Zajęło mi to kilka niedzielnych popołudni, a w międzyczasie pisałam też wpisy do własnego dziennika, które później przepiszę. Każdej innej osobie na świecie stary dziennik Charlesa Macneilla wydawałby się nużący i niewyobrażalnie nudny do skopiowania. Ale dla mnie każda chwila spędzona na przepisywaniu była rozkoszą. Wróciłam do świata, w którym panowało szczęście i nie istniały problemy — przynajmniej dla mnie. Na powrót byłam tak wyraźnie w jego domu jako dziecko i młoda dziewczyna, że ​​każde słowo, które napisał, żywo przywołało  słodkie wspomnienie dni, które przeminęły oraz dziecinnych igraszek i rozkoszy. (...) Pensie żyła i biegała ze mną w blasku księżyca, gdyż razem wślizgnęłyśmy się z powrotem do ogrodu, w którym ustawiono miecz, którego śmiertelnicy nie mogą przekroczyć — raju dzieciństwa. 
Dokładnie skopiowałam pamiętnik. Sporadycznie występuje w nim błąd w dacie lub błąd w pisowni. Ale bardzo rzadko. Charles Macneill był nadzwyczajnie dobrym pisarzem.

Praca nad Dziennikiem Maud jest niezwykle ciekawa. Można dowiedzieć się sporo na temat tego, jak powstawały wpisy. Z całą pewnością były najpierw pisane na brudno, po czym przepisywane do Dziennika. W jednym przypadku Maud pisze 27 stycznia o zbliżającej się rocznicy śmierci swojej kuzynki i przyjaciółki Frede Campbell. Oczywiście ktoś, kto zna datę śmierci, wie, że 27 stycznia przypada 2 dni później, więc wpis ten powstawał z pewnością przez kilka dni i został przepisany 27 stycznia. 

W tym roku upływa 12 lat od mojej pierwszej wizyty na Wyspie i 6 lat od powrotu w 2012r. W ciągu tych 6 lat tak wiele się zdarzyło... Zakochałam się w Wymarzonym Domku, zamieszkałam w nim i znalazłam swój własny dom nad Jeziorem Lśniących Wód... 14 podróży za mną, kolejna już za 90 godzin. Ponad 330 godzin mojego życia spędziłam w drodze na Wyspę Księcia Edwarda lub wracając z niej. Ponad 43000 kilometrów zaliczyły nasze samochody w ciągu tych podróży. To jednak najmilsze z wszystkich podróży...

sobota, 20 stycznia 2018

Życie na Wyspie cz. II


Kolejnym interesującym tematem jest robienie zakupów na Wyspie. Jeśli nie mieszka się w Charlottetown, Summerside lub jednym z miasteczek, dojazd do sklepu spożywczego jest większą wyprawą. Supermarkety znajdują się jedynie w dużych miastach — przy czym pojęcie dużego miasta jest tu bardzo umowne, gdyż w Charlottetown mieszka około 36 tys., a w Summerside około 15 tys. osób. Najlepszy wybór produktów spożywczych znajdzie się tu w Sobey’s i w trochę droższym Atlantic Superstore. Dla osób, które liczą się z każdym dolarem, dobrą opcją może okazać się też Walmart, w którym czasem można trafić na dobre okazje. Sporo mieszkańców Wyspy ma do takich sklepów co najmniej pół godziny drogi, czasem i ponad godzinę. W mniejszych sklepikach ceny są oczywiście wyższe, więc opłaca się pojechać dalej na większe zakupy. W domach bardzo często znajdują się zamrażarki — artykuły spożywcze kupuje się w większych ilościach, szczególnie w zimie, kiedy ze względu na warunki atmosferyczne być może nie będzie okazji pojechać na zakupy. Czasem zamykany jest most i wtedy ceny żywności, szczególnie warzyw i owoców, osiągają nowe rekordy. Wyspiarze muszą więc przygotować się na taką ewentualność i już w lecie robić różne przetwory, które przydadzą się w zimie. 

Osoby przyjeżdżające z USA zauważą różnicę w cenach — nawet po odliczeniu około 20% ze względu na słabszy kurs dolara kanadyjskiego, nadal ceny żywności, poza nielicznymi wyjątkami, są wyższe o 10 do nawet 100% (jednym z przykładów może być cena makaronu, który w amerykańskim supermarkecie można zawsze kupić za 1 dolara, czasem nawet za 69 centów, a na Wyspie płaci się ponad 2 dolary).  Droższe w porównaniu z cenami w USA są kurczaki,  jajka, nabiał, większość warzyw i owoców — pomimo tego, że Wyspa słynie z rolnictwa, ceny żywności mogą czasem szokować. Kiedy zdarzają się wyjątkowo dobre promocje, towaru zaczyna brakować. W lecie w jednym z supermarketów sprzedawano masło w promocji po 2,99 dolara za funt (ok. 45 dag) i wszyscy kupowali po 8 sztuk (3,6 kg masła), gdyż tyle można było kupić w promocyjnej cenie (normalna cena to 5–6 dolarów). Widziałam matkę z dwoma córkami, z których każda kupowała po 8 kostek masła! Z czymś takim nie spotykam się w USA — być może nasze promocje są częstsze albo mamy sklepy, w których można kupić żywność w korzystnej cenie nawet bez promocji (np. Aldi). 

Jedną z głównych różnic, jaką zauważam między sklepami na Wyspie a w moim stanie jest to, że brakuje pewnych produktów, do których się przyzwyczaiłam, szczególnie żywności organicznej i szeroko rozumianej zdrowej żywności. Wygląda poza tym na to, że rezultatem małego popytu na zdrowszą żywność jest jej zdecydowanie wyższa cena (mleko organiczne o 100% droższe od mleka organicznego kupowanego w USA i zlokalizowane po wielu trudach w czwartym odwiedzonym sklepie; w trzech poprzednich na moje pytania otrzymywałam odpowiedź, że coś takiego nie istnieje). Zarówno w USA, jak w Kanadzie spotyka się produkty tzw. generic — są to tańsze odpowiedniki produktów znanych firm. Na Wyspie zauważyłam, że ich ceny są zbliżone do cen markowych produktów w USA. Czasem tych markowych produktów nie można w ogóle dostać, kiedy indziej ich ceny są bardzo wysokie. 

Na Wyspie ma się czasem wrażenie, że pozostała ona trochę poza obecnymi trendami — restauracje serwują ryby smażone w głębokim oleju z górą frytek i surówką w ilościach śladowych, słone masło i śmietana to nieodłączni towarzysze ziemniaków, słodkie napoje i chipsy gwarantują sukces każdej imprezy, a kaloryczne hamburgery wydają się być najsmaczniejszą opcją, kiedy wychodzi się na obiad czy kolację. I może dziwne jest to, że piszę o problemach z dietą wyspiarzy, kiedy w USA masa ludzi ma podobny problem, jednak idea zdrowej żywności jest tam dopiero w powijakach, zaś w USA zaczęto uczyć podstaw zdrowego żywienia już w pierwszych klasach szkoły podstawowej. 

W sklepach z artykułami budowlanymi zauważyłam wielką różnicę pomiędzy USA a Wyspą. Kiedy w USA zatrudnia się w nich czasem osoby niekoniecznie znające się na asortymencie i usługach oferowanych przez sklep, na Wyspie każdy pracownik posiada sporą wiedzę, którą chętnie się dzieli. Jeśli sam nie zna odpowiedzi na jakieś pytanie, znajduje osobę, która jest w stanie pomóc. Ceny są trochę wyższe niż w USA i często mniejszy jest wybór (pamiętam, kiedy wybieraliśmy odkurzacz z dwóch dostępnych modeli), ale wizyty w takich miejscach są bezcenne. Każdy próbuje pomóc, jak może — warto wspomnieć o wszystkim, co leży na sercu, bo a nuż okaże się, że brat sprzedawcy ma firmę, która zajmuje się pompowaniem szamba, a inny sprzedawca podczas przerwy obiadowej zajmuje się szkleniem okien... Jeśli nawet sklep nie oferuje czegoś albo cena wydaje się zbyt wygórowana, można liczyć na to, że dostanie się informacje na temat podobnego artykułu w niższej cenie, choćby sprzedawała ten artykuł konkurencja.

O ile zakupy w sklepach spożywczych przebiegają w miarę szybko, w innych sklepach spędza się o wiele dłużej. Jeśli jest ku temu okazja, to trzeba porozmawiać z kupującym, dowiedzieć się „kto jest jego ojcem” i doszukać wszystkich wspólnych krewnych i znajomych. „Who is your fadder?” (umyślny błąd) to pytanie, które stawia każdy wyspiarz poznając innego wyspiarza. W taki sposób można mniej więcej zaklasyfikować nowego znajomego — w ponad 90% przypadków znajdzie się jakiś wspólny mianownik, który skruszy wszelkie lody i dostarczy tematów na przynajmniej pół godziny rozmowy. Jeśli się nie pochodzi z Wyspy, to lepiej unikać podobnych sytuacji, bo nie zawsze ma się czas na takie konwersacje. Kiedy spotykają się dwie nowe osoby z Wyspy, a dodatkowo jest z nimi CFA (Comes From Away, czyli ktoś, kto urodził się poza Wyspą), nie ma większego znaczenia, jaki interes ma przybyły spoza Wyspy. W pierwszej kolejności będzie genealogia i ustalanie wspólnego mianownika. Nie ma nawet sensu próbować skierować rozmowę na inny tor lub ją przyspieszyć — reguły gry wyraźnie nie sprzyjają tu przyjezdnym. 

W porównaniu z USA w Kanadzie zauważam większość dbałość o domy i obejścia. Wiem, że Polacy mają bardzo mylne wyobrażenie o tym, jak żyje się w Stanach Zjednoczonych — prawda jest daleka od tego, co serwują Wam amerykańskie filmy. Na palcach jednej ręki mogłabym zliczyć domy, które mogłyby wystrojem wnętrz i czystością konkurować z domami mojej rodziny i znajomych z Polski. Być może jest to specyfika Nowej Anglii, jednak sądzę, że te piękne wnętrza, które oglądamy w filmach, zarezerwowane są dla niewielkiego odsetka osób, których sytuacja finansowa z pewnością nie należy do typowych. Po przekroczeniu granicy z Kanadą rzucają nam się w oczy ładnie utrzymane trawniki i zadbane domy, choć zdarzają się i domy popadające w ruinę. Na Wyspie jest niestety sporo takich opuszczonych i zapomnianych domostw — ich właściciele najprawdopodobniej szukają lepszego życia w Ontario lub Albercie. I choć zazwyczaj na zdjęciach widujecie piękno Wyspy, brzydota i nędza też nie są jej obce. Głównie spotyka się je w głębi lądu i w większym oddaleniu od miast.

Transport publiczny właściwie nie istnieje, więc konieczne jest posiadanie samochodu (w przypadku turystów KONIECZNY jest wynajem samochodu). I choć na mapach Wyspa Księcia Edwarda jawi się jako niewielka plamka, w tydzień można bez większych problemów przejeździć 800-1000 km. Naszym rekordem było zrobienie 450 km w jednym dniu. Benzyna jest droższa niż w USA, ale tańsza niż w Polsce (wychodzi około 3,10 PLN za litr. Ceny na stacjach podawane są w centach za litr) — co ciekawe ceny benzyny są regulowane, więc na każdej stacji płaci się tyle samo (wyjątki stanowią czasem malutkie stacje położone z dala od wszystkiego i stacje oferujące drobne zniżki w przypadku transakcji gotówkowych). Większość dróg na Wyspie to drogi jednojezdniowe, dwukierunkowe, o jednym pasie ruchu dla każdego kierunku. Brak wydzielonego pobocza i chodnika sprawia, że dosyć trudno przemieszcza się po Wyspie pieszo lub na rowerze. Limit prędkości w wielu miejscach to 80 km/h, jednak większość kierowców wydaje się traktować go jedynie jako sugestię. Na porządku dziennym widzi się samochody mknące po 90, 100 i powyżej 100 km na godzinę, a i noc nie stanowi przeszkody w rozwijaniu szaleńczych prędkości. Trzeba więc bardzo uważać, szczególnie nocą, kiedy na jezdniach pojawiają się lisy i pijani kierowcy. 

Cdn.



środa, 17 stycznia 2018

Życie na Wyspie cz. I


Witam wszystkich bardzo serdecznie w Nowym Roku! Upłynęła właśnie pierwsza połowa stycznia i choć za oknem sypie dziś śnieg, do kolejnego wyjazdu na Wyspę jest już zdecydowanie bliżej. A będzie się w tym roku sporo działo! Już w czerwcu będę miała okazję pokazać Wyspę mojej siostrze, a w sierpniu jednej z moich najbliższych przyjaciółek. Domek nad Jeziorem Lśniących Wód będzie znów wypełniony polskim językiem i radością gości. 😊 

Obiecałam, że spróbuję w kolejnym wpisie przybliżyć Wam, jak się żyje na Wyspie Księcia Edwarda, więc dziś będzie właśnie o tym.

Na początku kilka słów wyjaśnienia. Moje spostrzeżenia są spostrzeżeniami Polki, która od ponad 17 lat mieszka w USA. Być może okaże się, że porównując coś z polskimi realiami, mylę się, gdyż od lat już tak nie jest. Pewne rzeczy być może mnie zaskoczyły jako osobę znającą realia Polski sprzed 17 lat — nie zdziwcie się więc, jeśli napisze o czymś, co Was by nie dziwiło. Oczywiście porównuję zarówno z Polską, jak i z realiami panującymi w USA — o nich też będę musiała w tym wpisie wspomnieć. Interesujące jest to, że obydwa kraje leżą w Ameryce Północnej i bardzo często myśli się o nich jako o krajach bardzo zbliżonych, jednak w moim odczuciu jest między nimi sporo różnic. Wyspa Księcia Edwarda to oczywiście nie cała Kanada, a Connecticut to nie całe Stany Zjednoczone — jestem tego świadoma i absolutnie nie twierdzę, że jestem ekspertką w temacie tych dwóch krajów. Długo nie pisałam o życiu na Wyspie, gdyż rozumiem, jak bardzo złożony jest to temat. Niektórzy czują się na siłach opisywać kraj po trzech tygodniach w nim spędzonych, ja potrzebuję lat, aby poznać mechanizmy i spróbować poznać mentalność ludzi. 

Mieszkając dosyć już długo w USA poznałam mentalność społeczeństwa, które uważa, że Stany Zjednoczone stoją ponad wszystkimi innymi krajami. Do tego stopnia rozwinięta jest ta mania wyższości, że przeciętny Amerykanin nie dopuszcza do siebie myśli, iż inne kraje mogą mieć lepsze rozwiązania czy technologie. Na Wyspie jest zupełnie inaczej. Przeciętny mieszkaniec Wyspy czuje się trochę gorszy od turystów. Z czego się to bierze? Z ograniczonych możliwości edukacji, z niższych zarobków, z ograniczonych perspektyw. Kiedy w USA większość dzieci myśli o college’u, ich rówieśnicy z Wyspy wiedzą, że studia niekoniecznie będą im pisane. Żeby była jasność — w obydwu przypadkach studia sporo kosztują i rodziców rzadko na nie stać (koszt studiów w USA to ogromne kwoty dla osób z wynagrodzeniem w okolicach średnich zarobków. Najmniej płacą osoby, których rodzice mają niskie dochody, gdyż mogą liczyć na stypendia socjalne. Roczny koszt college’u to 10 – 60+ tys. dolarów), jednak dla Amerykanów college jest priorytetem i godzą się na zaciąganie sporych pożyczek, aby zdobyć upragnione wykształcenie. Na Wyspie, gdzie trudno znaleźć dobrze płatną pracę, młody człowiek, planujący na niej zostać, musi się dobrze zastanowić, czy wyższe wykształcenie mu się przyda. Zauważyłam, że dzieci dosyć wcześnie zaczynają pracować w czasie wakacji —  jednym z przykładów może być Rilla, córka Denise, która spędziła lato pomagając mamie w Złotym Brzegu, kosząc trawę, podlewając ogródek w Srebrnym Gaju itd. Za swoją pracę dostawała wynagrodzenie. W USA dzieci nie mogą pracować przed ukończeniem 14 lat, a między 14 i 16 rokiem życia liczba godzin pracy jest limitowana. Na Wyspie nie istnieją takie uregulowania, co potwierdziła July, właścicielka domu Leardów, która zatrudniała dzieci w herbaciarni w Lower Bedeque.

Bardzo dużo osób na Wyspie ma kilka zajęć, szczególnie w lecie. Lato, pora roku tak bardzo lubiana przez turystów, spędzana jest przez większość wyspiarzy na ciężkiej pracy. To wtedy zarabia się najwięcej, więc nie ma czasu na własne wakacje. Rzadko kto ma zajęcie w określonych ramach czasowych — jeśli trzeba to pracuje się 7 dni w tygodniu po 10, a nawet 12 godzin. Tak wygląda życie przez 2, 3, a czasem 4 miesiące w roku. Po tych miesiącach szaleńczej pracy przychodzą powolne miesiące późnej jesieni, zimy i wczesnej wiosny. Rytm, do którego czasem trudno się przyzwyczaić. Trzeba umieć zaoszczędzić zarobione w lecie pieniądze, gdyż zasiłek dla bezrobotnych może nie wystarczyć na bieżące potrzeby. Dla niektórych ludzi taki rytm życia byłby nie do pomyślenia, jednak Wyspa rządzi się swoimi prawami, które trzeba przyjąć, jeśli chce się na niej mieszkać.

O trudnych zimach na Wyspie pisała L.M. Montgomery w swoich Dziennikach i pod tym względem jest podobnie, choć dzięki internetowi nie odczuwa się aż tak ogromnej izolacji, jaką przeżywała pisarka pod koniec XIX i na początku XX wieku w Cavendish. W wielu społecznościach ma się jednak zimą wrażenie, że ludzie zapadli w zimowy sen — czasem nie widzi się sąsiadów przez kilka dni. Część osób, które mają taką możliwość, ucieka z zimowej Wyspy w cieplejszy klimat i trudno się im dziwić. Jak wiecie bardzo kocham Wyspę i tęsknię za nią każdego dnia, ale perspektywa zimy na Wyspie mnie przeraża. 

W ubiegłym roku po raz pierwszy zaliczyliśmy wizytę u lekarza, więc mogę i tę kwestię trochę przybliżyć. Chora osoba musi się udać albo do szpitala, albo do kliniki. W obydwu przypadkach łączy się to z kilkoma godzinami czekania na spotkanie z lekarzem. My udaliśmy się do kliniki w Summerside, która znajduje się w budynku apteki Murphy (to sieć aptek, ale nie w każdej jest klinika). Zanim klinika zostaje otwarta, ustawia się kolejka pacjentów, którzy następnie dostają w recepcji numerki i orientacyjną godzinę wizyty. W naszym przypadku orientacyjna godzina była o trzy godziny wcześniejsza niż faktyczna, a cała procedura trwała prawie 6 godzin. Słyszałam, że w szpitalach jest podobnie. Co ciekawe, nie ma właściwie możliwości umówienia się na wizytę ze specjalistą — trzeba pójść do lekarza pierwszego kontaktu, który może skierować do specjalisty. Na taką wizytę czeka się o wiele dłużej. To chyba jest dosyć zbliżone do warunków w Polsce, jednak w Polsce można zapłacić prywatnie i w miarę szybko umówić się ze specjalistą. Na Wyspie, o ile się orientuję, nie ma takiej opcji. Będąc w Polsce zawsze płacimy za prywatne wizyty i jesteśmy obsługiwani poza kolejką, na Wyspie bez względu na to, że płaciliśmy z własnej kieszeni (koniecznie trzeba mieć na to gotówkę), czekaliśmy w normalnej kolejce. Koszt wizyty to 100 dolarów kanadyjskich, koszt lekarstw 80 dolarów (dla porównania w USA, mając ubezpieczenie, taka wizyta kosztuje nas około 125 dolarów amerykańskich, ale jej dokładnej ceny nie znamy do około miesiąca po samej wizycie, kiedy przychodzi rachunek. Gdybyśmy nie mieli ubezpieczenia, ta sama wizyta kosztowałaby nas jakieś 200-250 dolarów. Jeśli chodzi o czekanie, to w najgorszym przypadku przy telefonicznym umawianiu się na ten sam dzień, spędzilibyśmy od 30 do 90 minut w gabinecie lekarskim). Od znajomych z Wyspy dowiedziałam się, że na wszystkie specjalistyczne badania długo się czeka, a brak specjalistów, szczególnie psychiatrów (dzieci czekają po 3 lata, żeby zdiagnozowano u nich na przykład depresję!) jest ogromnym problemem. Od lat narzekam na amerykański system, który jest bardzo drogi, zwłaszcza od 2013 roku, kiedy większość osób pracujących w firmach, została zmuszona zacząć korzystać z planów z franszyzą redukcyjną, czyli planów, w których pacjent płaci z własnej kieszeni pierwsze 3 czy 4 tysiące dolarów wydatków medycznych. Pracownicy zostali do nich niejako zmuszeni, gdyż plany bez franszyzy stały się o tyle droższe, że taniej wychodzi zapłacić te 3 czy 4 tysiące dolarów niż wydać 5 czy 6 tysięcy na rok więcej na plan, w którym i tak nie wszystko jest darmowe. Narzekam też na ceny badań, wizyt, zabiegów — nie tylko na ich wysokość, ale przede wszystkim na brak przejrzystości. W 95% przypadków pacjent nie ma zielonego pojęcia, ile będzie kosztowała go wizyta u lekarza czy konkretne badanie. Co więcej zielonego pojęcia na ten temat nie ma nikt w recepcji! Wystawianiem rachunków zajmują się często specjalne wydziały lub nawet osobne firmy, czasem zlokalizowane w innym mieście! Cena wizyty uzależniona jest od kodów, które wpisze lekarz podczas wizyty — każda czynność zostaje skrupulatnie odnotowana i opatrzona odpowiednim kodem. Jeśli jednak zapomni się o kosztach, to naprawdę grzechem byłoby narzekać — lekarze nie traktują pacjentów jak intruzów, poza godzinami pracy zawsze jest do dyspozycji numer telefonu, na który można zadzwonić, aby zapytać, czy należy na przykład udać się na ostry dyżur, czy przyjść następnego dnia, nie czeka się godzinami na wizytę u lekarza ani miesiącami (bądź latami) na badania czy zabiegi. To prawda, że jest drożej, ale w systemach takich, jak polski czy kanadyjski płaci się za opiekę zdrowotną w ramach składek odliczanych z wynagrodzenia i podatków, a kiedy trzeba skorzystać z pomocy, to czujemy się jak intruzi. Właśnie to uczucie, od lat mi obce, poczułam czekając trzecią nadprogramową godzinę na lekarza...

Cdn.





niedziela, 24 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon cz. V

EPILOG


Złoty Brzeg
Boże Narodzenie

Kochana Nadiu!

Bardzo, bardzo dziękuję Ci za list i prezenty, które przysłałaś mi na Gwiazdkę! Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się ucieszyłam, gdy poszłam na pocztę, i panna Montgomery dała mi paczkę od Ciebie! To było tydzień temu, a ja dopiero teraz Ci odpisuję, już wyjaśniam dlaczego tak późno.

Otóż moja Mama poradziła mi, żebym nie otwierała paczki od razu, tylko położyła ją pod choinką, to będę miała wrażenie, że Ty przyjechałaś na Święta i przywiozłaś mi prezent. Wydawało mi się to trochę dziwne, ale okazało się, że Mama jak zwykle miała rację. Gdy otwierałam paczkę, nachyliła się do mnie i szepnęła „Pomyśl, że może w tej samej chwili Nadia wyjmuje spod choinki prezent od ciebie”.  I rzeczywiście to poczułam. W dodatku Zuzanna w sekrecie upiekła czekoladowe ciasto według przepisu Twojej Mamy! Nazywamy je „Ciasto Pani Bernadety”. Tak więc upiekła je w wielkiej tajemnicy, żeby mi zrobić niespodziankę, a jak je przyniosła na stół, to naprawdę poczułam się, jakbyście właśnie byli w Blue Moon i Twoja Mama przysłała nam kawałek swojego ciasta. Nie wiem, skąd Mama i Zuzanna mają takie wspaniałe pomysły, ale dzięki nim nie tęsknię tak bardzo za Tobą. To znaczy bardzo tęsknię, ale równocześnie czuję Twoją obecność.

Dziękuję Ci za model Złotego Brzegu – naprawdę Twój Tata to geniusz! Mieliśmy wspaniałą zabawę, składając te dziwne klocki według napisanych na nich numerków. Nie było to wcale łatwe, bo przecież nie dostaliśmy żadnego rysunku ani zdjęcia, nie wiedzieliśmy więc, co tak naprawdę mamy zbudować. Wyobrażasz sobie, ile śmiechu (ale i sprzeczek) przy tym było?

Najwięcej radości sprawiło mi zdjęcie, na którym razem bawimy się na plaży. Tata obiecał mi przywieźć z Białych Piasków piękną ramkę. Oprawię je, postawię na stoliku w swoim pokoju i zawsze będę Cię miała przy sobie.

A teraz coś Ci napiszę. Otóż moja Mama, gdy zobaczyła paczkę od Ciebie, wydała lekki okrzyk i utkwiła wzrok w adresie nadawcy, napisanym na przesyłce. Nie rozumiałam, co ją tak zaskoczyło – przecież wie, jak się nazywasz i gdzie mieszkasz. Zapytałam ją, a ona wskazała Twoje imię i powiedziała, żebym się przyjrzała. Nadal nie wiedziałam, o co chodzi, więc mi kazała głośno powtórzyć kilka razy NADIANADIANADIA. Wtedy nagle usłyszałam, że nie mówię Nadia, tylko Diana!!! A Diana (a właściwie ciocia Diana Wright) to nasza ukochana ciocia i najlepsza przyjaciółka mojej Mamy! Czy to nie fascynujące, że masz na imię prawie tak samo jak ona? Wcześniej nie zwróciłyśmy na to uwagi, bo wszyscy mówili do Ciebie „Nadiu”, ale jak zobaczy się Twoje imię napisane, to od razu rzuca się w oczy, że to są takie same sylaby, tylko przestawione. Mama mówi, że to przeznaczenie.

Wiesz, że od Twojego wyjazdu z Wyspy minęły już cztery miesiące? Już za pół roku będzie koniec szkoły i znowu przyjedziecie do Blue Moon. Nie mogę się doczekać!

                                        Bardzo mocno Cię całuję
                              Twoja Przyjaciółka
Rilla

PS. Cała moja rodzina gorąco pozdrawia Ciebie i Twoich Rodziców. Zuzanna też przesyła wyrazy szacunku.
PS1. Zapomniałabym – panna Montgomery także załącza serdeczne pozdrowienia.

                                                  Rilla

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"


sobota, 16 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon cz. IV

        (Pominięte kilka stron)


- Tu, na Wyspie, mam dziwne sny – zwierzała się Nadia Rilli kilka dni później. Obie dziewczynki siedziały na małej ławeczce przed Wymarzonym Domkiem jedząc zabrane na wyprawę kanapki.
- Co ci się śniło tym razem? – Rilla zwróciła w stronę przyjaciółki zaciekawiony wzrok.
- Byłam… byłam jakoś dziwnie ubrana, to znaczy może nie dziwnie ale tak jakoś bardzo biednie; miałam słomkowy kapelusz i warkoczyki…
- I co w tym dziwnego? – w głosie Rilli zabrzmiało rozczarowanie.
- Czekaj, bo to nie koniec. Stałam na ganku jakiegoś domu, przede mną stali jacyś ludzie, pytali jak mam na imię, a ja mówiłam, że Ania, ale żeby nazywali mnie Kordelią.
- Przecież to bez sensu! – oburzyła się Rilla. – Dlaczego tak powiedziałaś?
- Sama nie wiem. I w dodatku ci wszyscy ludzie byli jacyś tacy… nienormalni chyba. Kobiety z gołymi głowami, w spodniach, w jakichś swetrach, krótko ostrzyżone…
- W spodniach? – Rilla wyglądała na wstrząśniętą. – Z gołymi głowami? Niemożliwe!
- No właśnie dlatego mówię, że te sny są dziwne. I ja w nich też jestem dziwna. Niby jestem sobą, ale nie zawsze.
- Nie myśl o tym – Rilla zerwała się z ławeczki. – Chodź, chłopcy nas wołają, idziemy do latarni Kapitana Jima!



*  *  *

 W Latarni przywitał ich wilgotny chłód, będący miłą odmianą po upale panującym na zewnątrz. Po obejrzeniu wnętrza cała gromadka usiadła na schodkach i odpoczywała. Nan i Di opowiadały coś sobie po cichutku. Nadia oparła głowę o ścianę, Jim zamyślił się tak głęboko, że zdawał się drzemać, Walter wpatrzył się w pas granatowej wody, widoczny nieopodal latarni.
- Pan Ocean – szepnął. – Pan Ocean…
- Co mówisz, Walterze? – Rilla spojrzała zaskoczona na brata. On zwrócił na nią błyszczące oczy.
- Czytałem książkę o pewnym kapitanie, który, zawsze jak wypływał na Atlantyk, witał się z oceanem.
- Jak to „witał się”? – w głosie Jima zabrzmiała lekka kpina. – Rękę mu podawał czy jak?
- Ach, to była cała ceremonia! – zawołał Walter. - Razem z pierwszym oficerem szedł na dziób statku, za nimi steward niósł tacę z butelką najlepszego koniaku i trzy kielichy. Steward napełniał te kielichy, po czym kapitan gromko wołał trzy razy „Dzień dobry, Panie Ocean, dzień dobry!” i zawartość jednego kielicha wylewał na fale. Pozostałe dwa oczywiście wypijali, on i oficer.
- I co? – spytała rozśmieszona Rilla. – Pan Ocean był zadowolony z tego powitania?
- Chyba tak, Rillo-ma-Rillo – poważnie odpowiedział Walter. - Bo nigdy nie zdarzyło się, żeby kapitan na Atlantyku miał kłopoty, sztormy, czy coś w tym stylu. Chociaż raz zdarzyło mu się coś zabawnego.
 Teraz już wszyscy słuchali z zapartym tchem.
- Kiedyś ten kapitan musiał zastąpić innego kapitana na jego statku. Ten statek miał jakoś źle wyprofilowany dziób, czy coś, w każdym razie każda większa fala wdzierała się na pokład. Z tego powodu wydano kategoryczny zakaz wychodzenia na dziób podczas nawet niewielkiego sztormu. Kapitan albo o tym zapomniał, albo nie wiedział, albo zlekceważył ten zakaz. No i jak zaczął się sztorm, to wyszedł na pokład, żeby zaklinać fale.
- Co robić? – parsknął Shirley.
- Zaklinać fale. On na swoim własnym statku, tym, którym zawsze dowodził, miał dokładnie opracowany taki rytuał – przyprowadzał na dziób grono wybranych pasażerów, ustawiał ich w bezpiecznym miejscu, wyliczał, która fala wpadnie na pokład, bo na oceanie co dziewiąta fala jest większa, i wchodził na dziób, wyciągał ręce nad wodą mówiąc „Cicho, Panie Ocean, cicho!” po czym podawał ramię najładniejszej pasażerce i spacerował z nią wzdłuż relingów, to znaczy tych barierek. A potem odprowadzał ją na miejsce i w tym momencie miejsce przechadzki zalewała ogromna fala. Oczywiście wszyscy byli zachwyceni  i oczarowani.
- Ja myślę! – zawołał Jim. – Co za spryciarz!
 Reszta milczała, zafascynowana.
- I ten właśnie kapitan – podjął Walter – na tym nieswoim statku, na którym miał zastępstwo, postanowił zaklinać fale, gdy zaczął się sztorm. Na szczęście nie zabrał ze sobą nikogo z pasażerów, a jedynie pierwszego oficera i bosmana. Gdy tylko wyciągnął dłonie nad wodą, na pokład wdarła się fala, zwaliła go z nóg i byłby spadł do oceanu, gdyby bosman go nie złapał. Stracił tylko buty i skarpetkę. Pierwszy oficer zaczął mu robić wymówki, i przypominać, że na tym statku nie wolno podczas wysokiej fali wchodzić na dziób, a na to kapitan:  Kochany mój! Nic nie rozumiesz! Pomyliłem się! Zamiast powiedzieć „Cicho, Panie Ocean!” powiedziałem „Cicho, Matka Morze!”
Zebrani wybuchnęli gromkim śmiechem. Nadia pomyślała, że kapitan, który rozmawia z oceanem – to musiał być wspaniały człowiek.
- Zaraz, zaraz – zorientowała się nagle. – A czy ten kapitan naprawdę istniał czy to tylko taka powieść?
- Istniał naprawdę – zapewnił ją Walter. – Był Polakiem, nazywał się Eustazy Bork… Borkowski.
- Szkoda że Kapitan Jim nie żyje – powiedziała z żalem Nan. - Na pewno o nim słyszał, może go nawet znał. Gdyby żył to moglibyśmy go zapytać.
- Kapitan Jim mieszkał w tej latarni – wyjaśniła Rilla Nadii. - I był latarnikiem.
- Latarnikiem? Przecież był kapitanem? – zdziwiła się Nadia.
- Był już zbyt stary, żeby pływać na statkach, więc został latarnikiem.
- Czytałam opowiadanie o latarniku – powiedziała Nadia powoli, jakby z namysłem. – Tam był taki piękny opis oceanu… czekajcie, przypomnę sobie.
Wstała ze schodka i patrząc rozmarzonym wzrokiem na granatowy bezkres, przypominała sobie kolejne zdania.
- Była to chwila wielkiego spokoju i ciszy – zaczęła uroczyście. -  Zegary aspinwalskie wybiły piątą po południu. Jasnego nieba nie zaciemniała żadna chmurka, kilka mew tylko pławiło się w błękitach. Ocean był ukołysany. Nadbrzeżne fale zaledwie bełkotały z cicha, rozpływając się łagodnie po piaskach…
Urwała. Sześć par oczu wpatrywało się w nią z natężeniem.
- Nie pamiętam, jak to leciało dalej – Nadia nagle się speszyła. – Ale ten latarnik tak zaczytał się w książce, że zapomniał zapalić latarnię i stracił posadę.
- Kapitan Jim nigdy by tak nie zrobił! – zawołała Rilla.
- Kapitan Jim nawet czytając księgę swojego życia pamiętał, żeby zapalić latarnię – potwierdził Jim. – Umarł o świcie, przeczytawszy całość. A latarnia nadal się paliła.
- I to zaalarmowało naszego tatę – dodała Di. – Wiedział, że Kapitan bardzo skrupulatnie przestrzega godzin zapalania i gaszenia latarni, więc jak zobaczył, że latarnia pali się w dzień, od razu wiedział, że coś się stało.
- Znaliście go? – spytała Nadia z zapartym tchem.
- Nie – pokręcił głową milczący do tej pory Shirley. – Wszyscy urodziliśmy się już po jego śmierci.
- Nieprawda – zaprzeczył Jim. – Ja go znałem, a raczej to on znał mnie, bo byłem za mały, żeby cokolwiek zapamiętać. Imię mam po nim, mama uznała, że jej pierwszy syn musi nosić imię Kapitana. Często go wspomina. Mówi, że był wspaniałym człowiekiem.
- Żegluje teraz gdzieś po oceanach niebieskich – szepnął zamyślony Walter. – Po Oceanach Pana…

- I po Panach Oceanach – dodała cicho Nadia.

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"

INSPIRACJE, CYTATY, ZAPOŻYCZENIA

1.  Lucy Maud Montgomery: „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Wymarzony Dom Ani”, „Dolina Tęczy”, „Rilla ze Złotego Brzegu”    
2.    Lucy Maud Montgomery „Dzienniki”
3.    Henryk Sienkiewicz „Latarnik”
4.    Karol Olgierd Borchardt „Szaman morski”
5.    Blog: kierunekavonlea.blogspot.com
7.    Facebook, profil „Bernadeta Milewski”




piątek, 15 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon cz. III

Od tej pierwszej wizyty minęły dwa tygodnie. Teraz Nadia i Rilla maszerowały razem na pocztę, by wysłać do Montrealu dużą, szarą kopertę.
- Wiesz, moja mama pisze opowiadania, które wysyła do wydawcy – Rilla ujawniła przyjaciółce, co jest w kopercie.
Nadia aż zakrztusiła się bułką. Gdy złapała oddech, spojrzała na towarzyszkę z niedowierzaniem.
- Jest pisarką? Prawdziwą pisarką?
- Taką prawdziwą to chyba nie – szczerze wyznała Rilla. – Prawdziwa to taka, która pisze książki, a moja mama pisze tylko krótkie opowiadania. Potem są wydrukowane w gazecie, a to chyba się nie liczy.
- Wiesz… - powiedziała Nadia niepewnie. – Twoja mama mi się dzisiaj śniła…
- Naprawdę? – oczy Rilli zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Co dokładnie ci się śniło?
- Nnnoo… ja nie wiem, czy to była ona… ale tak czułam… była chuda, brzydka i nieszczęśliwa, bo nikt jej nie kochał.
- To nie mogła być moja mama – oświadczyła Rilla z przekonaniem. – Moja mama jest zgrabna, piękna i szczęśliwa. Tata świata poza nią nie widzi, Zuzanna ją uwielbia, i my wszyscy ją kochamy. Bzdury ci się śniły i tyle!
Nadia umilkła. W końcu sama nie była pewna, o co chodziło w tym śnie.
W milczeniu doszły na pocztę. Kobieta, której wręczyły szarą kopertę, uśmiechnęła się do nich ciepło. Dłoń miała poplamioną atramentem, a na biurku leżał stos kartek zapisanych drobnym pismem.
- Nowe opowiadanie, prawda? – zwróciła się do Rilli. – Pozdrów mamę ode mnie. Mam nadzieję, że za kilka dni przyjdzie odpowiedź, równie pozytywna jak poprzednie.
- Dziękuję, panno Montgomery – Rilla była nieco onieśmielona. – A pani…. pani też coś pisze?
- Ach – kobieta, nazwana panną Montgomery, lekko westchnęła. – Zaczęłam, ale utknęłam... Jest sierotka, której nikt nie chce…. Dobra, wrażliwa, szczera, tylko że nikt jej nie chce, a ja nie wiem dlaczego…
- Bo nie jest chłopcem! – zawołała Nadia, zanim zdążyła uświadomić sobie niestosowność swego okrzyku. Złapała się za usta i przerażona spojrzała na pannę Montgomery. A ona utkwiła w niej przenikliwy wzrok, w którym  Nadia dostrzegła nagły błysk. Jak zahipnotyzowana patrzyła w oczy kobiety, obojętna na fakt, że Rilla ciągnie ją do wyjścia. Czuła, że właśnie stało się coś bardzo ważnego, coś, co będzie miało wpływ na życie wielu ludzi. Coś, co przetrwa wiele lat i odbije się echem na całym świecie. Nie wiedziała, co to jest, ale jakąś cząstką świadomości zdawała sobie sprawę, że w pewnym stopniu jest za to odpowiedzialna. Że jej nieprzemyślane słowa, słowa, które słyszała we śnie, i odruchowo powtórzyła, że te słowa „bo nie jestem chłopcem” są jednymi z najistotniejszych słów, jakie w życiu wypowie. Błysk w oczach panny Montgomery powoli przygasał, kobieta wyglądała jakby wracała z bardzo daleka, albo budziła się z  głębokiego snu. Odetchnęła głośno, patrząc łagodnie i z czułością w oczy Nadii.
- Dziękuję ci, kochanie – powiedziała cicho. – Jak masz na imię?
- Nadia – odparła dziewczynka. – Mieszkam w Blue Moon.

- Dziękuję ci – powtórzyła kobieta. – Dziękuję ci z całego serca, Nadiu z Błękitnego Księżyca.

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"





środa, 13 grudnia 2017

Nadia z Blue Moon cz. II

Podczas gdy Ania i Zuzanna martwiły się, jaki wpływ na dzieci ze Złotego Brzegu będzie miała nowoprzybyła dziewczynka, Bernadette Milewski miała dokładnie takie same obawy, tylko, rzecz jasna, odwrotne. Jej jedynaczka, obdarzona dużą wrażliwością i sporą wyobraźnią, łatwo mogła stać się pośmiewiskiem wiejskich urwisów – i jako „nowa”, i jako Jankeska, i – wreszcie – jako uciekająca w świat książek marzycielka. Wprawdzie Evan, ojciec Nadii, wyśmiewał te obawy, nazywając je wymysłem matki-kwoki, ale Bernadette wiedziała, że i on w głębi serca martwi się, czy jego księżniczka, jak nazywał Nadię, zaaklimatyzuje się wśród tutejszych dzieci. Spotkany na stacji doktor Blythe w dużym stopniu rozwiał ich lęki, mimo że nawet o nich nie napomknęli. Uznali jednak, że człowiek takiej kultury i subtelności jest niejako gwarancją dobrosąsiedzkich stosunków.
 Sama Nadia nie miała żadnych lęków ani obaw. Była w wieku, w którym świat jest barwny i przyjazny, każdy dzień niesie nadzieję na coś wspaniałego,
 a wątpliwości rzadko dochodzą do głosu. Od pierwszej, krótkiej wizyty na Wyspie marzyła, żeby na niej zamieszkać. Gdy rodzice oświadczyli jej, że kupują jeden z domów wystawionych na sprzedaż, popłakała się z radości. Dom na Wyspie! Nad jeziorem! Prawdziwy, drewniany, ze skrzypiącymi schodami, z pokoikiem na facjatce! „I ma sekretarzyk” – dodała mama z tajemniczą miną. Nadia nie wiedziała, co to jest sekretarzyk, ale sądząc z podekscytowania mamy, musiało to być coś niezwykłego. Zresztą – z tajemniczym sekretarzykiem czy bez – ten dom i tak był czymś fascynującym. Nosił piękną nazwę „Blue Moon”, ogromny staw, nad którym stał, nazywał się „Jezioro Lśniących Wód”, a z drugiej strony wznosiły się łagodne wzgórza i łąki, porośnięte kolorowym łubinem! I tam, właśnie tam, mieli się wprowadzić w najbliższe wakacje! Na całe lato! I może gdzieś tam będzie mieszkać dziewczynka, z którą można się będzie zaprzyjaźnić i przeżywać cudowne przygody!
 Mama Nadii, po kilku wizytach na Wyspie, podczas których wraz z mężem załatwiała formalności związane z nabyciem Blue Moon, wyzbyła się wszelkich obaw – mieszkańcy byli serdeczni i życzliwi, co niosło nadzieję, że ich dzieci będą takie same. Po kilku dniach od zamieszkania w nowym domu postanowiła wraz z mężem i córką odwiedzić najbliższych sąsiadów – państwa Blythe’ów ze Złotego Brzegu.

*  *  *

 Nadia z zachwytem wpatrywała się w panią Blythe - smukłą panią o rudych włosach, ogromnych szarych oczach i ujmującym uśmiechu. Było w niej coś niezwykłego, tajemniczego i pociągającego. Pan Blythe – przystojny, szpakowaty brunet -  w niczym nie przypominał Nadii lekarzy znanych jej z rodzinnego Connecticut. Już sam jego widok budził zaufanie i sprawiał, że człowiek czuł się zdrowszy. Lekki niepokój wzbudzała w dziewczynce tylko siwowłosa służąca, zwana Zuzanną, która spoglądała na gości z pewną dezaprobatą i dystansem. Czekoladowe ciasto, popisowy wypiek mamy, amerykańskim zwyczajem przyniesione na powitanie, obrzuciła nieufnym spojrzeniem i wyniosła do kuchni, żeby pokroić.
- Miło nam poznać nowych mieszkańców Wyspy – doktor Blythe ukłonił się ceremonialnie, jednak figlarny błysk w jego oczach przeczył pozornej oficjalności powitania. - Siadajcie państwo, proszę.
- Nasze dzieci wyjechały na wakacje do Avonlea – powiedziała pani Blythe, zwracając się do Nadii. – Została tylko Rilla, jest w twoim wieku, więc zapewne się zaprzyjaźnicie. Ona też marzy o bliskiej koleżance. Gilbercie, gdzie właściwie jest Rilla?
- Jeszcze nie wróciła od Meredithów. Rozalia obiecała jej pokazać jak robi się hafty richelieu – odpowiedziała za Gilberta Zuzanna, która właśnie weszła z pokrojonym ciastem i dostrzegła spłoszone spojrzenie doktora, który najwyraźniej nie miał bladego pojęcia, gdzie podziewa się jego córka.
 Hafty richelieu! Nadia pierwszy raz usłyszała tę nazwę, nie wiedziała co to jest, ale brzmiało cudownie. Postanowiła, że też musi się ich nauczyć.
- Rozalia i John Meredithowie to nasi pastorostwo – wyjaśniła pani Blythe. – Pani Milewski, to ciasto wygląda szalenie apetycznie! I jak pachnie! Jeszcze go nie spróbowałam, a już chcę znać przepis!
 Ha! Nadia nie była zdziwiona. Czekoladowe ciasto pomysłu mamy było jej popisowym ciastem, któremu nikt nie był w stanie się oprzeć.
- Oczywiście, pani Blythe, jutro przyślę przepis przez Nadię – mama upiła łyk herbaty z filiżanki, przyniesionej przez Zuzannę. - Wspaniała herbata, co za aromat! W życiu takiej nie piłam!
 Rudowłosa pani domu uśmiechnęła się lekko. Nadia nie wiedziała, że pani Blythe doskonale zdaje sobie sprawę tego, że - pozornie całkowicie pochłonięta krzątaniem się w kuchni - Zuzanna uważnie słucha rozmowy prowadzonej w salonie.
- Istotnie, rewelacyjna – tata też upił łyk i też wyglądał na zachwyconego. Nadia pochyliła się nad swoją filiżanką. Herbata wyglądała zwyczajnie, jednak nie o wygląd tu chodziło: ciemnobursztynowy, przejrzysty płyn wydzielał dziwny zapach – jakby dymu czy suszonych śliwek. Oczami wyobraźni dziewczynka ujrzała zamglony, jesienny sad; drzewa, z których wolno spływały ostatnie żółknące liście, krople deszczu na trawie i snujący się między drzewami opar, pachnący dymem. Ostrożnie upiła łyk i zamarła. Napar nie tylko pachniał dymem, on smakował jak dym! Jak szlachetny dym z suchych liści i czystego drewna!
- Jaka pyszna herbata! – zawołała, nie bacząc na to, że przerywa rozmowę prowadzoną przez dorosłych.
 Doktor Blythe roześmiał się głośno.
- No i w tym momencie skradliście państwo serce Zuzanny – oświadczył. – Zasmakowała wam jej ulubiona herbata, nigdy nie mogę zapamiętać jej nazwy.
- Lapsang Suchong, panie doktorze – oświadczyła Zuzanna, wnosząc do salonu tacę z ciasteczkami. – Herbata wędzona, specjalna…
 Opowieść Zuzanny przerwało głośne tupanie na ganku. Do salonu wbiegła dziewczynka, na oko dwunastoletnia. Wbiegła i stanęła jak wryta, zaskoczona widokiem gości. Po krótkiej chwili dygnęła.
- A otóż i nasza najmłodsza córeczka – pani Blythe wstała i otoczyła ramieniem dziewczynkę. – Rillo, przywitaj się z państwem.
 Nadia wpatrywała się z zachwytem w nowoprzybyłą. Rilla miała rudo złociste loki i prześliczne orzechowe oczy z brązowymi rzęsami. Była zarumieniona od szybkiego biegu i lekko rozczochrana, ale z tym wszystkim i tak była najładniejszą dziewczynką, jaką Nadii zdarzyło się widzieć. Do tego była sympatyczna, uśmiechnięta i życzliwa. Za zgodą matek obie opuściły salon i pognały na górę, do pokoju Rilli, gdzie Nadia chciała dowiedzieć się co to są hafty richelieu, a Rilla – jak wygląda Ameryka i czym się różni od Wyspy Księcia Edwarda.

*  *  *
- No, droga pani doktorowo – Zuzanna, zbierając talerze po skończonej wizycie, mogła wreszcie dać upust swoim wrażeniom. – Jankesi, ale porządni ludzie. Gdybym nie wiedziała, skąd przyjechali, byłabym przysięgła, że urodzili się i wychowali w Kanadzie, i to na Wyspie. I ta mała, jak dobrze ułożona! A to ciasto było naprawdę pyszne!
- Zuzanno, przecież ci mówiłam, że nie ma się czym martwić – Ania dobrze wiedziała, co przekonało Zuzannę do przybyszów. – Rilla nie będzie się nudzić w domu, a ja mam nowych, sympatycznych sąsiadów.
- Pani doktorowo… - Zuzanna niepewnie spojrzała na Anię. – Nie gniewa się pani, że podałam na stół te ciastka poziomkowe, które upiekłam na jutro?

- Zuzanno – Ania ujęła pomarszczone dłonie, które tyle dobrego zrobiły dla mieszkańców Złotego Brzegu – Zuzanno kochana! Jutro razem upieczemy nowe ciasteczka! I wypróbujemy  przepis na to czekoladowe ciasto! Jestem pewna, że w twoim wykonaniu będzie jeszcze lepsze!

Joanna Okularczyk "Nadia of Blue Moon"