środa, 12 lipca 2017

Odnaleziony raj


W środę ponownie przywitała nas piękna słoneczna pogoda. Prawdziwy dar niebios. Zabrałam więc Nadię i Rillę na plażę Branders Pond. Dzień był po prostu wymarzony, jeden na dziesięć, jakie się zdarzają na Wyspie. Ogólnie pogoda na Wyspie przypomina kapryśną damę — czasem wita nas o poranku bure niebo, a wieczorem mamy okazję zobaczyć piękny zachód słońca. Kiedy indziej budzi nas cudowny wschód słońca, zaś po chwili nadchodzą ciężkie chmury i wiszą pół dnia... Sprawdzanie prognozy pogody nie ma większego sensu — jedne z najpiękniejszych dni, jakich doświadczyliśmy na Wyspie miały być deszczowymi dniami. Jeśli jednak 3 różne źródła przepowiadają, że będzie słonecznie, to warto zaplanować całodniową wycieczke krajoznawczą.

Plaża Branders Pond w środę była przykładem idealnej pogody i idealnego otoczenia. Wiele razy przyjeżdżamy tu na zachód słońca, czasem na poranny spacer. Tym razem po raz pierwszy chyba byłam na niej w środku dnia. Był właśnie odpływ, więc w końcu miałam okazję bliżej zobaczyć słynną, aczkolwiek bezimienną skałę, która widnieje na ponad 100 moich zdjęciach. Wiele razy czuję bezgraniczną wdzięczność i szczęście będąc na Wyspie, ale w środę czułam się, jakbym trafiła do raju. Bo czyż w raju może być piękniej? 







Dziewczynki bawiły się znakomicie. Robiły zupę z meduz, którą musiałam „próbować”, pluskały się w wodzie, goniły po plaży, zbierały czerwone kamyki... Nic w sumie nadzwyczajnego — pamiętam doskonale swoje kolonie w Mikoszewie, podczas których bywało podobnie. Jak dobrze, że mamy teraz miejsce, w którym Nadia może mieć wakacje podobne do moich sprzed kilku dekad.





Po obiedzie mieliśmy chyba jakieś plany, ale wzięłam Zyrtec na alergię i tyle mnie widzieli... Padłam o 19:00 i wstałam następnego dnia. A był to dzień, w którym po raz pierwszy odwiedziłam Belmont, więc bardzo chcę Wam opisać to miejsce, gdzie pierwszy raz spotkałam się z jawną nienawiścią do Maud... Przy okazji wspomnę, że bardzo mnie korciło opisać ten czwartek w Belmont zaraz po naszej wizycie... Wytrzymałam jednak!! Czyżbym stawała się cierpliwą osobą? 

10 komentarzy:

  1. Bezimienna skała na Wyspie Księcia Edwarda?? To być nie może! Przyglądam się zdjęciu i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na skale przysiadł pewien Rudzik, który wypatruje bliskich - Robin Rock :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja widzę profil, tylko nie wiem czyj - trochę Szopen, trochę Kościuszko, trochę rozczochrana kobieta...

      Usuń
    2. Moze byc i Robin Rock dla Pana Rudzika Anetko :* Mamy nazwe skaly!!!

      Ciekawe jest to, co widzisz Asiu! A moze jeszcze dopatrzysz sie Indianina?

      Usuń
    3. Jupiiii :D Pan Rudzik jest zachwycony!! :*

      Usuń
  2. A ja nie mogę się doczekać , opisu tej jawnej nienawiści Którą okazała Maud ...z zaświatów .Uwielbiam historie z dreszczykiem , ogólnie tajemnice :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wiem że błędnie zrozumiałem :)

      Usuń
    2. Jest juz wpis o Belmont :) Wszystko sie wyjasnilo.

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Super!! Bardzo mnie to cieszy. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. Nic dodać, nic ująć, pasuje mi tutaj piękny wiersz Charles Van Lerberghe "Oto jest pierwszy ranek świata"
    Oto jest pierwszy ranek świata.
    Jako kwiat roztulony wśród nocy błękitnej,
    W młodzieńczym wietrze, co nad falą lata,
    Wykwita ogród błękitny.
    Wszystko w nim jeszcze łączy się i miesza:
    Dreszcz liści, ptasi śpiew, lot piór, —
    Szmer źródeł, głosy wód, głosy powietrza, —
    Wszystkie podźwięki, które wkoło dyszą
    W ogromny chór,
    A które przecie są — ciszą.
    Otwarłszy słodkie oczy jutrzennemu ranu
    Młoda i boska Ewa
    Obudziła się w Panu,
    A jako sen cudowny świat u nóg jej śpiewa.
    I wyrzekł Pan: »Idź, dziecię
    W drogę nieznaną
    I każdej rzeczy stworzonej na świecie
    Daj miano«.
    I poszła biała Ewa posłuszna przed Panem
    W zarośla róż,
    Darząc wszelką rzecz wkoło dźwiękiem, słowem, mianem, —
    Szeptem warg rozchylonych jako kwietny kruż:
    »To, co pierzcha, to, co tchnie, to, co leci...«
    A zasię mija dzień i jak w porannej zorzy,
    Tak teraz w zmierzchu znów,
    Eden zapada zwolna w głębokiej ciszy Bożej
    W błękitność snów.
    Ścichł wszelki szmer, i wszystko wokół słucha,
    Gdy z pierwszą gwiazdą — Ewa,
    Wznosząc oczy do sennych obłoków łańcucha, —
    Śpiewa.
    Ciche, półsenne, modlitewne,
    Pełne ekstazy,
    W ciszy i woni śpiewne
    Powtarza drżące wyrazy,
    Które stworzyła dziś na Boży zew:
    — »To, co pierzcha, to, co tchnie, to, co leci«. —
    I łączy je przed Panem
    W powietrzu zasłuchanem
    W najpierwszy śpiew.

    OdpowiedzUsuń