piątek, 12 lipca 2019

Misja „Gog i Magog”


Każdy, kto przeczytał „Anię na uniwersytecie”, „Wymarzony dom Ani” i „Anię ze Złotego Brzegu”, kojarzy Goga i Magoga—porcelanowe psy w zielone kropki, które Ania dostała w prezencie ślubnym od panien Spofford z Ustronia Patty. Podobne psy L.M. Montgomery widywała podczas wizyt w domu dziadka, Senatora Montgomery. W swojej autobiografii (oraz w Dziennikach) wspominała, jak bardzo te psy ją oczarowały i jak bardzo chciała mieć podobne psy na swoim kominku. 




Kiedy w 1911r. państwo Macdonaldowie udali się w podróż poślubną do Anglii i Szkocji, Maud miała ogromną nadzieję na znalezienie porcelanowych psów, które mogłyby czuwać nad jej “larami i penatami”. Niestety okazało się po kilku dniach, że znalezienie porcelanowych psów nie będzie proste. Psów było co prawda wiele, ale żadne z nich nie miały zielonych kropek. Maud odwiedziła liczne sklepy z antykami, w których znalazła psy w czarne lub w czerwone kropki — jednak, jak stwierdziła, arystokratyczna rasa porcelanowych psów w zielone kropki wymarła. W końcu w jednym ze sklepów w Yorku Maud znalazła parę porcelanowych psów, które pomimo braku zielonych kropek oczarowały ją na tyle, że postanowiła je zakupić. Porcelanowe psy z Yorku miały około 100 lat, złote ciapki i były większe od psów dziadka z Park Corner. Wraz z Macdonaldami przebyły w 1911r. Ocean Atlantycki i we wrześniu zamieszkały na plebanii w Leaskdale, w której niestety nie było kominka. Maud ustawiła je na podłodze w salonie — podłodze, która była zielona (pisze o tym Mollie Gillen w swojej biografii). Dopiero na plebanii w Norval pieski mogły ozdobić kominek — z tego okresu pochodzi też zdjęcie L.M. Montgomery wraz z psami przed plebanią.

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections, 
University of Guelph Library

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections, 
University of Guelph Library

Do 26 marca 1939r. porcelanowe psy wiodły spokojny żywot najpierw w dwóch prezbiteriańskich plebaniach, a od 1935r. w „Końcu Podróży”—pierwszym własnym domu państwa Macdonaldów. Niestety pod koniec marca 1939r. podczas odwiedzin Luelli i wnucząt, syn Chestera, Cameron, rozbił Goga. Na szczęście w Toronto znalazł się ekspert, który był w stanie posklejać rozbitą porcelanę tak umiejętnie, że miesiąc później Gog powrócił na swoje honorowe miejsce w Journey’s End i tylko bardzo wprawne oko mogło doszukać się jakiegokolwiek śladu po naprawie. 

Po śmierci L.M. Montgomery porcelanowe psy otrzymał Stuart Macdonald. Bliźniacy Rod i Deke, adoptowani synowie Stuarta, podczas jednej z zabaw rozbili obydwa psy. Ruth Macdonald, żona Stuarta, pozbierała więc skorupy i wyniosła je do piwnicy. Na szczęście wiele lat później, kiedy Ruth sprzątała piwnicę, doktor Rubio zauważyła skorupy i kiedy dowiedziała się, że to Gog i Magog, poprosiła, aby Macdonaldowie nie wyrzucali ich. W takim stanie psy zjawiły się na początku lat 80. ubiegłego wieku w Archiwum Biblioteki Uniwersytetu w Guelph, gdzie jeden z pracowników dokonał próby ich naprawy. Psy zostały co prawda sklejone, jednak rezultat był daleki od pożądanego efektu. Podczas mojej wizyty w Archiwum w 2015r. zrobiłam psom zdjęcie, więc sami możecie ocenić ich wygląd.

L.M. Montgomery Collection, Archival Collections, 
University of Guelph Library

Od jakiegoś czasu Gog i Magog przebywają w Ottawie, gdzie grupa specjalistów próbuje doprowadzić je do dawnej świetności. Za jakiś czas okaże się, czy im się to uda.

Jeśli chodzi o porcelanowe psy z domu Senatora Montgomery, do 2013r. Magog był jednym z eksponatów w Muzeum Dziedzictwa L.M. Montgomery w Złotym Brzegu. Goga wiele lat wcześniej stłuczono podczas wiosennych porzadków, zaś skorupy zostały zakopane w bliżej nieokreślonym miejscu. Magog niestety nie pozostał w Złotym Brzegu po sprzedaży Muzeum i w chwili obecnej jest prywatną własnością Roberta Montgomery.

10 czerwca tego roku dostałam e-mail od Mary Rubio (biografki i redaktorki Dzienników LMM), w którym pytała mnie, czy nie widziałam gdzieś takich samych porcelanowych psów, jakie miała u siebie LMM. Poza sklejonymi psami w Archiwum nigdy nie spotkałam się z dokładnie takimi samymi psami, ale postanowiłam sprawdzić, czy mogłabym znaleźć coś podobnego na eBay. W przeciągu godziny znalazłam bardzo podobne psy, które jednak nie miały złotych ciapek. Wysłałam link doktor Rubio, która wyraziła zainteresowanie psami. Napisałam więc do sprzedawcy i czekając na odpowiedź, dalej wertowałam oferty porcelanowych psów. Jakaż była moja radość, kiedy znalazłam dokładnie taką samą parę porcelanowych psów ze złotymi ciapkami! Od razu wysłałam link doktor Rubio, która zakochała się w nich od pierwszego wejrzenia. Tak, to były te same psy! Teraz trzeba było je jakoś nabyć... I tu kolejne miłe zaskoczenie — sprzedawca mieszkał w tym samym stanie, co ja. Napisałam więc do niego z pytaniem, czy ma sens proponować kwotę niższą od ceny wywoławczej i czy można pieski odebrać osobiście. Czekałam na odpowiedź prawie 22 godziny — w międzyczasie Mary Rubio co jakiś czas pytała, czy coś wiem. Dopiero następnego dnia sprzedawca skontaktował się ze mną i mogłam złożyć ofertę. Siedem godzin później psy były w moim domu!! Dokładnie 34 godziny po e-mailu dr Rubio! Niesamowite! Z pewnością Maud maczała w tym palce!

Niestety psy miały trafić do dr Rubio, więc powstał problem... Wysyłka raczej nie wchodziła w grę, gdyż mogły się stłuc w drodze. Postanowiliśmy więc zawieźć je osobiście. W Toronto nie byliśmy od 2016r. — warto było powrócić i odwiedzić miejsca związane z LMM. W ekspresowym tempie, między dwoma wyjazdami na Wyspę zaliczyliśmy więc Ontario. Misja została spełniona! Gog i Magog są u doktor Rubio, a za jakiś czas trafią do Muzeum w Norval. 

Gog i Magog u dr Rubio. Zdj. Mary Rubio

środa, 5 czerwca 2019

Majowy powrót


Nasz majowy pobyt na Wyspie dobiegł już niestety końca. Działo się niezwykle dużo i będę próbowała wracać sukcesywnie do tego pięknego pierwszego tygodnia na Wyspie, jednak dziś chciałabym go choć w kilku słowach podsumować.

1. Przejechane mile — 2005 (czyli 3227 km), z czego 1420 mil to podróż tam i z powrotem. Prawie 600 mil przejechaliśmy w ciągu tygodnia na Wyspie nie wyjeżdżając nigdzie daleko (najdalej wybraliśmy się jednego dnia do Charlottetown, które znajduje się 30 mil od Blue Moon). Piszę o tym, bo często widzę różne wpisy, w których ludzie sugerują, jaka niewielka jest Wyspa. 

2. Godziny spędzone w podróży — 23.

Niestety tyle zajmuje nam dojazd. Dwa dni wykreślone z życiorysu, choć próbujemy je sobie uprzyjemniać. Dziękuję Anecie i Sylwii, które towarzyszyły nam duchowo i śledziły kamerkę na Moście Konfederacji.

3. Gdziny spędzone na spotkaniach z ludźmi (usiądźcie sobie!) — 20 (!!!). W przypadku Nadii dochodzi 14 godzin, które spędziła u Rilli (czyli w domu Denise).

W maju pojawiamy się pierwszy raz na Wyspie w danym roku. Każdy chce się z nami spotkać. Harmonogram wizyty jest więc niezwykle napięty. Rekordowym dniem była niedziela — 3 grupy gości, łącznie 8 godzin!

4. Wizyty na Zielonym Wzgórzu — 4. 






Wszystkie z tych wizyt miały miejsce poza godzinami urzędowania. 

5. Ilość wizyt na cmentarzu — 4.



W imieniu jednej z Czytelniczek złożyłam kwiaty na grobie Maud. Ktoś inny poprosił o bukiecik niezapominajek na grobie i też udało spełnić to życzenie.

6. Sen... Z tym było najgorzej. Średnio 4-5 godzin na noc. 

7. Wizyty w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza — 4.



8. Zachody słońca poza domem — 3.



9. Wschody słońca poza domem — 1.



10. Ilość zrobionych zdjęć — 1200 aparatem i 500 telefonem.







11. Ilość filmików — 30.

12. Ilość umytych okien — 13 plus 2 okna balkonowe 😌


wtorek, 14 maja 2019

Zakupy 2019

Już kilka tygodni temu ogłosiłam to na Facebooku, ale nie wszyscy mają tam konto, więc ogłaszam i na blogu. W 2019r. przewiduję trzy możliwości zakupu pamiątek z Wyspy — z dostawą pod koniec lipca, z dostawą pod koniec września i z dostawą pod koniec listopada. Poniżej przedstawiam ofertę wraz z cennikiem. Myślę, że po mojej majowej wizycie na Wyspie dołożę kilka dodatkowych przedmiotów, więc proszę Was o komentarze na temat tego, co jeszcze ewentualnie by Was interesowało.

Zamówienia proszę składać poprzez formularz kontaktowy.

# 1 Kubek z Ania na kocu przed Zielonym Wzgórzem w ozdobnym pudełku
Cena: 53 zl + koszty przesyłki na terenie Polski (około 15 zł)



# 2 Kubek z Anią trzymającą książkę (w pudełku)
Cena 50 zł + koszty przesyłki na terenie Polski (około 15 zł)




# 3 Kubek Zielone Wzgórze
Cena: 27 zł + koszty przesyłki na terenie Polski (około 15 zł)




# 4 Książka "Anne of Green Gables" opublikowana przez krewnego autorki George'a Campbella. Przedruk wydania z 1908r. w takiej samej szacie graficznej.
Z autografem George'a Campbella. 
UWAGA: książka jest po angielsku
Cena: 100 zł (w tym jest już wliczona przesyłka)




# 5 Magnes Ania z książką przed Zielonym Wzgórzem
Cena: 15 zł + koszty przesyłki na terenie Polski (około 6–7 zł)




# 6 Magnes Ania przed Zielonym Wzgórzem na kocu
Cena: 15 zł + koszty przesyłki na terenie Polski (około 6–7 zł)




# 7 Bombka "Zielone Wzgórze"
Cena: 50 zł + koszt przesyłki na terenie Polski (około 15 zł)




# 8 Bombka "Pokrewne Dusze" 
Cena: 50 zł + koszt przesyłki na terenie Polski (około 15 zł)




# 9 Bombka "Ania na kocu przed Zielonym Wzgórzem"
Cena: 50 zł + koszt przesyłki na terenie Polski (około 15 zł)




# 10 Ozdoba choinkowa "Ania z Zielonego Wzgórza"
Cena: 30 zł + koszty przesyłki na terenie Polski (około 8 zł)




# 11 Lalka pluszowa 21 cm
Cena: 50 zł + koszt przesyłki na terenie Polski




# 12 Lalka 30 cm
Cena: 60 zł + koszt przesyłki na terenie Polski




# 13 Zakładka “Ania na kocu przed Zielonym Wzgórzem”
Cena: 4 zł + koszt przesyłki na terenie Polski




# 14 Zakładka “Pokrewne Dusze”
Cena: 4 zł + koszt przesyłki na terenie Polski







poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Pogrzeb pisarki


24 kwietnia obchodziliśmy 77 rocznicę śmierci L.M. Montgomery, dziś natomiast przypada 77 rocznica pogrzebu słynnej pisarki. 29 kwietnia 1942r. została ona pochowana na wiejskim cmentarzyku w Cavendish, w miejscu, które wybrała w 1923r. Po 31 latach spędzonych w Ontario wróciła do miejsca, które kochała, jak żadne inne.


Pomimo tego, że dwa razy w swoich Dziennikach Maud wyraziła konkretne życzenie co do epitafium, jakie chciałaby na swoim nagrobku, próżno go szukać — jej życzenie nie zostało spełnione. W kwietniu 1942r. nikt nie znał woli pisarki, zaś po publikacji Dzienników rodzina nie postarała się o to, aby na nagrobku pojawiły się słowa wybrane przez Maud:

„Zasnęła spokojnie po życia gorączce.”

W grudniu 1919r.  Maud wyznała w Dzienniku:

„Ufam, że będę spała dobrze – i nie będę śniła. Bo sądzę, że będę potrzebowała dużo czasu, aby odpocząć.“

Po trudnym 1919 roku przyjdą niestety kolejne, jeszcze trudniejsze, lata. W 1933r. Maud nie będzie w stanie pisać nawet w Dzienniku — sytuacja, w której znajdzie się w rezultacie błędów popełnionych przez swojego syna Chestera, będzie tak ciężka, że po raz pierwszy w życiu Maud będzie potrzebowała aż trzech lat, żeby móc wrócić do pisania historii swojego życia. 

Męczarnia skończyła się w piątek, 24 kwietnia 1942r. w pięknym domu nad rzeką Humber, który Maud nazwała „Końcem Podróży”. Jednak prawdziwy kres ziemskiej podróży dokonał się dopiero w Cavendish, do którego przetransportowano zwłoki pisarki po jej śmierci. Spoczęła na krótko na Zielonym Wzgórzu, z którego o 14:30 w środę 29 kwietnia odbyło się wyprowadzenie zwłok do Kościoła w Cavendish — tego samego, w którym grała na organach, uczyła w Szkole Niedzielnej i w którym poznała swojego przyszłego męża. Wielebny John Stirling, przyjaciel rodziny, który 31 lat wcześniej udzielił ślubu Maud i Ewanowi, tym razem przewodniczył smutnej ceremonii. W ówczesnej prasie nie pojawiły się wzmianki o dziwnym zachowaniu Ewana Macdonalda — świadkowie wyraźnie słyszeli jego pytania o nabożeństwo i zmarłą osobę. Być może Ewan przeżył szok, choć bardziej prawdopodobne jest to, że do jego stanu przyczyniły się leki, które zażywał. 

Podczas ceremonii odczytano fragmenty jednego z opowiadań Maud — „Każdy własnym językiem”. Opowiadanie to kończy się następująco:

„Bowiem twoja odpowiedzialność jest tak wielka, jak twój dar i Bóg cię z niego rozliczy. Przemawiaj do świata swoim własnym językiem talentu, prawdziwie i szczerze; a wszystko, czego się spodziewam po tobie zostanie spełnione.” (tłumaczenie własne)

National Archives of Canada

czwartek, 4 kwietnia 2019

O Wyspie inaczej (relacja Inez)


Autor: Inez Dana

W ubiegłe wakacje miał się zrealizować mój piękny sen, moje wieloletnie marzenie o wizycie na Zielonym Wzgórzu.  To marzenie było już dojrzałe niemal tak, jak ja sama, może o jakieś 12-13 lat młodsze i włożone przeze mnie do „szufladki” – NIEOSIĄGALNE.

Minęło blisko 16 miesięcy, odkąd zdecydowałam, że to właśnie jest ten czas, by je zrealizować. Decyzja nie była łatwa, z wielu powodów, jednak coś we mnie pękło. Życie mamy jedno, a czasu nie da się cofnąć by zrobić coś, czego się bardzo chciało i co się zbyt długo odkładało. Ta świadomość oraz jednoczesna pomoc i  wsparcie moich dążeń  ze strony wyjątkowej i nieocenionej Bernadki sprawiły, że zaczęłam rozglądać się za biletami lotniczymi za ocean.  Zimą otrzymałam wizę do USA i  zakupiłam bilety dla mnie i mojej córki oraz dopytałam, jakie formalności trzeba przejść, by dostać się na Wyspę Księcia Edwarda. Było to dla mnie ogromne przeżycie, już na tym etapie, choć chyba zawsze tak jest, gdy marzenie zaczyna się materializować. Pomimo biletów w ręku i załatwionych formalności, cały czas nie wierzyłam, że uda mi się je spełnić.

Nasz długi lot, lądowanie i zwiedzanie Nowego Jorku było jak film, który oglądałam, film o nas w Nowym Jorku. Było to zupełnie surrealistyczne doświadczenie, ale jakże miłe! Nie wyobrażałam sobie nigdy w życiu, że będę patrzyła, jak moja córka gania gęsi, mając  za plecami  majaczącą Statuę Wolności albo wiewiórki, nie w rodzimych Łazienkach Królewskich, a w Central Parku w centrum NY. To było NIESAMOWITE!!! Dzięki Bernadce, która zechciała wziąć nas w podróż mojego życia mogłam oglądać między innymi właśnie takie wyjątkowe obrazki. Piszę o tym, byście wiedzieli, jak bardzo ta podróż była dla mnie nierealnym przeżyciem.



Gdy przyszedł moment wyjazdu na Wyspę Księcia Edwarda, miałam poważne obawy, że zaraz się obudzę w domu i będę musiała iść do pracy. Tak bardzo było to dla mnie nierealne, pomimo oglądania, dotykania, odczuwania smaków i zapachów zaoceanicznych elementów krajobrazu. Niezależnie od moich zmysłów, najzwyczajniej nie mogłam uwierzyć, że jadę na Wyspę, a już najmniej w to, że zobaczę wymarzone Zielone Wzgórze i dane mi będzie podziwiać widoki, które oglądała wielka pisarka.

Podróż była długa, jednak w takim towarzystwie, można byłoby jechać i dużo dalej 😊Miałyśmy wreszcie ten czas (jednakowy dla mnie i dla Bernadki),  kiedy mogłyśmy swobodnie porozmawiać na rozmaite tematy, nie zważając, że któraś z nas właśnie „kradnie” chwile swojego snu bądź innych obowiązków domowych. To było dla mnie wielką wartością, na którą również bardzo czekałam.

Przejechałyśmy 3 stany i przed nami ukazała się granica z Kanadą. Myślałam, że będę się bardziej stresować, ale chyba mój umysł już nie mógł bardziej niż na granicy z USA, więc zupełnie bez  stresu z mojej strony, przekroczyłyśmy granicę z Kanadą. Za kilka chwil (w stosunku do przejechanych mil) pojawił się wspaniały widok – Most Konfederacji – a to wiedziałam już z bloga Bernadki i jej opowiadań, niechybny znak, że jednak, za chwilę będziemy na Wyspie😊😊😊 To było dla mnie wielkie przeżycie, tak emocjonalne, jak i wizualne!!!  Dość powiedzieć, że jednak nagle,  znalazłam się w dziecięcej krainie marzeń, wewnątrz mojej najukochańszej powieści o rudowłosej Ani…

Nie będę opisywać jak piękna jest Wyspa, jak cudownie było odwiedzić Zielone Wzgórze czy dom rodzinny Maud, jak wspaniale czuje się człowiek, gdy znów może być przez chwilę w krainie swojego własnego dzieciństwa w tak dojrzałym wieku.  Nie da się tego opisać! Opis, choćby najdoskonalszy jest bardzo daleki od rzeczywistej urody miejsca i emocji, jakich dostarcza taka wyprawa.

Z tego właśnie powodu, postaram się napisać parę słów o Wyspie i mojej wyprawie nieco inaczej.  Postaram się odpowiedzieć na zapytane mi  przez Bernadkę pytanie, o to, co mnie zdziwiło, czy zaskoczyło lub było bardzo inne od znanego mi  na tej wspaniałej Wyspie Księcia Edwarda. Najchętniej odpowiedziałabym, że wszystko: widoki są tak piękne, że nawet doskonałe, wręcz idealne zdjęcia Bernadki, to jednak spłaszczone obrazy zawierające ograniczoną  przez aparat  ilość barw i zupełnie nie oddające wielkich wspaniałych głębi, przestrzeni i barw jakie są na Wyspie na każdym kroku. Ale miałam przecież pisać o tym co mnie zdziwiło, więc …

W całkowite zdumienie wprawiła mnie bardzo duża „strefa własnego komfortu” wśród ludzi, której nie należy przekraczać (np. będąc w sklepie, już wówczas, gdy ktoś przechodzi, w jego odczuciu zbyt blisko, słyszy się „Sorry”), podczas gdy w Polsce, niekiedy ktoś wpadnie na ciebie albo stanie na nodze, czy potrąci i ciężko jest usłyszeć „przepraszam”. Ta strefa osobistego komfortu jest bardzo duża, czyli mijamy się w znacznej odległości od siebie w przestrzeniach publicznych, warto o tym pamiętać, bo inaczej, to my powodujemy zdziwienie i dyskomfort u innych. 

Fantastyczne i inne niż u nas jest to, że właściwie w większości sklepów (i tych większych i tych mniejszych) czy innych miejsc publicznych są urządzenia klimatyzacyjne, co w upalne dni jest bardzo przyjemnym uczuciem. Pomimo wysokich temperatur nie czułam tam też od napotkanych ludzi żadnych niemiłych bądź przesadnie narzucających się zapachów, to też nieco inaczej niż bywa u nas… 

Kolejna „inność” to „amerykański uśmiech” również na Wyspie. Ma się wrażenie, że mieszkają tam wyłącznie zadowoleni z życia ludzie, co powoduje, że wywozi się stamtąd, poza niezapomnianymi wrażeniami, takie właśnie odczucie o Wyspiarzach. Są też bardzo pomocni i przyjemni dla turystów.

Miałam taką sytuację zwiedzając Wyspę: Bernadka zawiozła mnie samą do domu rodzinnego Maud, bym mogła go zwiedzić. Nie wymagało to karkołomnej znajomości języka, a ona miała coś do załatwienia w tym czasie. Gdy wysiadłam z samochodu, oczywiście zaczęłam od obfotografowania tego uroczego domku, by mieć pamiątkę. Dla mnie to była jedna z ważniejszych wizyt podczas tych wymarzonych wakacji. Takie miejsce, którego nie sposób nie obejrzeć, wszak to tu wszystko się zaczęło. Tak więc jak już obfotografowałam z zewnątrz całą posiadłość, poszłam kupić bilety i ruszyłam oglądać wnętrza. Mając moje wyjątkowe szczęście do sytuacji trudnych, mój telefon, którym robiłam zdjęcia, zawiesił się już na parterze, w pierwszym oglądanym przeze mnie pokoju. To co sobie pomyślałam, to nie było nic fajnego, więc pominę wielkim milczeniem furię, która we mnie zamieszkała w tej jednej chwili.  Wielokrotne próby odwieszenia telefonu spełzły na niczym. Zwiedzałam więc nie robiąc ani jednego zdjęcia, starając się jak najwięcej zapamiętać, podczas, gdy oczy zachodziły mi łzami. Byłam w podłym humorze, bo wiedziałam, że do Warszawy wrócę, bez tych, jakże cennych dla mnie zdjęć. Pamięć jak wiadomo jest ulotna, więc było mi przykro, że nie będę mogła jej niczym wesprzeć, gdy wrócę do domu. Po zwiedzeniu tego wspaniałego miejsca i wyjściu, oczywiście aparat się odblokował. Gdy  Bernadka przyjechała po mnie i gdy spytała mnie, czy zrobiłam sobie jakieś fajne fotki, usłyszała moją historię. W jednej chwili zdecydowała, że muszę mieć stamtąd zdjęcia i żebym poszła tam ponownie. I tu kolejne zdumienie. Gdy Bernadka powiedziała obsłudze, co mi się przytrafiło, zaproszono mnie do obejrzenia ponownie muzeum i to BEZ ponownej opłaty za zwiedzanie, co u nas też raczej nie jest standardowym postępowaniem.  

Kolejna przygoda wydarzyła się w jednym ze sklepów z upominkami różnego typu, w Charlottetown. Pani obsługująca pytała KAŻDEGO klienta przy kasie, skąd przyjechał 😊.  Gdy usłyszała, że jesteśmy z Polski, aż się rozpromieniła  Rozmawiała z nami ze 3 minuty o tym, że była w Polsce, że ma tam „wujka… nie stryjka”(co powiedziała po polsku) i że nasza kuchnia jest WSPANIAŁA! Szczególnie bigos i schabowe 😊 Jak tu nie pokochać Wyspiarzy?! Dopytywała nawet z jakiego miasta jesteśmy, bo Ona była w Krakowie i Warszawie. I wiecie co? Nikt z kolejki nie wykazał nawet zniecierpliwienia na tę nieco dłuższą niż standardowa pogawędkę…. No u nas to jednak trochę inaczej wygląda, więc to też mnie miło zdziwiło na Wyspie.

Wioska Avonlea, to dla turystów miejsce wyjątkowe, jednak co już widzieliście na blogu, zmienia się ono trochę jak nasze miejscowości nadmorskie. Robi się tu bardziej komercyjnie, mam wrażenie, jednak jest to ucieleśnienie Avonlea, więc koniecznie musiałam się tam znaleźć. Jest tam cudowne miejsce… Lodziarnia Cows. Można kupić tam wiele smaków lodów np.: Moonana Bread, Moo York Cheesecake, Moo Malt Crunch, Cookie MooNster albo CowCow Nut, mmmmm PYCHA! Uwielbiam lody, do tego w takim miejscu, MUSIAŁAM ich spróbować. Po dość krótkim zastanowieniu, wzięłam sobie 2 kulki i to okazało się zupełnie nieprzemyślaną decyzją. Kulki w Cows są przynajmniej 2x takie jak kulki u nas. Czyli w moim wafelku znalazło się jakby 4 nasze kulki lodów i to z tych większych niż normatywne. Tego zupełnie się nie spodziewałam, ale jak przystało na fankę lodów szczególnie - CowCow nut-owych 😊,  dałam radę. Uwaga, w Cows można wziąć kulkę podzieloną na dwa różne smaki, to też inaczej niż u nas.

Kolejne zdziwienie miało również miejsce w wiosce Avonlea. Weszłyśmy do jednego z domków – sklepików i tam, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, na jednej z półek ujrzałam nie co innego jak książkę MAPS (Mapy) Pp. Mizielińskich, Wydawnictwa Dwie siostry! Tego zupełnie się nie spodziewałam na Wyspie Księcia Edwarda!


A propos sklepów i zakupów - będąc na Wyspie, trzeba pamiętać, że sklepy są dość daleko (i to wszystkie), więc, jak zabraknie (tak jak mnie się zdarzyło) chusteczek do nosa, to „bida”, bo trudno robić wyprawę do sklepu po paczkę chusteczek, a niestety nie wyjdzie się do sklepu „pod domem” i nie kupi ani nie podejdzie się na piechotę, jak to bywa u nas na wsiach, bo pobocze właściwie nie istnieje, a odległości są duuuuże, więc należy dokładnie i skrupulatnie wykonać listę zakupów PRZED pójściem do sklepu, by uniknąć takich sytuacji. 

Bardzo pozytywnie i inaczej niż u nas zaskoczyła mnie wielość świątyń  różnych wyznań. Z tego co zauważyłam, to często bywają w niedalekim od siebie sąsiedztwie i jest ich spora różnorodność.

Poczta, tak w USA jak i tym bardziej na Wyspie, to miejsce, które chce się odwiedzać, to też zgoła inaczej niż u mnie niestety… 😭Tęsknię za tą zaoceaniczną pocztą bezgranicznie! O  tym jak bardzo tęsknię za Wyspą, nie będę pisała, bo tę tęsknotę, choćbym nie wiem jak ją opisywała, może zrozumieć chyba tylko  ten, kto tam chociaż przez chwilę był.


To dzięki Tobie Bernadko spełniło się moje wielkie marzenie  wizyta na Zielonym Wzgórzu ❣❣❣ Nie myślałam, że kiedykolwiek je zrealizuję. Wiem, że nie mogłoby się to udać, gdyby nie było Cię przy mnie Bernadko i gdyby nie Twoje inspirujące wpisy na blogu. 
DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO SERCA  ❣❣❣








czwartek, 28 marca 2019

Co na Wyspie zdziwiło Magdę



Autorka tekstu: Magdalena Idzik
Autorzy zdjęć: Magdalena Idzik i Kamil Dybicz
Blog Magdy: Madziowy Chaos



Wymarzona Wyspa Księcia Edwarda… Miejsce, o którym przeczytałam w wieku lat ośmiu, a w wieku lat dwunastu (i kilkunastu książkach później) powzięłam decyzję, że kiedyś i ja tam pojadę/polecę/popłynę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak i kiedy, ale że się to spełni – byłam tego pewna. A mimo to, siedząc w samolocie do Toronto 23-go czerwca 2017 roku, w same swoje 30. urodziny, ciężko mi było uwierzyć, że to wszystko naprawdę się dzieje, a cel moich marzeń jest już niemal na wyciągnięcie ręki.

Nasza podróż, mojego męża Kamila i moja, była zaplanowana na 2 i pół miesiąca. Zaczynaliśmy ją i kończyliśmy w Toronto, a głównym celem była Wyspa, na której chciałam spędzić całe 3 tygodnie. Niektórym może się wydawać, że to za dużo czasu na tak małą wyspę, ale moim marzeniem było, by choć przez chwilę tam „zamieszkać”, poczuć klimat, zrozumieć dlaczego L. M. Montgomery tak ukochała właśnie ten skrawek ziemi. Nadal uważam, że przez te 3 tygodnie udało nam się zaledwie „liznąć” atmosfery życia na Wyspie. Ale wiadomo: Wyspiarzem trzeba się urodzić. 😏

Punktem wyjścia dla tych moich swobodnych rozważań ma być jednak konkretne pytanie zadane mi przez Bernadetę: co na Wyspie mnie zdziwiło, a nawet zszokowało? Myślę, że część rzeczy, o których napiszę będzie dotyczyło ogólnie Kanady (bo są to zagadnienia, które się powtarzały i w innych miejscach w kraju), a część samej Wyspy.

Po pierwsze: trudności, jakie napotkaliśmy z wynajęciem samochodu. Do tej pory nie wiem, czy mieliśmy wyjątkowego pecha do obsługi w tej wypożyczalni w Toronto (i jej niechęci wobec obcokrajowców) czy inne wypożyczalnie mają takie same procedury. Niemniej, myślę, że wspomnę o tym, gdybyście tak jak i my, decydowali się na wypożyczenie samochodu w Kanadzie. Okazało się, że jednymi z kluczowych pytań były te, które dotyczyły naszego stałego (!) adresu w Kanadzie oraz naszego kanadyjskiego (!) numeru kontaktowego (adres mailowy nie był wystarczający dla wypożyczalni). Warto zatem pomyśleć o tym, by znać jakiś kanadyjski adres, np. znajomego/kogoś z rodziny, który w razie czego można podać, a także numer telefonu tej osoby bądź by samemu kupić sobie kartę do telefonu z kanadyjskim numerem, którego będziemy używać podczas podróży. My początkowo podaliśmy dane znajomego, u którego zatrzymaliśmy się przez pierwszy tydzień w Toronto, a po zaopatrzeniu się w kanadyjski numer telefonu podaliśmy go w wypożyczalni. Faktycznie, w czasie naszej podróży wypożyczalnia kontaktowała się z nami, gdyż musieliśmy dokonać zmiany auta z przyczyn od nas niezależnych.

Po drugie: internet mobilny, czyli coś, co dla nas w Polsce jest już właściwie codziennością. Niemal każdy z nas ma nielimitowany dostęp do internetu z komórki, a tym samym łączność „ze światem”: FB, Messenger, Instagram, GoogleMaps… Wydawałoby się, że w takim kraju jak Kanada wystarczy pójść do najbliższego punktu z telefonią komórkową, zaopatrzyć się w odpowiednią kartę do komórki i problem z głowy. Tymczasem nic bardziej mylnego! Internet mobilny jest bardzo drogi i nikt właściwie z niego w Kanadzie nie korzysta. Rozwiązaniem jest korzystanie z darmowego wifi, które, znów trochę odwrotnie niż u nas, jest wszędzie. 😏

W każdej kawiarni/restauracji/na stacji benzynowej można bez problemu połączyć się z internetem, także miejsca noclegowe właściwie zawsze mają wifi. Jeżeli będziecie podróżowali tak jak my, czyli samodzielnie wypożyczonym samochodem, polecamy korzystać z aplikacji GoogleMaps i pobierać na telefon zawczasu mapy offline danego obszaru, w ramach którego będziecie się poruszać danego dnia.

Po trzecie: piwnice mieszkalne. Tak, to jest zdecydowanie coś, co mnie zdziwiło i o czym nie miałam pojęcia! Większość domów, w których się zatrzymywaliśmy była tak urządzona, że piwnice stanowiły integralną część domu, w której bardzo często ktoś mieszkał, ponieważ znajdowała się tam jego sypialnia i oddzielna łazienka. Także i my, będąc właśnie na Wyspie, wynajęliśmy na tydzień taką urządzoną piwnicę, w której mieściła się nasza sypialnia, łazienka, a także kuchnia oraz miejsce do odpoczynku (sofa i telewizor). W Polsce piwnice są przede wszystkimi składzikami rzeczy różnych, czasem pełnią funkcję spiżarni, często są połączone z garażem i nigdy bym nie pomyślała, by mogły stać się częścią mieszkalną. A jednak! 😊

Czwarta kwestia, o której napiszę, dotyczy już samej Wyspy: płatny wjazd, czy też raczej wyjazd, który warto mieć na względzie – w tej chwili przeprawa przez most kosztuje 47,75 CAD (ok. 140 zł). O tym szczególe dowiedziałam się już planując naszą wyprawę, ale biorąc pod uwagę, że planowaliśmy tam zostać 3 tygodnie, to ten dodatkowy wydatek nie był duży. Myślę jednak, że jest to informacja, która sprawia, że warto rozważyć, by na Wyspie pobyć dłużej niż tylko 1-2 dni, a także, by pamiętać, że płacimy ZA KAŻDYM wyjazdem, a zatem mało opłacalny jest pomysł, by zatrzymać się poza Wyspą i dojeżdżać na nią codziennie lub co drugi dzień.

Piąte zaskoczenie było niezwykle przyjemne: chodzi o liczbę latarni morskich, które są rozsiane po całej Wyspie. Jest ich aż 63! Z tej wspaniałej informacji, która dość szybko zakorzeniła się w mojej głowie, wykiełkował pomysł, by to właśnie latarnie były niejako naszymi „przewodnikami” po Wyspie. 😊 Od razu mogę powiedzieć, że nawet przez te 3 tygodnie, które spędzaliśmy bardzo aktywnie, nie udało nam się zobaczyć/odkryć wszystkich. Trzeba wziąć też pod uwagę, że część z nich, co też mnie zaskoczyło, mieści się na prywatnych posesjach, gdzie obowiązuje zakaz wstępu (mimo że z pozoru nic nie jest ogrodzone, a droga wydaje się przedłużeniem wcześniejszej trasy), a część wyszła już z użytku i… zarosła. Mimo to „tropienie” poszczególnych latarń dodawało naszemu zwiedzaniu dodatkowego dreszczyku emocji. 😊

Szóste zaskoczenie nastąpiło przy robieniu zakupów i dotyczy całej Kanady (obojętnie czy mówimy o dużych miastach, np. takich jak Toronto, czy też małych miejscowościach na Wyspie): w dużych marketach znajdziecie niemalże tylko warzywa i owoce pochodzące z ościennego USA. Serio! Bardzo trudno w sklepach wielkopowierzchniowych znaleźć kanadyjskie/lokalne świeże produkty. Dlatego warto wiedzieć, że w Kanadzie istnieje coś takiego jak Farmers Market, które można przyrównać do naszych polskich targowisk/rynków. Jadąc do jakiegoś miejsca w Kanadzie warto zorientować się zawczasu gdzie taki targ się odbywa, w który dzień i w jakich godzinach. Naprawdę warto choć raz odwiedzić Farmers Market, gdyż nie tylko będziecie mogli kupić wspomniane już lokalne owoce i warzywa (bezpośrednio od dostawców!), ale nieraz też i przetwory, wypieki, a nawet produkty rzemieślnicze czy wyroby lokalnych artystów.

Jak już jesteśmy przy warzywach, to ogromnym zaskoczeniem było dla mnie, że Wyspa, oprócz tego, że przyciąga Anią z Zielonego Wzgórza, to słynie także z … ziemniaków! Jako że aktualnie mieszkam w Poznaniu, to poczułam się nieco dziwnie. Tak jakbym z jednego ziemniaczanego królestwa przeniosła się do drugiego (z Pyrlandii do Pyrlandii 😏). Niemniej trzeba przyznać, że ziemniaczane pola na Wyspie naprawdę nieźle się prezentują i są częścią jej pięknego krajobrazu. A jeżeli chodzi o same ziemniaki, to można je spróbować w niejednej restauracji, zjeść w postaci chipsów, można również odwiedzić Canadian Potato Museum (my odwiedziliśmy tylko jego restaurację).

Kolejnym zdziwieniem kulinarnym było to, jak owocami morza stoi wyspiarska prowincja. Niby nie powinno, a jednak… Jakoś nie kojarzyłam tego z książek, choć jakiś czas temu ponownie sięgając po niektóre z nich, zauważyłam, że są wzmianki np. o gotowaniu homara (bodajże w Emilce z Księżycowego Nowiu). W każdym razie na Wyspie można zjeść przepyszne fish & chips, gotowanego homara czy w postaci popularnego lobster-roll, a także zjeść świeże ostrygi. Można nawet pójść o krok dalej i wybrać się na wydarzenie jedyne w swoim rodzaju, czyli Tyne Valley Oyster Festival – festiwal ostrygowy w miejsowości Tyne Valley, który odbywa się nieprzerwanie od 1964 roku. Trochę przypadkiem trafiliśmy tam podczas naszego pobytu w 2017 roku i jest to jedno z naszych najbarwniejszych wspomnień z całej podróży: niesamowita atmosfera, przemili ludzie, a także możliwość podpatrzenia jak można otworzyć ostrygę na tysiąc sposobów. 😏 Poza tym to właśnie tam po raz pierwszy spróbowałam ostryg, gdyż miałam 100 % pewności co do ich świeżości.

Widok na Most Konfederacji od strony Nowego Brunszwiku

Widok z Mostu Konfederacji na zbliżającą się Wyspę Księcia Edwarda

Piękny krajobraz Wyspy z pierwszą latarnią morską w tle, jaką zobaczyliśmy

Jedna z latarń, która mieści się na posesji prywatnej

Pole kwitnących ziemniaków

Latarnia w Tignish, którą otwierałam własnoręcznie. Można było
przez chwilę poczuć się jak latarnik

Nasz wypożyczony samochód, którym przejechaliśmy większość trasy; w tle latarnia Brighton Beach Front Range w Charlottetown

Parada podczas Festiwalu Ostrygi w Tyne Valley

Parada podczas Festiwalu Ostrygi w Tyne Valley

Parada podczas Festiwalu Ostrygi w Tyne Valley


Latarnia morska, do której można podejść tylko podczas odpływu

Nasza Ania walczy z… ziemniakiem o status symbolu Wyspy

Kolejny krajobraz Wyspy z kwitnącym polem ziemniaków
Canadian Potato Museum i… wielki ziemniak


Autorka tekstu: Magdalena Idzik
Autorzy zdjęć: Magdalena Idzik i Kamil Dybicz

Blog Magdy: Madziowy Chaos