wtorek, 3 października 2017

Polacy na Wyspie - relacja Malwiny cz. IV

            Czas powrócić jeszcze na chwilę do cudownych wspomnień związanych z Wyspą Księcia Edwarda. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tam byłam, że udało mi się spełnić wielkie marzenie z dzieciństwa… Czuję się jednak w obowiązku ostrzec Was wszystkich – powrót do rzeczywistości po przyjeździe z Wyspy jest niemałym szokiem. I nie mam tu na myśli zmiany czasu, czy powrotu do pracy po urlopie – chodzi o tęsknotę, która powoduje, że zamiast odpisywać na służbowe maile, sprawdzałam pogodę w Charlottetown i zastanawiałam się, co się dzieje na plaży w Cavendish😉. Ratunkiem na to przykre wrażenie w stylu: „20 lat czekałam na wyjazd na Wyspę, aż tu nagle już po nim, już tam byłam i trzeba wracać do rzeczywistości” było dla mnie mocne przyrzeczenie, że za jakiś czas znów tam pojedziemy. Może tym razem nie trzeba będzie czekać prawie ćwierć wieku – podróż raz odbyta, nie wydaje się już być ponownie aż tak niemożliwa.
            Wrócę jednak do naszego ostatniego weekendu na PEI. Trasa piątkowej wycieczki była już od dawna szczegółowo zaplanowana – mieliśmy jechać do Lower Bedeque, a stamtąd, przejeżdżając po drodze do latarni Indian Head i Seacow Head dotrzeć do Mostu Konfederacji. Szkołę w Lower Bedeque znaleźliśmy bez większych problemów, a leśna droga zapraszała na parking na tyłach szkoły. Nawet przez chwilę ucieszyłam się, że nikogo na parkingu nie ma, co w pierwszej chwili oznaczało, że unikniemy tłumów. Szybko jednak okazało się, że brak żywej duszy oznacza po prostu, że szkoła jest zamknięta i budynek możemy obejrzeć tylko z zewnątrz. Próbowałam zaglądać przez okna, lecz o zrobieniu jakiegokolwiek zdjęcia nie było mowy. Wiedziałam jednak, gdzie szukać pomocy – mniej niż 3 minuty jazdy samochodem dalej mieścił się niewielki domek, w którym Maud wynajmowała pokój, podczas gdy pracowała w odwiedzanej przez nasz szkole. Przejechaliśmy więc tę samą trasę, którą Maud pokonywała codziennie w drodze do pracy, i udaliśmy się do domu Corneliusa Learda (czyli The Leard House). Miałam przeczucie, że będzie tam ktoś, kto wpuści nas do szkoły – i nie myliłam się. Po krótkiej rozmowie z właścicielką The Leard House, July, podczas której opowiedziałam jej skąd jesteśmy i gdzie się zatrzymaliśmy, uzyskaliśmy pozwolenie na wejście do szkoły w Lower Bedeque😊. July otworzyła nam drzwi i zostawiła samych w czterech ścianach przepełnionych obecnością Maud. Szkoła jest malutka, ale odnowiona z wielką dbałością o szczegóły i rekwizyty. Na umieszczonych tam zdjęciach, prezentujących proces odbudowy budynku, widać ogrom zaangażowania społeczności w przywrócenie temu miejscu dawnego wyglądu i ocalenie go od zapomnienia. Mnóstwo rekwizytów pochodzi z prywatnych zbiorów, strychów, piwnic, szop ludzi mieszkających w okolicy. To, co mnie najbardziej zachwyciło, to ławki – zachowały się oryginalne, 160 – letnie (!!!), pamiętające Maud i jeszcze wiele przed nią. 




Po wizycie w szkole wróciliśmy do domu Leardów na obiad i trochę słodkości, a także po to, by obejrzeć pokój, ten słynny pokój, w którym Maud spotykała się ze swym ukochanym, Hermanem Leardem. 


Ta część wycieczki związanej z osobą pisarki miała zdecydowanie najbardziej intymny charakter. Wciąż mam wrażenie, że nie wszyscy zainteresowani Maud docierają aż do Lower Bedeque – chyba, że sami szukają informacji o tym, bądź czytali dzienniki i chcą zwiedzać wyspę śladami Maud. W żadnej bowiem informacji turystycznej czy oficjalnym przewodniku nie było mowy o szkole w Lower Bedeque, ani tym bardziej o The Leard House. (Krótko po naszym powrocie do Polski okazało się, że July zdecydowała się zamknąć The Leard House 😒 Mieliśmy zatem ogromne szczęście, że udało się nam zobaczyć to miejsce…).
            Po wyjeździe z Lower Bedeque przyszedł czas na krajoznawczą część wycieczki. Odwiedziliśmy latarnię Indian Head – ciekawiła mnie, gdyż jest umieszczona na długiej kamiennej grobli; oraz o wiele bardziej znaną latarnię Seacow Head. Ta druga jest zdecydowanie bardziej okazała, w końcu to słynna latarnia Gusa Pike’a z „Drogi do Avonlea”. Byłam nią jednak trochę rozczarowana, a właściwie nie tyle nią, ile okolicą. Sama latarnia jest piękna, góruje nad klifem, ale czy pamiętacie z czołówki późniejszych sezonów „Drogi do Avonlea” jak Alec, Janet, Sara i inne dzieciaki jechali powozem przy tejże latarni, drogą nad samym morzem? To wszystko wyglądało wtedy bardziej przestronnie, takie odniosłam wrażenie. Tymczasem latarnia jest w rzeczywistości ta sama, ale dookoła piętrzy się lasek, a nieopodal zbudowane są jakieś inne budynki, co psuje efekt i trochę tej latarni przeszkadza, takie odniosłam wrażenie. Nie ma tej przestrzeni, tej wolności. Za to sama latarnia jest piękna i naprawdę warto do niej pojechać.


            Kolejnym punktem podróży był Most Konfederacji, miejsce zdecydowanie nie związane z Maud, ale robiące niesamowite wrażenie. Być może pamiętacie z mojej pierwszej relacji, że to właśnie most był pierwszą rzeczą, która uświadomiła mi, że jestem na Wyspie. Warto tam podjechać (czyli do Borden – Carleton Gateway Village) i zobaczyć go na własne oczy, a przy tym odwiedzić tamtejszy sklep z pamiątkami (upolowałam tam porcelanowe psy, Goga i Magoga!) i zjeść kolejną porcję lodów Cow’s. 😊


            W drodze powrotnej, przejeżdżając przez Summerside, zatrzymaliśmy się „na jedno zdjęcie” przy Szumiących Topolach, a konkretniej przy domu, który jest za nie uważany. Jak sądzicie, czy pasuje do książkowego opisu? Wieżyczka się zgadza. 😊


            Następnego dnia Wyspa przywitała nas deszczem. Mieliśmy w planach jechać do Greenwich obejrzeć wydmy, jednak w taką pogodę nie było to możliwe. Po cichu ucieszyłam się z tego obrotu sprawy, gdyż załamanie pogody umożliwiło nam wyjazd do Muzeum Plebanii w Bideford, które przegrałoby raczej z wydmami w Parku Narodowym, gdyby tylko świeciło piękne słońce. Wiedzieliśmy, że albo wydmy, albo zabytki Bideford będą musiały poczekać na kolejny nasz przyjazd – tego dnia deszcz zdecydował, co zobaczymy. Muzeum Plebanii w Bideford było ostatnim, związanym z Maud punktem na mojej mapie, który chciałam obejrzeć. Uważam, że zdecydowanie było warto (nawet maruda Mateusz przyznał mi rację – był bardzo niezadowolony, gdyż zależało mu na zobaczeniu wydm, ale po wizycie w muzeum stwierdził, że nie był to stracony czas). Sam budynek muzeum robi z zewnątrz wrażenie – jest piękny, takiej architektury niestety nie spotkamy w Polsce (przynajmniej ja nigdy nie widziałam takiego budownictwa w naszym kraju, ale jeżeli się mylę, dajcie znać w komentarzach). Również wnętrza plebanii zachwycają ilością zgromadzonych tam przedmiotów z epoki, pokazują jak bogato i pieczołowicie zdobione były wówczas przedmioty codziennego użytku (serwis do herbaty, sztućce, obudowa kominka, tapety na ścianach).  I wreszcie pokój Maud – zdecydowanie większy i bardziej wygodny, niż malutki pokoik w domu Leardów, z dużym oknem z zieloną ramą, przez które codziennie spoglądała na okoliczne pola (mam wrażenie, że krajobraz nie zmienił się zbytnio mimo upływu lat).



            Po wizycie w Muzeum Plebanii (która zajęła nam jednak trochę czasu, było już popołudnie), przejechaliśmy się do Cavendish (po co? Po lody Cow’s  😊), gdzie okazało się, że pogoda jednak zamierza być nieco łaskawsza i można będzie pojechać na plażę – wyszło słońce. Odczuwając już boleśnie bliskość naszego wyjazdu z Wyspy zdecydowaliśmy się na ponowne odwiedziny Teapot Rock, czyli słynnej skały w kształcie czajniczka do herbaty. To zdecydowanie moje ulubione miejsce na Wyspie 😊. 


            Jak to zazwyczaj bywa, nasz ostatni dzień na Wyspie Księcia Edwarda był najpiękniejszym i najcieplejszym dniem z całego pobytu. Była końcówka czerwca i miałam wrażenie, że dopiero teraz rozpoczną się prawdziwie letnie dni, wymarzone do plażowania. Taka też była tamta niedziela. Spędziliśmy ją, przemierzając naszą dobrze już znaną trasę nr 6, po tylu dniach praktycznie już bez mapy, w kierunku Cavendish, a następnie przez North Rustico do Dalvay. Hotel w Dalvay, który był celem naszej podróży, to znany z „Drogi do Avonlea” hotel w Białych Piaskach, gdzie zdecydowaliśmy się zjeść obiad. Wprawdzie sam hotel figuruje w serialu tylko na kilku stałych ujęciach z zewnątrz, lecz mimo to czułam klimat pewnej wyjątkowości, związanej z tym miejscem. 


Wracając do Blue Moon, zatrzymaliśmy się na plaży w Cavendish. Nie umiem opisać, jak bardzo pragnęłam, żeby to właśnie w tym momencie lunął deszcz, a niebo zakryło się chmurami, żeby nie pozostało już nic innego, tylko spakować się, pożegnać i wsiąść do samolotu lecącego do Polski. Tymczasem dzień był najpiękniejszy z możliwych – prawdziwie letni, cichy, spokojny, bezwietrzny, z ciepłym, falującym powietrzem i przejrzystymi, mocnymi kolorami morza, nieba i czerwonej ziemi, dający zapowiedź kolejnych takich pięknych chwil na Wyspie i zdecydowanie utrudniający wyjazd z niej. Nie umiałam oderwać wzroku od morza i plaży w Cavendish, w tym momencie nie działały na mnie również żadne przyrzeczenia złożone samej sobie, że przecież kiedyś tu wrócimy. Wydaje mi się, że odczułam wreszcie magnetyzm tej Wyspy, o którym tyle pisała Montgomery i który tłumaczy jej nieustającą przez całe życie tęsknotę za PEI.  



            Walizki już dawno rozpakowane, w Warszawie jesień, o wyjeździe przypomina muszelka leżąca na komodzie w sypialni, kupione na Wyspie tomy pamiętników Maud i zdjęcia w albumie. Gdzieś w głowie kiełkuje pomysł następnego wyjazdu, ale trzeba na niego nieco poczekać. Mam nadzieję, że podobała się Wam moja relacja i że być może była lub będzie komuś pomocna przy planowaniu swojego wyjazdu. Podczas tworzenia mojej relacji skupiłam się raczej tylko na jej subiektywnej stronie, więc jeżeli macie jakieś pytania o kwestie praktyczne, dajcie znać w komentarzach – prowadziłam dość szczegółowe notatki z podróży, być może będę mogła pomóc. Tymczasem gorąco życzę Wam wszystkim własnego spełnionego marzenia – podróży do kraju Ani i kraju Maud.


KONIEC  
                                                                                                   Zdj. i tekst: Malwina Wilczyńska
                         

niedziela, 10 września 2017

Pierwsze lato w Blue Moon


Dokładnie tydzień temu podziwialiśmy ostatni zachód słońca na Wyspie, po którym wybraliśmy się na nocną wizytę na Zielonym Wzgórzu. Czternasta wizyta i pierwsze lato w Blue Moon przeszły już niestety do historii, a my ze smutkiem powróciliśmy do Connecticut. Bardzo trudno rozstaje się z Wyspą, kiedy ma się na niej własny dom... 

Oczywiście smutek miesza się z radością — gdyby nie Blue Moon, nie miałabym okazji spędzić 8 tygodni na Wyspie. I choć te tygodnie minęły nam bardzo szybko, to nie ulega wątpliwości, że prawie 2 letnie miesiące przebywaliśmy w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. I za to będę zawsze wdzięczna.

Wiem, że sporo z Was liczyło na więcej relacji z pobytu, więc przepraszam z całego serca, że nie udało mi się częściej pisać. Jeden z powodów tych rzadszych wpisów jest natury technicznej — zauważyłam, że mam plamę na obiektywie aparatu i wiele zdjęć, które robię, ma również plamę. Można to naprawić w edytorze, ale na to trzeba mieć czas, a ja w 99% wrzucam na blog zdjęcia prosto z karty pamięci. Żaden szanujący się fotograf tak podobno nie robi, jednak ja sama wybieram właśnie taki sposób przedstawiania Wyspy, aby nikt nie był rozczarowany po przyjeździe. Plama na obiektywie to już większy problem i sporo zdjęć nie nadaje się niestety na blog bez korekty. 

Pora jednak podsumować ten czternasty pobyt... Znów sporo się działo 😊. Przez tydzień miałam przyjemność wędrować śladami Maud, Ani i Emilki z Dominiką, która przyjechała na Wyspę spełnić swoje dziecięce marzenie. Podróżując z Dominiką odświeżyłam sobie wszystkie ważne miejsca i choć byłam w każdym z nich kolejny raz, zrobiłam kilka zdjęć, których nie było wcześniej na blogu. To nawiasem mówiąc jest nie lada wyzwanie — wszystko obfotografowałam już wiele razy i czasem nie chce mi się nawet włączać aparatu 😏. Zwłaszcza teraz, kiedy aparat ma plamę na obiektywie.

Na poczcie sfotografowałam pudło na kapelusze z przełomu XIX i XX wieku — do podobnego pudła rozczarowana 5 odmowami z różnych wydawnictw Maud włożyła rękopis „Ani z Zielonego Wzgórza”. W miejscu, gdzie znajdują się fundamenty domu dziadków Maud sfotografowałam zegar i kominek, które znajdowały się w domu, w którym dorastała pisarka. W Srebrnym Nowiu rozpoczęły się prace i to również udało mi się uwiecznić na zdjęciu (nie orientuję się jednak, czy cały dom zostanie przeniesiony trochę dalej od brzegu, czy chodzi tylko o remont). W Srebrnym Gaju sfotografowałam ostatni list Maud do Jima, ojca Pam Campbell, w którym autorka Ani pisze, że już nigdy nie zobaczy Park Corner.






W ciągu tygodniowego pobytu Dominiki na Wyspie zwiedziłyśmy to, co powinien zobaczyć każdy wielbiciel L.M. Montgomery — od Zielonego Wzgórza rozpoczynając, a kończąc w Lower Bedeque i Bideford. Na jeden dzień dołączyła do nas jeszcze jedna Pokrewna Dusza — Iwona, która również postanowiła właśnie w tym roku odkurzyć swoje dziecięce marzenie o Kanadzie i Wyspie Księcia Edwarda. Wspaniale, że udało nam się spotkać w krainie Ani i wspólnie zwiedzać miejsca związane z pisarką i światem przez nią stworzonym. Chyba każda z nas zgodzi się, że nejprzyjemniejsze chwile spędziłyśmy na skałach, na których być może Ania poznała Ewę (Leslie) Moore.







Organy LMM









W sobotę przed przyjazdem Dominiki gościłam w Blue Moon Magdę i Michała. Magda jest pierwszą czytelniczką bloga, która zdecydowała się na podróż do Avonlea po lekturze „Kierunku Avonlea” (inne osoby trafiały na blog po tym, jak zapragnęły pojechać na Wyspę)! 4 lata po tym, jak zaczęłam relacjonować moje wyjazdy, miałam okazję poznać kogoś, kogo zainspirowałam do przyjazdu na Wyspę 😊😊.

Po wyjeździe Dominiki mieliśmy sześć dni na nasze wakacje. W ciągu tych sześciu dni skupilimy się na zwiedzaniu — udało nam się ponownie odwiedzić Point Prim i zjeść w restauracji przy latarni osławioną zupę z owoców morza, zobaczyć rękopis „Ani z Zielonego Wzgórza” w Confederation Centre w Charlottetown, dotrzeć do kilku nowych latarni: North Cape, Tignish, Former Cascumpec i Northport Back Range Light. W Kinross, gdzie LMM odwiedzała „ciocię” Christie, szukaliśmy bezskutecznie śladów domu MacLeodów. Poznaliśmy natomiast Sandrę, która z mężem i ojcem zajmuje się dużą farmą i jest właścicielką kilku kotów. Jeden z nich od razu się z nami zaprzyjaźnił i od razu zrozumiałam, dlaczego Maud przywoziła sobie koty z Wyspy. Sandra obiecała mi, że odwiedzi wkrótce najstarszego sąsiada, który być może będzie lepiej się orientował w temacie.












Rękopis „Ani z Zielonego Wzgórza”

W Orwell zatrzymaliśmy się przy domu Sir Andrew MacPhailla, w którym LMM poznała w 1910r. Earl Grey’a, ówczesnego Gubernatora Generalnego Kanady. Polityk nalegał, aby zaproszono na spotkanie autorkę „Ani z Zielonego Wzgórza”, której był wielkim fanem. Pomimo dużej ilości zaproszonych gości wygospodarował on czas na rozmowę z Maud w ogrodzie doktora MacPhailla. W pewnym momencie para rozmówców doszła do niewielkiego białego budynku i Earl Grey zaproponował, aby usiedli na schodkach do niego prowadzących. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że budynek ten był WC! Maud nigdy nie zapomniała swojej rozmowy z Gubernatorem Generalnym Kanady przed ubikacją 😏.




Podczas naszego wakacyjnego tygodnia wybraliśmy się również po raz pierwszy na North Cape. Zawsze chciałam tam pojechać, jednak nigdy wcześniej nie mieliśmy dosyć czasu. Opinie na temat latarni na North Cape czytałam różne, więc nie nastawiałam się na zachwycające miejsce. Chciałam jednak tam dojechać i po prostu zaliczyć kolejną latarnię. Dzień był pochmurny i być może to było powodem wielkiego rozczarowania. Położenie latarni wśród innych budynków sprawia, że trudno tu poczuć klimat, jaki w moim wyobrażeniu wiąże się z latarnią morską. Z plaży można co prawda zrobić zdjęcia, na których udaje się ukryć otoczenie latarni, jednak całość nas nie zachwyciła.







Niespodzianka w drodze z North Cape

Warto przy okazji wspomnieć, że Wyspa zawsze o wiele ładniej prezentuje się w słońcu. Jeśli przyjeżdża się na tydzień, to zazwyczaj można liczyć na 3–6 słonecznych dni. W dni pochmurne można wówczas zwiedzać muzea, wybrać się na musical czy na zwiedzanie Charlottetown. Zwiedzanie samej Wyspy warto zostawić sobie na słoneczne dni. Co jednak ciekawe, najpiękniejsze zachody słońca, jakie mieliśmy okazję zobaczyć, zdarzały się po deszczowych i pochmurnych dniach. 

Moim osobistym osiągnięciem tego ostatniego tygodnia na Wyspie było przejście do końca pasma wydm między Cavendish a New London. Zajęło mi to ponad 3 godziny, ale naprawdę było warto. Miałam doborowe towarzystwo w postaci siewieczek skąpopłetwych, siewieczek bladych, bekasowatych, szlamców krótkodziobych (które mają długie dzioby!) oraz mew (tę rozległą wiedzę w temacie zawdzięczam pracującej w Parkach Kanadyjskich Lindzie, która towarzyszyła mi przez 15 minut spaceru i opowiedziała mi o różnych gatunkach ptaków). Wisienką na torcie była latarnia New London, którą po raz pierwszy zobaczyłam od strony wydm (przetłumaczonych w „Wymarzonym Domu Ani” przez Stefana Fedyńskiego jako „wał z piasku”).