poniedziałek, 31 lipca 2017

Polacy na Wyspie - relacja Malwiny cz. III

Jeszcze tego samego dnia, w którym odwiedziliśmy Srebrny Gaj w Park Corner, dom, w którym urodziła się Maud Montgomery w New London oraz fundamenty jej starego domu w Cavendish, odwiedziliśmy przepiękną plażę na Wyspie oraz pewien opuszczony już dom, którego byłam bardzo ciekawa.

            Tak jak pisałam, muzea i miejsca związane z Maud były na Wyspie czynne mniej więcej do godziny 17, zatem pozostawał nam do rozdysponowania jeszcze cały wieczór. Zachód słońca w tym czasie na Wyspie rozpoczynał się po 21:00, zatem po odwiedzeniu zaplanowanych miejsc, było jeszcze sporo czasu na cieszenie się naturą i pięknymi widokami. Wracając z Cavendish, zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, z którego można zrobić zdjęcie kolorowych domków przystani rybackiej – jedno z najczęściej fotografowanych miejsce na całej Wyspie Księcia Edwarda. Rzeczywiście, widok jest bardzo malowniczy, co możecie sami ocenić na zdjęciach. Przy wspomnianym punkcie widokowym zatrzymywaliśmy się wiele razy, za każdym razem próbując zrobić jeszcze lepsze zdjęcie, a to dlatego, że za każdym razem pogoda w innym świetle przedstawiała ów widok. Raz domki lśniły w pełnym słońcu i doskonale widać było ich żywe kolory, innym razem zachmurzone niebo wydobywało piękno krajobrazu położonych za nimi na wzgórzach łąk. Ciężko było zdecydować, w którym momencie widok ten jest jednoznacznie najpiękniejszy. Osobiście zamarzyło mi się, aby móc kiedyś zobaczyć ten sam malowniczy obrazek jesienią…


            Wieczorem, jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na poszukiwania domu wujostwa Sutherland w Sea View, który Maud również odwiedzała. Dom ten jest już opuszczony i zaniedbany, jednak mogę śmiało powiedzieć, że pomimo tego nadal robi wspaniałe wrażenie. Jest piękny – obszerny, zbudowany z pewnością z myślą o dużej rodzinie, z trzema zdobionymi stożkowatymi daszkami na froncie. Stoi samotnie przy drodze i choć kilka kroków dalej, przy kolejnym domu, toczy się życie (ktoś kosił trawę, w ogródku bawiły się dzieci), tutaj, na tym nieogrodzonym podwórku, życie zamarło. Nikt nie interesował się naszą obecnością w tym miejscu, jednak nie miałam odwagi podejść zbyt blisko. Może wydawać się dziwne to, co napiszę, ale odniosłam wrażenie, że brakiem szacunku byłoby podchodzenie pod sam budynek i zaglądanie w okna tego opuszczonego domostwa, tylko po to, by zaspokoić swoją ciekawość. Maud z pewnością napisałaby, że w takim miejscu mieszkają teraz duchy przeszłości i nie należy im przeszkadzać. Mniej więcej coś podobnego poczułam stojąc na zaniedbanym trawniku i spoglądając w ciemne, martwe okna. Mateusz, który jest osobą kompletnie nie przejmującą się żadnymi „duchami przeszłości” odmówił podejścia bliżej do tego domu i stanowczo prosił mnie, żebym czym prędzej stamtąd wróciła do samochodu. Tak też zrobiłam, bo dom, choć nie był nieprzyjazny, sprawiał wrażenie, jakby nie chciał, byśmy dłużej patrzyli na jego wizerunek w obecnym stanie. Trochę jak kobieta – nieuczesana, nieumalowana gospodyni, oderwana nagłą wizytą gości od jakiejś ciężkiej pracy, starająca się zachować uprzejmość pani domu, lecz zakłopotana badawczymi spojrzeniami przybyłych.



    Z żalem pożegnałam więc Sea View i udaliśmy się na jedną z pobliskich plaż – Branders Pond. Dzień zakończył się na pięknej plaży, a my, siedząc pod czerwonymi skalami, oglądaliśmy wspaniały zachód słońca.



     
            Nasz kolejny, trzeci dzień pobytu na Wyspie, rozpoczęliśmy od zwiedzania Zielonego Wzgórza (gdybym była wierniejszą miłośniczką Ani, z pewnością to tam chciałabym najpierw pojechać, ja jednak od zawsze wolałam Emilkę 😊). Muszę przyznać, że Zielone Wzgórze wewnątrz jest przepiękne – nawet jeśli na moment zapomni się o związku tego miejsca z Anią, a obejrzy je tylko jako dom „z tamtych czasów”, a może właśnie dlatego, że jest to dom z tamtych, nieistniejących już czasów… Oglądając wnętrza Green Gables wcale nie trzeba znać całej serii książek o Ani, aby zachwycić się otoczeniem. Już sam fakt, że najstarsza część domu przetrwała od 1830 roku, że można oglądać odwzorowany z tamtej epoki wystrój wnętrz, powinien stanowić zachętę dla odwiedzających, którzy nie do końca interesują się opowiadaniami o Ani. Choć bywa to czasem zabawne – Mateusz, widząc potłuczoną szkolną tabliczkę w pokoju Ani (nie wiedząc oczywiście, na jaki pokój patrzy), wyraził głęboki smutek, że jeden z eksponatów jest zniszczony;) Zastanawiałam się, czy pozostawić go w niewiedzy, czy też wyjaśnić, dlaczego ta tabliczka ma pozostać stłuczona, ostatecznie jednak litościwie wytłumaczyłam mu całą historię. 😉



            Po wizycie na Zielonym Wzgórzu i jeszcze jednym spacerze po Alei Zakochanych, udaliśmy się na pocztę – to jeszcze jedno ciekawe miejsce związane z Maud. Dopiero tam zdałam sobie sprawę, że przecież gdyby nie fakt, że jej rodzina prowadziła urząd pocztowy, nie byłoby zapewne sukcesu Maud! Tylko dzięki temu, że mogła przed wścibskimi oczami sąsiadów ukryć wysyłane do różnych czasopism rękopisy, albo po cichu odebrać odmowne odpowiedzi, Maud miała siłę na podejmowanie kolejnych prób zaistnienia w literackim świecie. Trudno powiedzieć, czy miałaby wystarczająco dużo odporności, aby znosić szydercze komentarze o swoich niepowodzeniach, gdyby  odbywało się to na oczach całego miasteczka. Po obejrzeniu pamiątek na poczcie i wysłaniu pocztówek do rodziny i znajomych, udaliśmy się na trochę typowo turystycznych przyjemności, odwiedzając Wioskę Avonlea. Można powiedzieć, że nie sprawdziłam się tutaj jako znawczyni świata Maud i Ani, bo nie odnalazłam tam oryginalnego budynku szkoły z Belmont, miasteczka, w którym Maud uczyła w latach 1896 – 1897. Nie żeby jakoś trudno było go tam znaleźć – po prostu zupełnie zapomniałam, że przecież budynek tej szkoły został przeniesiony do Cavendish i stoi w Wiosce Avonlea. No cóż, skoro mamy się pojawić na Wyspie kiedyś po raz kolejny, wypada cieszyć się, że będą tam miejsca związane z Maud, których jeszcze nie poznałam. Tymczasowo znalazłam pocieszenie w potrójnej porcji lodów Cow’s, które – wierzcie mi – są tak pyszne, że chwilowo ukoiły moje niezadowolenie z powodu nieobejrzanej atrakcji.



            Dalsza część dnia obfitowała w rozrywki dedykowane Mateuszowi, który koniecznie chciał podziwiać piękno natury wyspy Księcia Edwarda. To jest właśnie wspaniałe na Wyspie, że absolutnie każdy znajdzie tam coś dla siebie. Nie jest zatem prawdą, że wasi mężowie czy synowie, niezainteresowani Montgomery ani jej twórczością, będą się tam nudzić. Pojechaliśmy więc do Parku Narodowego Wyspy Księcia Edwarda, pokonując odcinek od Cavendish do Cape Turner.  Jedzie się tam nadmorską drogą, przy której są co jakiś czas stanowiska do zaparkowania auta i punkty widokowe. Są też miejsca dostosowane do typowego plażowania. Tego dnia była piękna pogoda, więc plaże licznie odwiedzali wypoczywający tam ludzie. To mi ukazało trochę inny obraz Wyspy – nie tylko jako ojczyzny Maud, ale również jako typowo turystycznego miejsca, gdzie można wspaniale wypocząć. Warto  jadąc tam zabrać ze sobą koc czy ręcznik i przez jakiś czas nacieszyć się pięknem rozległej plaży. 




            Po powrocie z Cavendish i plażowania, wieczór postanowiliśmy spędzić już w pobliżu domu, ale też na plaży. Przedtem jednak udaliśmy się do pobliskiego Springbrook, by tam odszukać pewien nagrobek. Koniecznie bowiem chciałam odnaleźć miejsce spoczynku Fredericy, choć nie miałam pojęcia gdzie dokładnie znajduje się jej grób. Na początku podjechaliśmy pod zupełnie nieprawidłowy kościół i cmentarz i trochę to trwało, zanim odszukaliśmy właściwy Geddie Memorial Cementery – jak się okazało, mijany wcześniej wielokrotnie, bo ulokowany przy samej drodze. Wśród starych, porośniętych mchem nagrobków udało mi się znaleźć groby zarówno Frederyki, jak i jej rodziców. 



            Wieczór spędziliśmy na przepięknej plaży Cousins Shore, „kłócąc się” zawzięcie, która z nich jest ładniejsza – wczorajsza Branders Pond, czy dzisiejsza? Oczywiście, do porozumienia nie doszliśmy, bo rozstrzygnięcie tego dylematu jest chyba niemożliwe, a w tej sprawie, najlepiej jeżeli przemówią zdjęcia 😉








CDN.

Zdj. i tekst: Malwina Wilczyńska

czwartek, 27 lipca 2017

Czerwona Kanapa w Blue Moon

Dzisiejszy wpis nie będzie chronologiczny. Chcę się jednak podzielić z Wami tym wszystkim, co działo się w ubiegły weekend, czyli 22 i 23 lipca. Z doświadczenia wiem, że po jakimś czasie emocje opadają i zapomina się wiele szczegółów,  bardzo chcę, aby jak najmniej umknęło mi z tej opowieści. 

Zacznijmy jednak od początku, bo jest to, moim zdaniem, świetna historia i doskonały przykład na to, jak pewne zdarzenia dochodzą do skutku.

Kiedy kupiliśmy Blue Moon nie było czasu na zorganizowanie tzw. „parapetówki”. Postanowiliśmy więc, że zrobimy imprezę w tym roku i wybraliśmy weekend 22/23 lipca. Jakieś trzy miesiące temu ostatecznie ustaliliśmy, że impreza odbędzie się 23 lipca i zaprosiliśmy gości. Dwa tygodnie później dostałam wiadomość od Ewy Henry (którą oczywiście znam w związku z Anią i L.M. Montgomery) z pytaniem, czy będę na Wyspie 22–23 lipca. Pomyślałam, że Ewa pewnie planuje przyjazd i chce się ze mną spotkać. Okazało się jednak, że nie chodziło o nią, ale o ... Czerwoną Kanapę! Pewnie zastanawiacie się, tak, jak ja zastanawiałam się owego dnia, czym jest Czerwona Kanapa... W wielkim skrócie jest to jeden z 38 projektów wytypowanych w ramach konkursu, do którego zgłoszono prawie 400 różnych pomysłów na uczczenie 150–lecia Kanady. Czerwona Kanapa jeździ po całej Kanadzie i siadają na niej Kanadyjczycy, aby opowiedzieć o tym, co Kanada dla nich znaczy. Jeśli nadal zastanawiacie się nad tym, cóż Czerwona Kanapa może mieć wspólnego ze mną bądź Ewą, to już wyjaśniam. Pomysłodawcami tego projektu są mieszkający w Ontario Kanadyjczycy polskiego pochodzenia — Ela Kinowska i Piotr Sobierajski. Ewa, jak pamiętacie zapewne z mojej relacji z Leaskdale, gdzie się poznałyśmy, również mieszka w Ontario i zna Piotra. Zanim się spostrzegłam zostałam na Facebooku zaznajomiona z Piotrem i po kilku dniach odbyliśmy rozmowę telefoniczną na temat Czerwonej Kanapy jako potencjalnego gościa na mojej lipcowej imprezie w Blue Moon. Oczywiście zgodziłam się przyjąć pod swój dach kanapowy zespół — przy rozmiarze ich szaleństwa mój zakup Blue Moon to pestka 😏. Ela i Piotr byli już po zimowym odcinku kanapowego tournée 
i skoro nie zamarzli, trzeba było to jakoś uczcić w polskim domu nad Jeziorem Lśniących Wód 😊.

O 16:00 w sobotę Czerwona Kanapa zawitała w Blue Moon. 


Ela dawno temu przeczytała „Anię z Zielonego Wzgórza”, Piotr widział kiedyś film, ale żadne z nich nie pamiętało zbyt wiele na temat rudowłosej sierotki. Nie ulegało jednak wątpliwości, że pomimo skromnej wiedzy na temat twórczości LMM, zarówno Ela i Piotr, jak i podrózujący z nimi Daniel (Francuz) i Christian (Kolumbijczyk!) są ludźmi pochodzącymi z „rodu Józefa”. Ich RV z kanapową przyczepą szybko zadomowiło się na miejscu parkingowym przy Blue Moon (wreszcie wyjaśniło się dlaczego musiałam kupić dom z całkiem sporym parkingiem 😏), a kanapowa ekipa jeszcze szybciej zadomowiła się w Blue Moon i w naszych sercach. Zawsze wiedziałam, że kupno domu nad Jeziorem Lśniących Wód niesamowicie wpłynie na nasze życie — Czerwona Kanapa uświadomiła mi jednak, że dotychczas nie miałam jednak pojęcia, co nas czeka.

To były niezwykłe 42 godziny! Działo się strasznie dużo — musieliśmy się skupić na przygotowaniach do imprezy, a jednocześnie chcieliśmy pokazać naszym gościom choć troszkę z tego, co ma do zaoferowania Wyspa Księcia Edwarda. W ekspresowym tempie była więc plaża Branders Pond, wizyta na Cousins Shore, spacer do Teapot Rock i latarnia w New London. Na obiad zjedliśmy pieczone ziemniaki z tymiankiem i masłem czosnkowym, pieczonego łososia i gotowane warzywa. Nie obyło się bez białego wina ze specjalnej kanapowej edycji, gdyż, jak twierdzi Piotr, ryba lubi pływać 😏. 




W niedzielę, dniu imprezy, po rodzinnym śniadaniu przy stole z widokiem na Jezioro Lśniących Wód wybraliśmy się do  Kościoła pod wezwaniem Marii Panny z Góry Karmel, o którym pisałam ostatnim razem. Naopowiadałam Piotrowi, że będzie super, bo kościół jest zachwycający.  I było super, ale okazało się, że Msza odprawiana jest po francusku, a dokładniej w dialekcie akadyjskim. Akurat francuskiego zupełnie nie znam, więc to nie dialekt był dla mnie przeszkodą 😉. Pomodliłam się więc po polsku i chyba moje modlitwy zostały wysłuchane, bo impreza udała się znakomicie.  






W drodze z Kościoła rozmawiałam z Elą na temat menu imprezy — Eli imprezy na 30 osób zupełnie nie przerażają, więc miała dla mnie kilka rad. Jedną z nich było podarowanie sobie makaronu z sosem pomidorowym. Makaron miał być uzupełnieniem kotlecików mielonych — Ela zaproponowała wykałaczki do kotlecików i osobny sos. Oczywiście wykałaczki były w RV! To RV w ogóle wszystko pomieściło — nawet lód, który przydał nam się do przenośnej lodówki z napojami. 

O 15:30 część przekąsek trafiła na stół, altana została przyozdobiona niebieskimi balonami, a Czerwona Kanapa ustawiona na trawniku. Byliśmy gotowi na przybycie gości
 😊. 





Nikt jednak nie pojawił się punktualnie o 16:00! Paul spokojnie podlewał sobie ogródek przy Złotym Brzegu, a ja zaczęłam się martwić, że nikt się nie pojawi. Po kilku minutach zjawiła się jednak Denise z Rillą i wytłumaczyła mi, że na Wyspie Księcia Edwarda goście zazwyczaj zjawiają się 15–30 minut spóźnieni. Powinnam była zapytać o to wcześniej... Całe szczęście planowałam zacząć wystawiać ciepłe jedzenie o 16:20, więc wyszło idealnie. Nagle zaczęli pojawiać się pozostali goście, a wśród nich Michele i Paul Montgomery (właściciele Złotego Brzegu), Pam i George Campbell (krewni Maud i właściciele Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza), Carolyn Collins z mężem Andym (znana badaczka życia LMM), Norma Dougherty (pochodząca z Wyspy pisarka i była Miss Kanady), July Edgcomb z mężem Gabrielem (właściciele domu Leardów), Robin Petty (właścicielka Petty Quilts), Betty Mann z mężem Kenem (Betty pracuje w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza) i John Sylvester z żoną Dianne. 

Norma Dougherty i Ela

Robin i jej dzieła

John Sylvester czeka na wywiad :)

Brakuje 7 osób

Do teraz nie mogę uwierzyć, że John Sylvester, najsłynniejszy fotograf z WKE, przyjął moje zaproszenie. Nigdy nie widzieliśmy się wcześniej, ale, jak zapewne pamiętacie, to właśnie on dał mi numer telefonu do Mojego Wymarzonego Domku. Jak się okazało, John tego akurat nie pamiętał, jednak pamiętał, że czasem wymienialiśmy e-maile oraz wiadomości na FB i dlatego przyszedł na imprezę. W niedzielę opowiedziałam mu, jak wielką rolę odegrał w mojej historii, co go wyraźnie wzruszyło. Syn July, Will, grał na gitarze, goście ucinali sobie miłe pogawędki między kolejnymi łyżkami polskiej sałatki warzywnej (z majonezem kieleckim w roli głównej), bigosu, kęsami kabanosów i kotlecików mielonych w sosie przyrządzonym przez Elę. Na Czerwonej Kanapie odbywały się wywiady, a ja czułam bezgraniczne szczęście i wdzięczność za to, że L.M. Montgomery napisała kiedyś książkę, która zmieniła moje życie. Gdyby nie ta książka, nie byłoby Blue Moon ani Czerwonej Kanapy w Park Corner...




July upiekła dwa wspaniałe torty, bo świętowaliśmy dwie okazje — kupno domu na Wyspie i Czerwoną Kanapę na urodziny Kanady. Ela nie kryła wzruszenia. Nikt wcześniej nie upiekł Czerwonej Kanapie Tortu! Były przemówienia, podziękowania, uściski i łzy wzruszenia... Tak! My Polacy mamy być z czego dumni! Jeśli decydujemy się podążyć za głosem serca, nic dla nas nie jest niemożliwe.


W poniedziałek rano, po polskim śniadaniu (wędzony Rycki Edam i polędwica!), Ela, Piotr, Daniel, Christian i Czerwona Kanapa pojechali w dalszą drogę. W naszych sercach pozostaną jednak na zawsze.

Przygotowania do odjazdu
Ela podpisuje plakat autorstwa Andrzeja Pągowskiego

Moja Księga Gości wzbogaciła się o wiele nowych wpisów. Część z nich wywołuje wielkie wzruszenie, jednak słowa Eli wywołują łzy...

„Jak spotykam na naszej kanapowej drodze ludzi jak Ty i Twoja Rodzina, to wierzę, że świat staje się lepszy”...


niedziela, 16 lipca 2017

Polacy na WKE - relacja Malwiny cz. II

            Środa na Wyspie, czyli nasz drugi dzień pobytu, rozpoczęła się piękną pogodą. Obudziłam się chyba najwcześniej ze wszystkich domowników i wsłuchiwałam w odgłosy wpadające przez otwarte okno. Cisza i spokój tego miejsca były naprawdę kojące, a do tego nie opuszczała mnie świadomość, że oto patrzę przez okno na Jezioro Lśniących Wód, to, na które patrzyła Maud. 


Muszę od razu wyjaśnić, że ja należę do „drużyny Maud”, jak to zwykłam żartobliwie nazywać. Zauważyłam, że w dużej mierze ludzi przybywających na Wyspę przywodzi albo chęć poznania jej poprzez fascynację Anią, albo przez zainteresowanie życiem samej autorki. Mamy więc dwie grupy: „drużynę Ani” i „drużynę Maud”J  Ja należę do tej drugiej grupy, być może przez lekturę pamiętników. Dlatego dla mnie patrzenie na krajobraz, na który kiedyś patrzyła Maud, było szczególnym doświadczeniem. Tym bardziej zwiedzanie domów, w których kiedyś mieszkała. Ale po kolei.

            Po leniwym śniadaniu wybraliśmy się spacerem do sąsiedniego Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza w Park Corner. Sądzę, że nie muszę przedstawiać po raz kolejny tych miejsc, wszyscy już gdzieś o nich słyszeli czy czytali, ale wspomnę tylko, dlaczego akurat ten dom tak bardzo mnie interesował. Dom w Park Corner stał się dla Maud niemal jej rodzinnym domem, kiedy odeszła jej babcia. To tam się przeprowadziła i tam, 106 lat temu, wzięła ślub. Tam czuła się swobodnie, bezpiecznie, a atmosfera tego domu przypomniała jej o „dawnych czasach”, o których Maud pisze bardzo często – czasach sprzed wojny, czasach beztroski i zabawy, czasach w których, wierzyła jeszcze w powodzenie i sukces dziecięcych marzeń, niezweryfikowanych przez twardą czasem rzeczywistość. To dom, do którego wracała za każdym razem, kiedy już jako żona i matka przyjeżdżała tylko w odwiedziny na Wyspę. Srebrny Gaj (bo taką nazwę też można przyjąć) był również rodzinnym domem Frederiki, siostry ciotecznej, z którą Maud była ogromnie związana i której przedwczesna śmierć w 1919 roku niewiarygodnie Maud załamała. Sama postać Frederiki jest moim zdaniem bardzo ciekawa. Maud przedstawiała swoja kuzynkę jako kobietę niezwykle inteligentną i bystrą, wróżyła jej osiągnięcie dużych zawodowych sukcesów. Niestety, Frederica odeszła, mając zaledwie 36 lat. Maud w dalszym ciągu odwiedzała Park Corner, jednak powrót do „dawnych czasów” bez ukochanej kuzynki u boku, stawał się coraz trudniejszy. Srebrny Gaj uważam zatem za miejsce obowiązkowe do odwiedzenia, jeśli, podobnie jak ja, pragnie się zbliżyć do postaci pisarki i przez chwilę pobyć w jej świecie. Możemy rozejrzeć się w pokoju Maud, w którym zawsze zatrzymywała się, odwiedzając rodzinę, możemy przejrzeć się w wiszącym na półpiętrze lustrze, w którym mała Maud przeglądała się szykując do szkoły, wreszcie możemy stanąć przed kominkiem, przed którym stała w dniu swojego ślubu. To naprawdę niezwykła i autentyczna podróż w czasie, ta podróż, dla której zdecydowałam się odwiedzić Wyspę. 








            Kolejnym miejscem w naszym planie podróży był dom w New London, w którym urodziła się Maud. Z zewnątrz niewielki, okazuje się przytulnym i wcale nie tak ciasnym domkiem, urządzonym wedle ówczesnego stylu. Jest tam oczywiście wiele cennych pamiątek związanych z pisarką, ale najbardziej interesujący był dla mnie oczywiście pokoik, w którym mała Maudie przyszła na świat. Dla osoby, której znajoma jest postać autorki, odwiedzanie takich miejsce jak muzeum w Park Corner, czy dom urodzenia Maud w New London ma inny wymiar. Z pewnością po lekturze pamiętników czy biografii patrzyłam na każdy przedstawiony w muzeum eksponat  z większym zrozumieniem jego znaczenia w życiu pisarki. Jednak dla osoby nie związanej zupełnie ze światem Maud (na przykład jaką był, jest i będzie mój Mateusz;) odwiedzanie tych miejsce również było ciekawym doświadczeniem. Takie domy to świadectwo tego, jak wyglądało życie codzienne ludzi z minionej epoki, jak wtedy urządzano mieszkania, jak jadano, jak się ubierano, jak przygotowywano posiłki. To również możliwość przyrównania ich historii do historii Polski, gdyż jak wiemy, z powodów zawirowań losowych nie pozostało u nas zbyt wiele miejsc, będących tak żywym świadectwem tamtych dni.




            Po wizycie w New London ruszyliśmy w dalszą drogę. Po krótkiej podróży dotarliśmy do Cavendish. Nie mieliśmy już wystarczającej ilości czasu na zwiedzanie wszystkich miejsc związanych z Maud (a jest tam tego sporo! Zielone Wzgórze, Las Duchów, Aleja Zakochanych, poczta, fundamenty domu rodzinnego pisarki, jej miejsce spoczynku na cmentarzu w Cavendish… Przy okazji – uwaga! Większość atrakcji na Wyspie była czynna tylko do godziny 17:00). Po naradzie rozdzieliliśmy plan wycieczki i tego dnia zdecydowaliśmy się na spacer po Lesie Duchów, wizytę w miejscu, w którym kiedyś stał dom dziadków Maud i odwiedziny miejsca jej spoczynku.









            Spacerując po Lesie Duchów i Alei Zakochanych doszłam do wniosku, że opisy przyrody w „Ani z Zielonego Wzgórza” nie były absolutnie przesadzone – tam naprawdę są strumyki, niewielkie sadzawki, coś w co nie do końca dowierzałam czytając powieść. Wydawało mi się, że jak na jedną niewielką Wyspę, tej różnorodności przyrodniczej było aż za dużo, a Montgomery trochę podkoloryzowała swoje opisy. Przekonałam się jednak, że wszystko to mogło wyglądać kiedyś dokładnie tak, jak jest to opisane w „Ani…”. W pamiętnikach Maud zawsze podkreślała, jak ważnym miejscem jest dla niej Aleja Zakochanych, jak spacerując nią odzyskuje spokój i czerpie siłę do zmagań z życiem. Osobiście mnie bardziej jednak urzekło wybrzeże i klify na Wyspie. Gdybym miała wskazać miejsce na Wyspie, które dla mnie byłoby niczym Aleja Zakochanych dla Maud, byłyby to z pewnością plaże i wybrzeża w Cavendish i Park Corner.

            Wychodzą z Lasu Duchów skierowaliśmy się w stronę cmentarza, na którym znajdują się groby Maud, jej mamy i dziadków. Po wizycie na cmentarzu przeszliśmy przez ulicę i spacerowaliśmy jeszcze kawałek, by dojść do miejsca, w którym kiedyś stał dom Maud, a konkretnie dom jej dziadka i babci. Fundamenty tego domu były miejscem, do którego najbardziej chciałam dotrzeć, jadąc na Wyspę (tam i do Srebrnego Gaju). Dla mnie pobyt w miejscach, w których mieszkała, żyła i tworzyła Maud miał wymiar wręcz magiczny – już bardziej się do niej zbliżyć nie można. Patrzyłam na krajobraz, który widziała Maud z okna swojego dawnego pokoju (podobno nie zmienił się aż tak bardzo mimo upływu lat), stałam nad fundamentami domu, próbując wyobrazić sobie jego dawny wygląd, oglądałam stojącą tam, starą studnię. Mimo wszystko, kiedy zabieraliśmy się już w drogę powrotną, miałam wrażenie, że byłam tam za krótko, że nie poświęciłam temu miejscu należytej ilości czasu. Powiedziałam o tym Mateuszowi, że coś jest nie tak, że czuję, że byłam tam, ale nie uchwyciłam wszystkiego, czego chciałam… „Nie martw się”, powiedział, „przecież jeszcze tu wrócimy”. „Jutro?” – zapytałam. „Nie. Jutro czekają na nas inne miejsca. Wrócimy tu na pewno przy naszej kolejnej podróży na Wyspę”.

            Aż do tej pory żadne z nas nie mówiło o kolejnej podróży – przecież jeszcze nie zakończyliśmy pierwszej. W tamtym momencie okazało się, że decyzja jest jedna i oczywista – na Wyspę wrócimy, choć jeszcze nie wiemy kiedy.


CDN.
Zdj. i tekst: Malwina Wilczyńska