niedziela, 27 marca 2022

Kolekcje cz. II

Agnieszka Maruszewska, autorka bloga Pokrewne Dusze:

Moja kolekcja powstała pewnej pięknej majowej niedzieli, kiedy w prezencie komunijnym dostałam Anię z Zielonego Wzgórza. To było wydanie z Naszej Księgarni w „serii z paskiem”. Dalsze części ciocia Ela – bo to ona obdarowała mnie pierwszą „Anią” – wręczała mi przy okazji kolejnych odwiedzin; łatwo sobie wyobrazić, z jaką niecierpliwością czekałam na te wizyty! W przeciągu następnych dziesięciu lat mój zbiór twórczości L. M. Montgomery uzupełniała Mama, kilka książek dostałam w prezencie gwiazdkowym, zaś w ostatnie brakujące tytuły zaopatrzyłam się już na studiach. Książki Maud Montgomery zawsze były najważniejszymi egzemplarzami w mojej biblioteczce, a zaczęły w niej niepodzielnie królować około roku 2010, kiedy od kilku już lat byłam pracownikiem akademickim. Podeszłam do sprawy swojej fascynacji twórczością Maud Montgomery dość metodycznie, jak na biologa przystało: w tabelach zestawiłam dane o tłumaczach, okładkach, datach wydań… i równie metodycznie zaczęłam uzupełniać kolekcję. Najpierw zebrałam pojedyncze egzemplarze wszystkich tłumaczeń, potem dokupowałam wydania z różnymi projektami okładek. Nadszedł w końcu czas, że sięgnęłam po polskie wydania przedwojenne – najpierw była to Ania z Zielonego Wzgórza z 1939 roku, a później ta pierwsza z 1911/1912. Z biciem serca czekałam na decyzję Pana Sławka, antykwariusza, co do sprzedaży książki. Od tamtej pory to właśnie kolekcja wydań sprzed 1945 jest moim oczkiem w głowie. Dziś liczy ona trzydzieści egzemplarzy. Te stare wydania są niezwykłe! Ileż lat i zawiłości historii przetrwały, przez ile rąk przeszły…, a nawet ile krajów przemierzyły – tak jak Ania z Wyspy wydana w Palestynie (1944). Ostatnio, do tych wiekowych woluminów dołączyło pierwsze wydanie mojej ukochanej spośród wszystkich powieści Pisarki – Emily’s Quest.

Dzisiaj cała kolekcja liczy ponad trzysta pięćdziesiąt woluminów. Są to nie tylko polskie wydania, ale także różnego przekroju anglojęzyczne – książki Maud i o niej samej. Do tego jeszcze pozycje związane z twórczością Pisarki, takie jak książki kucharskie, książki-podręczniki do nauki języka, książeczki inspirowanie Anią z Zielonego Wzgórza, polska literatura, w której wzmiankowane są książki L. M. Montgomery, sporo fachowej literatury na potrzeby bloga. Plus różne mniej i bardziej intrygujące przedmioty: rękodzieło, figurki, taśma szpulowa ze słuchowiskiem radiowym, plakat teatralny… Dużo tego!

Właśnie, blog… Pokrewne dusze. Powstał z inspiracji koleżanki, która stwierdziła, że powinnam opowiadać o tych wszystkich książkowych skarbach.






Joanna Lipinski:

Ania cierpliwie czekała na mnie na regale w pokoju, pośród innych książek mojej mamy. Nie
zachęcała mnie swoim wyglądem - papier był szorstki, okładka już trochę wytarta na krawędziach, grzbiet groził rozpadnięciem się, a siedmioletniej mnie ilustracje wydawały się ,,za dorosłe’’. Długo opierałam się sugestiom, bym w końcu sięgnęła po pierwszy tom przygód rudowłosej bohaterki. Wtedy mama zaczęła czytać pierwszy rozdział na głos. Usłyszałam o pani Linde, o Mateuszu i Maryli. O gadatliwej sierocie, czekającej na stacji w Szerokiej Rzece, gdzieś na nieznanej do tej pory Wyspie Księcia Edwarda, gdzie drogi były czerwone, a każde drzewo miało magiczne imię. I przepadłam. A raczej - na kartach powieści odnalazłam siebie - marzycielkę, zawsze mówiąca za dużo, łatwo poddającą się emocjom i ze zdecydowanie zbyt bujną wyobraźnią. Połykałam kolejne tomy, czytając je często z latarką, płacząc rzewnie przy ostatnim. Widziałam trzy tomy Emilki, stojące zaraz za zbiorami opowiadań, ale nie chciałam zdradzać ukochanej Ani, dlatego czytałam w kółko tylko o jej losach, aż mój tata musiał zabezpieczyć okładki całej serii. W końcu przełamałam się i sięgnęłam po kolejne książki - Historynkę, Jane, Kilmeny, Błękitny Zamek - i oczywiście Emilkę. Wtedy nie mogłam jeszcze wiedzieć, że nazwę tak kiedyś moją córkę. Te wszystkie książki należały jednak do mojej mamy. Moja własna kolekcja zaczęła się skromnie, w Boże Narodzenie 1992 r., od „Dzbanu Ciotki Becky’’. Nie mogłam uwierzyć, że są książki LMM, o których jeszcze nie słyszałam! Potem na moją półkę trafił zbiór ,,Panna młoda czeka’’ i ,,Miłość Pat’’. Pamiętam radość gdy w pobliskiej księgarni znalazłam „Opowieści ze Złotego Brzegu” i rozczarowanie, gdy odkryłam, że w moim wydaniu „Błękitnego Zamku” nie ma nagle Joanny! Wszystkie znalazły się w mojej walizce, kiedy po ślubie przeprowadziłam się do Anglii. Był to czas po studiach, kiedy miałam dość czytania (nic tak nie zniechęca do siedzenia nad książką jak polonistyka). Ale Ania znowu była cierpliwa. Tym razem czekała na mnie na półce w sklepie charytatywnym. Kiedy tylko zobaczyłam znajome imię na grzbiecie, wiedziałam, że muszę ja przygarnąć pod swój dach (z dwoma szczytami). Dokupiłam brakujące tomy ,,Doliny Tęczy’’ i ,,Rilli’’, serię z Emilką. Rok temu na IG zdradziłam, że jestem fanką książek LMM i dostałam wiadomość o istnieniu grupy ,,Wakacyjne czytanie’’ na FB. Ania by powiedziała, że ten moment był epokowy. Pochłonęło mnie odkrywanie na nowo znajomych słów, odnajdywanie ciekawostek, rozważanie znaczenia pojedynczych słów. Na mój regał zaczęło trafiać coraz więcej książek, pomiędzy kartkami jednej z nich tkwi majownik, na kominku stanął porcelanowy pies, a na stole - ponad stuletnia niebieska waza do zupy. Nasza przyjaźń, trwająca już ponad 30 lat, jest silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, a Ania czeka na mnie w niespodziewanych miejscach, wołając mnie do siebie w momentach, kiedy jej najbardziej potrzebuję.



Dorota Zawadzka, Superniania:

Moja przygoda z Anią zaczęła się w 1970, gdy dostałam płócienne 3 tomowe (sześć części) wydanie Naszej Księgarni. Mam je do dziś. Gdy byłam nastolatką dostałam od kogoś Anię po angielsku - żebym się uczyła języka obcego. Potem kupowałam polskie wydania i miałam oprócz angielskiego, dwa zagraniczne, po niemiecku i francusku. 
Na półce miałam wszystkie Sary, Emilki, Pat i wszystko co się w Polsce ukazało. 
W sumie wiele tomów. Potem było kilka życiowych zawirowań, kilka przeprowadzek i poza moimi pierwszymi Aniami - wszystko poszło do ludzi. Do dziś żałuję tamtej decyzji.
Od kilku lat zbieram i odtwarzam swoje zbiory.
W sumie zaczynam... Mam 82 różne polskie wydania pierwszego tomu serii, 24 tomową kolekcję (w dwóch wersjach okładek) i różne książki Maud i o Maud. Po polsku i angielsku. Mam też 14 obcojęzycznych wydań Ani z Zielonego. Notes, pamiętnik...
Kolekcję uzupełnia kubek, bombka, laleczka na choinkę, autograf Sarah McCoy (autorki „Maryli z Zielonego Wzgórza’’), kamyk i magnesy z PEI.
Teraz zbieram pieniądze na dużą licencjonowaną lalkę (kiedyś miałam taką zwykłą Anię, siedziały razem z krakowianką na mojej dziecięcej półce.)
Mam kilka marzeń - jednym z, na 100% niespełnialnych, jest wizyta w Muzeum Ani. Bo nie latam. Inne będę cierpliwie realizować.
Planuję namówić jakieś wydawnictwo do wydania uproszczonej wersji Ani dla młodszych czytelników i chciałabym zrobić adaptację dla dorosłych fanek rudowłosej dziewczynki, która przecież wyrosła na wspaniałą kobietę.




wtorek, 15 lutego 2022

Kolekcje cz. I

Dokładnie miesiąc temu pojawił się w naszej grupie na Facebooku wpis na temat „Aniowych” kolekcji. Z prywatnych wiadomości wiedziałam, że w grupie są kolekcjonerzy z większym lub mniejszym stażem, z wielkimi, średnimi i raczkującymi zbiorami. Miałam więc nadzieję, że zainteresuje ich ten wątek, w którym będzie okazja zaprezentowania swoich skarbów (bo chyba właśnie tak wielbiciele LMM myślą o swoich kolekcjach). Pod wpisem dosyć szybko zaczęły pojawiać się komentarze i zdjęcia, a kilka dni później wpadł mi do głowy pomysł, aby i na blogu znalazł się ślad tego wątku. Poprosiłam wówczas kilka kolekcjonerek o ich historie, które zamieszczę na blogu w dwóch wpisach. A zaraz po nich opiszę i swoją kolekcję... 

Yvonne:

„Ania z Zielonego Wzgórza” była pierwszą lekturą szkolną, którą przeczytałam z zapartym tchem i która zachwyciła mnie bezgranicznie. Zazdrościłam bohaterce piegów i rudych włosów, chociaż dla niej samej to była udręka. Zostało mi to do tej pory. Ta książka była też pierwszą w mojej kolekcji książek L. M. Montgomery. Odkąd ją przeczytałam, zaczęłam interesować się tą pisarką i jej twórczością. Nie miałam wtedy internetu do dyspozycji, nie miałam nawet komputera. Miałam jednak bibliotekę i cudowną „Księgarnię pod kasztanami” i jej właścicielkę, która powiedziała mi o innych książkach tej autorki. Od tego momentu zbierałam każdy grosz i szukałam uparcie opowieści Maud w bieszczadzkich księgarniach. Nie było to łatwe, ale mi się udało. Po kilku latach dzięki temu miałam w swojej biblioteczce wszystkie wydane w Polsce powieści i zbiory opowiadań autorki, oraz trzy książki o niej samej. Przeczytane kilkakrotnie. 

Każda z tych książek jest dla mnie niezwykle ważna. W każdej odkryłam coś dla siebie i każdą czytałam z zapartym tchem. Kształtowały one moją wrażliwość, spostrzegawczość, wyczulenie na otaczające mnie drobiazgi, na piękno przyrody. Dzięki Ani, Emilce i innym bohaterkom rozwijałam swoją wyobraźnię. To dzięki nim okazało się, że mieszkam na Wyspie Strzelistych Wież, niedaleko Jagodowego Lasu i Mgielny Wzgórz. Zaczęłam nazywać świat wokół siebie, który dzięki temu stał się bogatszy i piękniejszy. „Błękitny zamek” zaś dał mi poczucie, że życie jest kompletnie nieprzewidywalne i może się w nim odmienić wszystko, nawet, jak jest bardzo źle. Śmiało mogę powiedzieć, że L. M. Montgomery miała ogromny wpływ na to jakim człowiekiem teraz jestem i jak postrzegam różne rzeczy.

W swojej kolekcji mam również trzy piękne zakładki z motywami Ani, które przyjechały do mnie zza oceanu, z samej Wyspy Księcia Edwarda, co dla mnie, nadaje im jeszcze większą wartość.

Niedawno do mojej kolekcji dołączyła też piękna seria pięciu książek o Ani w płóciennej okładce z 1956 roku. A wkrótce obok nich stanie nowy przekład, na który odważyła się Pani Anna Bańkowska – „Anne z Zielonych Szczytów”. Zupełnie inna niż dotychczasowe, ważna, prawdziwa i taka, jaką chciała nam dać L.M. Montgomery, co pomimo wielu sentymentów do Zielonego Wzgórza, jest dla mnie najważniejsze.



Katie:



Był gorący dzień lipcowy a słońce wpadało do malutkiego pokoiku, gdzie Felicja siedziała przy biurku i korzystając z wolnej chwili próbowała zapisać najważniejsze informacje w Kronice, w której zapisała wcześniej dopiero trzy strony. 31 lipca 1945. W dniu dzisiejszym zakończono rok szkolny w szkole naszej. Ogółem liczba dzieci wynosi 183. Dziatwa w tym krótkim okresie, w szczególności starsza robiła znaczne postępy, pracowała rzetelnie".  Felicja westchnęła, odłożyła pióro i spojrzała przez okno. Szkoła, której była kierowniczką od maja, przyjmowała coraz więcej uczniów, osadnicy zjeżdżali się z całego okaleczonego wojną kraju. Szkołę urządzono w prywatnym mieszkaniu, większe budynki dalej zajmowały szpitale wojskowe. Brakowało wszystkiego. Ławki przyniesiono z  kościoła ewangelickiego, prawdziwych tablic nie było, tak samo jak podręczników. Na pobliskiej opuszczonej poczcie dzieci znalazły tysiące kwitariuszy, które z drugiej strony były puste, korzystały więc z nich zamiast zeszytów. Nie było łatwo, ale Felicja nie poddawała się. Sięgnęła znowu po pióro i zapisała - Poza tym zakupiono około 30 książek, 30 książek ofiarowano szkole i stworzono pierwszy zalążek przyszłej biblioteki szkolnej…

Felicja Waliszko, pionierka mojego miasta dzięki swojej sile i odwadze stworzyła w mieście pełnym gruzów szkołę dla dzieci osadników. Szkoła otrzymała imię Marii Konopnickiej, jak wiele innych na Ziemiach Odzyskanych. Kiedyś byłam jej uczennicą a dzisiaj jestem nauczycielką i bibliotekarką, a Felicja, której nigdy nie poznałam jest dzięki swojej Kronice osobą mi szczególnie bliską. Wiedziała, że czytanie książek przez dzieci jest szczególnie ważne. Czy wśród tych pierwszych sześćdziesięciu książek znalazła się Ania z Zielonego Wzgórza? Nie wiem. Wszystkie książki zaczęto zapisywać w Księdze Inwentarzowej w 1949 roku. Ania ma tam numer 319. Było to wydanie z 1911 a zaczytano je doszczętnie w 1962 roku. Dzisiaj kolekcja książek Montgomery w mojej bibliotece powiększa się, a dziewczynki dalej chętnie poznają dzieje Ani, Emilki i Pat. Gdy biorę te książki do ręki często przechodzi mnie dreszcz (nie taki jak przy białych liszkach!), bo są to dokładnie te same egzemplarze, które z wypiekami na twarzy czytałam jako dziewięcioletnia dziewczynka. Nie da się słowami opisać radości jaką czuję, kiedy jakieś dziecko przychodzi oddać Anię i pyta czy mam coś podobnego. Tak, całą półkę! - mówię i wiem, że resztę zrobi za mnie Ania.



Natalia:




Opary jaśminu wplotły się beztroską słodyczą w zielone liście mojej ulubionej herbaty. Herbaty–przyjaciółki, dobrej towarzyszki, która przywołuje piękne wspomnienia Starczewic. To właśnie tam mieszkała prababcia Anna (nazywana przez nas wszystkich „Andzią”), mistyczna postać w mojej dziecięcej głowie. Srebrny długi warkocz, drobne dłonie gęsto oplecione cienkimi żyłkami, wzrok z początku tak pełny, który pustoszał z każdą kolejną wizytą, aż stał się zwykłą wiązką percepcji. Często siadała przy oknie swojej drewnianej chatki i spoglądała na drzewo drobniutkiego jaśminu, opadającego subtelnie na podniszczony płot. Jaśminu, którego woń czuję właśnie teraz, spoglądając na piętrzącą się wieżę mojej „aniowej” kolekcji.

Książki ułożone są jedna na drugiej, w kolejności takiej, w jakiej stawały się „moimi”. Sięgam po tę, która leży najwyżej…

„Działo się to w piękne sierpniowe popołudnie na Wyspie Księcia Edwarda (…)”. Wprowadzający rozdział o nazwie „awanturniczy sąd” uchyla moje pierwsze drzwi do świata rudowłosej bohaterki. Ania z Avonlea w przekładzie Bernsteinowej to książka, która od zawsze słodko spała w skromnej biblioteczce w moim domu rodzinnym. Od zawsze, czyli od kiedy moja dziecięca głowa zyskała cenną umiejętność świadomego zapamiętywania. Zdejmowałam ją z półki, rozsiadałam się na zielonym dywanie i wpatrywałam w obrazek na okładce. Młoda dziewczyna, prawie moja rówieśniczka, beztrosko upstrzona kilkoma piegami i patrząca gdzieś w górę, w dal – dokąd? Z nadzieją, czy raczej ze smutkiem? Przewracałam pożółkłe kartki, strona po stronie i przeciągałam palcami po obrazkach kreślonych śmiałą, czarną kreską. To były moje pierwsze chwile z Anią, choć nie zdawałam sobie sprawy z tego, że właśnie poznaję się z moją życiową przyjaciółką, bratnią duszą, kimś ważnym.

„Co zadziwiło Panią Małgorzatę”? Tym rozdziałem Agnieszka Kuc zaprosiła mnie do swojego przekładu rdzenia, środka wszechświata, zerowego południka – Ani z Zielonego Wzgórza. Pozbawiona ilustracji wewnątrz, jednak pachnąca słodką obietnicą czegoś wyjątkowego, z okładką w kolorach soczystej zieleni. Moja Ania.

Po przepełnionej bzem wiośnie przyszło upalne lato i wakacje spędzane w restauracji mojego taty, na której zapleczu był pokój. Drobna graciarnia wszystkiego i niczego konkretnego zachęcała do eksplorowania tajemniczych zakamarków. Stara drewniana szafa z kilkoma szufladami okazała się być prawdziwą, ale jakby bajkową skrzynią ze skarbem. Pod cienką warstwą kurzu i małym pajączkiem, który na okładce utkał swój delikatny pałac zobaczyłam młodą dziewczynę z dzieckiem na rękach. „Rilla ze Złotego Brzegu” w przekładzie Janiny Zawiszy – Krasuckiej była nagrodą dla mojej mamy za dobre wyniki w nauce i wzorowe sprawowanie w klasie VII. Nagrodą wręczoną w 1983 roku. Trzymając ten egzemplarz w dłoniach, w ciemnym pokoju na tyłach restauracji, pierwszy raz poczułam potęgę czasu, piękno zniszczeń, zachwycający zapach książki. Poczułam coś ważnego.

Wszystkie następne książki o Ani nabywałam w namiętnym szale uzupełniania kolekcji. Droga do Zielonego Wzgórza w przekładzie Agnieszki Kuc otuliła moje serce współczuciem i podziwem dla dzielnej bohaterki, której szare i trudne dzieciństwo tak bardzo odbiegało od tego mojego. Starsza już Ania ze Złotego Brzegu (opowiadana przez Agnieszkę Drong) i ta, która znalazła swój Wymarzony Dom (w przekładzie Anny Dorożalskiej) to woluminy, w które wpleciona jest morska bryza mojej ukochanej Ustki, a między ich kartkami ukrył się gwar targu taniej książki, na którym to odnalazłyśmy się wzajemnie. Potężna wysokością Ania z Wyspy Księcia Edwarda w przekładzie Pawła Ciemniewskiego machała do mnie z empikowej półki, lekko uginającej się od propozycji z innymi przygodami. Czy uwierzycie, że moja dziecięca wersja czuła wtedy prawdziwą dumę przy kasie, gdy kupowała tę książkę za własne, odłożone pieniądze?

Po tym nastąpiło długie, długie nic… aż niespodziewanie zapukała do drzwi całego świata pandemia. Zamknięci w czterech ścianach, z zupełnym chaosem w ówczesnych priorytetach i plątaniną emocji radziliśmy sobie tak, jak wtedy potrafiliśmy. Mnie serce zaprowadziło do Ani – być może tak bardzo pragnęło dawnego spokoju, dziecięcej ciekawości, zachwytu nad drobnostką w treści? W tamtym momencie brakowało mi 3 części całej serii, więc korzystając z dobrodziejstw współczesności nabyłam je w internetowych księgarniach, a później wyglądałam na kuriera z taką tęsknotą, jakby był ostatnim ocalałym, przynoszącym dobrą nowinę. Ania z Szumiących Topoli w przekładzie wspomnianej już Agnieszki Kuc i Ania na Uniwersytecie w przekładzie Janiny Zawiszy – Krasuckiej dołączyły do mojej kolekcji, swobodnie rozsiadając się w towarzystwie pozostałych przyjaciółek. Dolina Tęczy zamknęła proces szycia patchworkowego pledu z aniowych książek, w którym ostatnie nici przeszyła jedna z mieszkanek mojego miasta, wystawiając na sprzedaż ten wyjątkowy dla mnie egzemplarz, opowiedziany także przez Janinę Zawiszę – Krasucką. 

I kiedy myślałam, że to koniec… Bernadka przysłała mi znad Oceanu jeszcze jeden fragment aniowego pledu. Pistacjowy materiał w stokrotki okazał się być książką – podróżniczką, która przeżyła, usłyszała, zobaczyła tak wiele. Na której schronienie znalazły emocje otoczeń, w których była, a drobne rysy i zadrapania udekorowały ją wyjątkowością na zawsze. Taka właśnie jest, Ania z Zielonego Wzgórza znad oceanu, pisana obcym dotychczas w mojej kolekcji, angielskim językiem. Otwierając pierwszą jej stronę słyszę szum głębokiej wody, gwar szczęśliwych ludzi, płacz tych zmartwionych, czuję dotyk Bernadety i woń pola pełnego stokrotek. Czuję, że żyję.

Dopijam łyk ostatków jaśminowej herbaty. Zauroczona jej wonią przymykam oczy, a pod drżącymi powiekami widzę babcię Andzię. Kładzie swoją delikatną dłoń na mojej i obie, wtulone w siebie, spoglądamy na białe płatki jaśminu przed jej domem. Wyciągam dłoń w kierunku drzewa, choć tak naprawdę dotykam teraz książki. Tej pierwszej mojej, Ani z Avonlea. Przesuwam palcami po powierzchni okładki i odkrywam to, co pod nią. Nierówny, skrzypiący, ususzony upływającym czasem jaśmin. Pamiątka po Andzi, która pewnego letniego popołudnia spojrzała na białe płatki po raz ostatni. Czując moc tego spotkania biorę głęboki oddech i napełniam swoje serce, myśli i duszę zadumą. 



niedziela, 23 stycznia 2022

Rękopis "Anne of Green Gables"

Od początku pandemii bardzo dużo dzieje się na Facebooku. Między innymi od 2020 r. działa grupa „Wakacyjne Czytanie L.M. Montgomery”, w której przerobiliśmy kilka powieści kanadyjskiej pisarki. Rok 2022 jest jednak rokiem „Ani z Zielonego Wzgórza” :) Już 26 lutego rozpoczynamy wspólne czytanie tej najbardziej znanej powieści i w tym celu stworzyłam oddzielną grupę – „Zaczytani w Ani. 110 lat z ’Anią z Zielonego Wzgórza’”. Serdecznie zapraszam wszystkich, którzy chcą dyskutować o powieści, dowiedzieć się więcej o życiu L.M. Montgomery, roślinności Wyspy Księcia Edwarda i polskich tłumaczeniach. 

Jedną z książek, której bliżej przyjrzymy się podczas omawiania „Ani z Zielonego Wzgórza” będzie “Anne of Green Gables: The Original Manuscript”. W związku z tym poprosiłam Carolyn Strom Collins, redaktorkę tej książki, o odpowiedź na kilka moich pytań.

Bernadeta Milewski: Jak zrodził się pomysł wydania „Anne of Green Gables: The Original Manuscript”? I jak długo trwała praca nad książką?

Carolyn Strom Collins: W 2016 roku, po zobaczeniu egzemplarza “Readying Rilla” autorstwa Elizabeth i Kate Waterston, w której przedstawiono oryginalny rękopis „Rilli ze Złotego Brzegu”, od razu pomyślałam, że takie samo przedstawienie oryginalnego rękopisu „Ani z Zielonego Wzgórza” byłoby interesujące dla miłośników „Ani”. Wiele oryginalnych rękopisów L.M. Montgomery, w tym rękopis „Ani z Zielonego Wzgórza”, jest przechowywanych w Archiwum Centrum Konfederacji w Charlottetown na Wyspie Księcia Edwarda. Skontaktowałam się z Archiwum i otrzymałam od nich zgodę na sfotografowanie rękopisu i jego publikację.

Fotografowanie każdej z prawie 900 stron zajęło około 9 godzin ciągłej pracy, ale w końcu miałam dobre, czytelne kopie każdej strony plus odwrotne strony użyte przez Montgomery albo na sam tekst, albo na notatki.

Jesienią zaczęłam przepisywać rękopis, a około dwa lata później zakończyłam tę fazę projektu. W międzyczasie skontaktowałam się z kilkoma wydawcami, aby sprawdzić, czy jest jakieś zainteresowanie opublikowaniem rękopisu i podpisałam umowę z wydawnictwem Nimbus Publishing w Halifax w Nowej Szkocji, aby wydać książkę. Ich projektanci wspaniale się spisali, umieszczając „notatki” Montgomery – uzupełnienia, usunięcia i zmiany – w jej szkicu, tak jak zamierzała, pokazując nam jej proces pisania. W opublikowanym wydaniu przedstawiono pierwszą stronę każdego z trzydziestu ośmiu rozdziałów rękopisu.

Premiera “Anne of Green Gables: The Original Manuscript” odbyła się w 2019 roku w Centrum Konfederacji w Charlottetown. 

BM: Co najbardziej zaskoczyło Panią podczas pracy nad rękopisem? Czy mogłaby Pani podać kilka przykładów?

CC: Jedną z najbardziej zaskakujących rzeczy, jakie zauważyłam w oryginalnym rękopisie, było niezdecydowanie Montgomery co do imienia bratniej duszy Ani. W rozdziale 2 Ania pyta Mateusza, czy pan Barry ma jakieś małe dziewczynki. W rękopisie Montgomery pisze: „Ma jedną, około jedenastoletnią. Nazywa się Laura, Gertrude, Diana.” 

Kolejną niespodzianką była liczba i długość notatek w rozdziałach 15 i 16. Rozdział 15 („Burza w szkolnej szklance wody”) ma największą liczbę notatek i zmian (ponad 50); w rozdziale 16 („Tragiczne skutki podwieczorku”) znajduje się kilka długich notatek, które Montgomery dodała prawdopodobnie po to, by dać czas winu porzeczkowemu na „tragiczny” wpływ na Dianę. Jeszcze jednym zaskoczeniem było odkrycie, że jeden z kultowych cytatow z „Ani z Zielonego Wzgórza” został dodany później: „Tak się cieszę, że żyję w świecie, w którym istnieje październik”. (Rozdział 16).

BM: Czy odszyfrowanie pisma Maud było bardzo trudne?

CC: Tak, miejscami czytanie pisma Montgomery bywało trudne. Pisała bardzo szybko, a niektóre z jej liter zbiegały się. Na przykład kreski w „t” i kropki nad „i” nie zawsze występowały wraz z odpowiadającymi im literami. Wielkie litery w niektórych przypadkach nie były pisane, jak wielu ludzi pisze je współcześnie – na przykład „G” czasami wygląda jak „S”. Na szczęście miałam egzemplarz „Ani z Zielonego Wzgórza” i mogłam sprawdzić niektóre słowa z pierwszym wydaniem. Przez wiele lat czytałam pismo Montgomery podczas pracy nad innymi projektami, co okazało się bardzo pomocne i w większości byłam w stanie dość łatwo rozszyfrowac ten rękopis.

BM: Jakiego papieru użyła kanadyjska pisarka tworząc rękopis “Anne of Green Gables”?

CC: Papier użyty przez Montgomery do rękopisu jest mniejszy od naszego standardowego papieru do pisania, ma wymiar około 16,6 x 21,8 cm (lub 6,5 x 8,5 cala) i jest trochę cieńszy, prawie tak cienki jak łupina cebuli. Stos 422 stron ma wysokość 6,8 centymetra (2,7 cala). Jest dość kruchy, co jest jednym z powodów, dlaczego rękopis nie jest często pokazywany. Montgomery pisała po obu stronach papieru albo na odwrocie niektórych z jej wcześniej opublikowanych opowiadań lub wierszy, a później na obu stronach kartek Ani. Ponieważ papier jest tak cienki, atrament prawie przecieka z jednej strony na drugą, co miejscami utrudniało odczytanie niektórych słów.

BM: Czy jest coś, co L.M. Montgomery zmieniła, a wg Pani wersja oryginalna była lepsza?

CC: Naprawdę nie mogę wymyślić niczego, co zmieniła Montgomery, a co chciałabym widzieć w pierwotnej formie. Była mistrzynią opowiadania historii!

BM: Czy polscy czytelnicy mogą liczyć na to, że rękopis ukaże się w języku polskim?

CC: Mam nadzieję, że oryginalny rękopis zostanie ostatecznie przetłumaczony na kilka języków, w tym na polski, ale, o ile wiem, nie podjęto decyzji, aby to zrobić. Jeszcze raz porozmawiam o tym z wydawcą! Jak być może Państwo wiedzą, rękopis “Anne of Green Gables” jest digitalizowany i, jeśli wszystko pójdzie dobrze, będzie dostępny w Internecie latem 2022 roku. Angielskiej wersji na stronie internetowej będzie towarzyszyć tłumaczenie na język francuski.

***

Bardzo dziękuję Carolyn Strom Collins, że zechciała odpowiedzieć na moje pytania, a dla wszystkich zainteresowanych zakupem “Anne of Green Gables: The Original Manuscript” wstawiam link do Amazon.  


Rękopis "Anne of Green Gables"

“Anne of Green Gables: The Original Manuscript”



poniedziałek, 17 stycznia 2022

Przedpremierowa „Anne z Zielonych Szczytów”

Kiedy w 2006 r. wyruszyłam po raz pierwszy na Zielone Wzgórze, jedynym tłumaczeniem „Anne of Green Gables”, jakie znałam, był przekład R. Bernsztajnowej — ten z dworkami, Małgorzatą Linde, Anią i Zielonym Wzgórzem. Ania i Zielone Wzgórze zresztą królowały we wszystkich dotychczasowych przekładach, w których kolejni tłumacze proponowali nam swoje wersje imienia głównej bohaterki w postaciach, które miały się w jakiś sposób odnosić do „Anne z końcówką –e”. Oczywiście żadna z ich wersji nie mogła być idealna, gdyż mieliśmy imię głównej bohaterki tak głęboko wryte w naszą świadomość, że nikt nie odważył się go ruszyć — towarzyszyliśmy więc Ani (bez względu na jej wiek i na to, że w angielskim tytule nie występuje zdrobnienie tego popularnego imienia) w zdobywaniu edukacji, w pracy w szkole w Avonlea, na uniwersytecie, w Summerside, a później w Czterech Wiatrach i Glen St. Mary. I choć Ania przeżywała doświadczenia dorosłej kobiety, kolejne tomy serii trafiały do rąk dzieci, które po przeczytaniu pierwszego tomu chciały poznać dalsze losy piegowatej sieroty.

Nie pamiętam, w którym roku po raz pierwszy przeczytałam „Anne of Green Gables” w oryginale, ale na pewno było to już po pierwszej wizycie na Wyspie Księcia Edwarda. Moja polska seria wyemigrowała ze mną i pamiętam, że przed wyjazdem próbowałam odtworzyć sobie tę ukochaną powieść z dzieciństwa. Nie miałam jednak 7 ani 13 lat i pamiętam dokładnie, że chwilami ciężko czytało mi się to tłumaczenie. Znałam już wtedy dobrze język angielski i miejscami coś mi nie pasowało albo wydawało się mało prawdopodobne. Nie miałam wtedy jednak oryginału, a wypadało mi przypomnieć sobie książkę, która zainspirowała podróż do Avonlea.

Jak wiecie, bardzo dużo podziało się od tego czasu w moim życiu. Od 2013 r. zaczęłam zgłębiać temat i dzielić się swoimi odkryciami z polskimi czytelnikami. W mojej biblioteczce króluje Maud i nie muszę się nigdzie wybierać, aby sprawdzić coś w Dziennikach, pierwszych wydaniach czy biografii pisarki. A już niedługo na honorowej półce znajdzie się najnowszy przekład autorstwa Anny Bańkowskiej — szesnastej tłumaczki, która zmierzyła się z powieścią L.M. Montgomery.

30 grudnia 2021 r. p. Anna Bańkowska, w porozumieniu z Wydawnictwem „Marginesy”, zrobiła mi ogromną niespodziankę i w wiadomości na Messengerze przesłała mi przedpremierowy ebook „Anne z Zielonych Szczytów”.  Był właśnie czwartek i miałam zaplanowanych kilka spraw, ale jeden rzut oka wystarczył, by podjąć szybką decyzję i oznajmić rodzinie, że znikam na kilka godzin. Musiałam od razu wybrać się do tego nowego, zrewolucjonizowanego Avonlea, żeby móc ocenić, czy ta rewolucja miała w ogóle sens.

Przez kilka minut patrzyłam na tytuł... Zielone Szczyty, czyli tak dobrze znane mi z wielu wizyt Green Gables... Ile razy się im przyglądałam będąc na Wyspie? Ile razy oglądałam zdjęcia w Dzienniku L.M. Montgomery, na których zaznaczone było okno jej pokoju w ścianie szczytowej? Z iloma badaczami korespondowałam, aby zrozumieć, że „east gable room” jest tylko i wyłącznie wskazaniem, w której ścianie szczytowej był pokój Ani? Ile osób pytałam, czy znane było im słowo „gable” i jak rozumieli tytuł zanim zobaczyli zdjęcia czy adaptacje? Te wszystkie wspomnienia wróciły, kiedy na stronie tytułowej zobaczyłam Zielone Szczyty... Farma Cuthbertów tak właśnie się nazywała, a dodatkowo była to nazwa własna (choć w części i opisowa, bo szczyty ten dom na 100% miał, choć... nie były one zielone). I oto ta nazwa po raz pierwszy ukazuje się w polskim wydaniu! 

Choć od wielu miesięcy martwiłam się, jak odbiorę Zielone Szczyty, tego dnia nastąpił przełom. L.M. Montgomery nadała farmie Cuthbertów określoną nazwę, więc i ja ją zaakceptuję! Kocham „Anię z Zielonego Wzgórza”, a to przecież dla milionów czytelników „Anne of Green Gables”, czyli „Anne z Zielonych Szczytów”

Zanim się spostrzegłam doszłam do rozdziału, w którym zdumiała się Marilla i tutaj po raz pierwszy w języku polskim przeczytałam o prośbie dziecka, aby jego imię pisać z końcówką e:

Anne z e na końcu brzmi znacznie delikatniej. Wymawiając jakieś imię, zawsze można wyobrazić je sobie wydrukowane, prawda? Przynajmniej ja tak mam. A-n-n wygląda okropnie, natomiast A-n-n-e znacznie bardziej dystyngowanie. Gdyby tylko zechciała pani nazywać mnie Anne, łatwiej pogodziłabym się z tym, że nie jestem Cordelią.”

Tak wiele dowiadujemy się z tego fragmentu o Anne... Będąca w otchłani rozpaczy Anne nadal zwraca uwagę na to, aby jej imię było w formie, która była poprawna. Zależy jej na formie imienia, której polski czytelnik nigdy nie poznał... W pierwszym tłumaczeniu zdecydowano zarówno o zmianie imienia głównej bohaterki, jak i nazwy farmy, która stała się jej domem... Ponad 1200 razy L.M. Montgomery napisała w rękopisie imię „Anne”, a ponad 110 razy „Green Gables”. Nie było w tym żadnego przypadku. I nie ma przypadku w tym, że nowy przekład ma na celu przybliżenie nam tego, co napisała Maud.

Od lat znam „Anne of Green Gables”, a od kilku dekad „Anię z Zielonego Wzgórza”. W ostatnich godzinach ubiegłego roku poznałam „Anne z Zielonych Szczytów”, dzięki której przeżyłam cudowną podróż do Avonlea — niby tak dobrze mi znanego miejsca, a jednak nowego. Bywało, że opisy przyrody, które zachwycają w oryginale, nudziły mnie w pierwszym przekładzie. W nowym tłumaczeniu te opisy żyją i czyta się je tak szybko jak dialogi. Kiedy moje oczy chciwie pochłaniały kolejne strony pokazujące się na czytniku, sercem byłam na Wyspie Księcia Edwarda. Na tej, którą tak dobrze znam i która nadal istnieje, a nie na tej, którą sobie w dzieciństwie wyobrażałam. Aż dziw, że Pani Anna Bańkowska nigdy nie była na tej wyspie.

Dorosły humor, którym Maud okrasiła swoją powieść, a którego w wielu miejscach brakowało w tłumaczeniu Bernsztajnowej, na szczęście znalazł się w nowym przekładzie. Znane nam świetnie przygody Anne nabierają rumieńców, a ukochani bohaterowie jeszcze bardziej chwytają nas za serce. To nadal to samo Avonlea, które pokochaliśmy 10, 30 czy 50 lat temu, jednak tym razem pod warstwą słodyczy zauważymy i inne warstwy, które L.M. Montgomery wplotła w swoją powieść, a które nie zawsze znalazły odzwierciedlenie w tłumaczeniu z 1911 r. 

Tych, którzy od lat znają Anię, czeka wspaniała przygoda z Anne. Kiedy biorę do rąk moje pierwsze wydanie „Ani z Zielonego Wzgórza”, wracają wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Maud sama kiedyś powiedziała, że czytając kilkakrotnie tę samą książkę, przeżywamy nie tylko ją, ale i nasze wcześniejsze z nią spotkania. Dlatego ta Ania pozostanie w mojej biblioteczce i w sercu, bo ona zaprowadziła mnie na Wyspę i dzięki niej na jakiś czas mogę znów stać się dzieckiem. Nowy przekład Anny Bańkowskiej jest darem dla mnie dorosłej. Zachwycił mnie, oczarował, odkrył na nowo coś, co znam od wielu lat i pozwolił przeżyć mi przygodę, której się nie spodziewałam. Będę do niego wracać – i to często. Będę zachwycać się pięknymi cytatami, które odkryłam na nowo i które już zapadły mi w serce. Będę z dumą pokazywała ten polski przekład badaczom z Kanady, USA i innych krajów, z którymi mam kontakt. No i oczywiście zawiozę tę książkę do Cavendish, gdzie usiądę pod stuletnią jabłonią i spojrzę na widok, który inspirował Maud, kiedy patrzyła ze swojego szczytowego okna. Odwiedzę z nią Zielone Szczyty, przejdę się Nawiedzonym Lasem i siądę z nią przy pomniku L.M. Montgomery. Wiem, że uśmiechnie się na jej widok... I, jak zawsze, zrobię dla Was zdjęcia. 






The Gable Window

It opened on a world of wonder,
When summer days were sweet and long,
A world of light, a world of splendor,
A world of song.

‘Twas there I passed my hours of dreaming,
‘Twas there I knelt at night to pray;
And, when the rose-lit dawn was streaming
Across the day,

I bent from it to catch the glory
Of all those radiant silver skies –
A resurrection allegory
For human eyes!

The summer raindrops on it beating,
The swallows clinging ‘neath the eaves,
The wayward shadows by it fleeting,
The whispering leaves;

The birds that passed in joyous vagrance,
The echoes of the golden moon,
The drifting in of subtle fragrance,
The wind’s low croon;

Held each a message and a token
In every hour of day and night;
A meaning wordless and unspoken,
Yet read aright.

I looked from it o’er bloomy meadows,
Where idle breezes lost their way,
To solemn hills, whose purple shadows
About them lay.

I saw the sunshine stream in splendor
O’er heaven’s utmost azure bars,
At eve the radiance, pure and tender,
Of white-browed stars.

I carried there my childish sorrows,
I wept my little griefs away;
I pictured there my glad to-morrows
In bright array.

The airy dreams of child and maiden
Hang round that gable window still,
As cling the vines, green and leaf-laden,
About the sill.

And though I lean no longer from it,
To gaze with loving reverent eyes,
On clouds and amethystine summit,
And star-sown skies.

środa, 12 stycznia 2022

Wydawnictwo „Marginesy” o nowym przekładzie

Dokładnie za 2 tygodnie, 26 stycznia, w księgarniach w całej Polsce pojawi się nowy przekład ukochanej przez wszystkich powieści L.M. Montgomery. Jak doszło do tego, że Wydawnictwo „Marginesy” zdecydowało się na wydanie „Anne z Zielonych Szczytów”? Zapytałam u źródła... 

Hanna Mirska-Grudzińska, redaktor naczelna Wydawnictwa Marginesy:

Moje pierwsze spotkanie z Anią z Zielonego Wzgórza nie było przyjemne. Parę tomów wydanych w latach pięćdziesiątych XX wieku, w pięknych papierowych obwolutach Bogdana Zieleńca, stało w bibliotece mojej mamy i należało do niej. Nadszedł czas, że mogłam przeczytać je i ja, jednak po lekturze musiałam odłożyć na miejsce, bo nie były to moje książki, a w domu tej książkowej własności bardzo się pilnowało. Nie dość, że pokochałam Anię, to pokochałam ilustracje i obwoluty Zieleńca, a Ania, Zielone Wzgórze, Diana i inni  już zawsze wyglądali tak jak na tych rysunkach. Postanowiłam jednak przypieczętować swą miłość do Ani. Dosłownie. Każdy z domowników miał swoją pieczątkę z imieniem i nazwiskiem, taki niby ex libris, i mógł w ten sposób opisywać własność książki. Pokusa, by mieć Anię na zawsze, a przynajmniej zaznaczyć to pragnienie, była silniejsza od prawdy. Wszystkie tomy opieczętowane przez moją mamę zostały opieczętowane również przeze mnie: pod jej nazwisko – wstawiłam swoje. Książka odtąd miała dwie właścicielki. Niestety, mama nie była zadowolona, dostałam reprymendę i pouczenie, że cudza własność jest nietykalna, nawet w rodzinie. Teraz wiem, że mama czuła to, co ja – chciała mieć Anię dla siebie.

Po latach, w Marginesach, nadszedł czas, by spełnić odwieczne marzenie i wznowić Anię, a zilustrować ją wspaniałym Bogdanem Zieleńcem. Dzięki Annie Suwale – wybitnej znawczyni polskiej ilustracji dla dzieci – dotarłam do jego spadkobierców, a co za tym idzie do projektów okładek. Zespół Marginesów zaproponował jednak inne ujęcie tematu: nowy przekład i nowe ilustracje. Poczułam strach, że burzymy narodową świętość, że czytelnicy nie chcą zmian i nie czekają na nowe, nie potrzebują „Anne”.  Argumenty redakcji były jednak bardzo przekonujące. Powieść przełożyła Anna Bańkowska – wybitna tłumaczka, okładkę i nowy wizerunek Ani stworzyła Anna Pol, czułymi ramionami objął książkę redaktor Adam Pluszka, a promocyjnie zaopiekowała się Agnieszka Tatera. W gdańskiej drukarni urodziła się papierowa „Anne” i o to zadbała Paulina Kurek.

Cieszę się, że daliśmy wielbicielom i nowym odbiorcom możliwość czytania przekładu jak najbliżej oryginału. Takie jest przecież zadanie uczciwego wydawcy. Cieszę się, że czytelnicy przyjęli nasz pomysł i zrozumieli najlepsze chęci. Zawsze pozostaje wybór. Zawsze możemy z Zielonych Szczytów wrócić na Zielone Wzgórze, pobyć z Małgorzatą lub Rachel, posłuchać utyskiwań Marilli albo Maryli. Będzie, jak chcemy. Czyż to nie jest wspaniałe?  


Adam Pluszka, wydawca i redaktor prowadzący w Wydawnictwie Marginesy:

Na pomysł nowego przekładu książek Lucy Maud Montgomery wpadła Hanna Grudzińska. Razem się zastanawialiśmy, komu zaproponować przekład i w końcu uznaliśmy, że Anna Bańkowska to najlepsze rozwiązanie. Okazało się, że tłumaczka nie tylko o tym myślała i marzyła o tym, żeby zrobić nowy przekład, ale rzuciła nam wyzwanie: skoro robimy wszystko na nowo, zróbmy wszystko jak najwierniej. Przegadywaliśmy to wspólnie i długo, w końcu postanowiliśmy wywrócić ten świat do góry nogami: przywrócić oryginalne imiona wszystkich bohaterów, także samej Anne Shirley. Dalsze decyzje brały się z konsekwencji tego wyboru: stąd także Zielone Szczyty.

Od początku wiedzieliśmy, że okładkę zrobi Anna Pol. Anna się zgodziła i po jakimś czasie przysłała projekt, który zaakceptowaliśmy w trzy sekundy.

Anna Pol, autorka okładki:

Choć to absolutny klasyk, nie mogłam zrobić staroświeckiej okładki. Byłby to ukłon w stronę fanek Ani w moim wieku i starszych, ale im w gruncie rzeczy nie jest potrzebna żadna okładka, znajdą tę książkę z powodu nowego przekładu. Zależało mi, żeby złapać uwagę młodszych, zainteresować ich tą ponadczasową historią, napisaną żywym językiem. Pomyślałam o czymś klasycznie nowoczesnym, dlatego w kamei czy medalionie umieściłam mocno zgrafizowany profil nastolatki, trochę jakby wychodzącej poza ramy tradycji. A zdecydowane kolory? Właśnie takie kojarzą mi się z jej bogatą wyobraźnią.


Z całego serca dziękuję Pani Agnieszce Taterze za pośrednictwo w uzyskaniu odpowiedzi z Wydawnictwa „Marginesy”. Cieszę się niezmiernie, że Wydawnictwo postawiło na wierne tłumaczenie, które wręcz należało się polskiemu czytelnikowi. Mocno kibicuję temu przekładowi i wierzę, że Zielone Szczyty mają ogromną szansę zaistnieć nie tylko jako ciekawostka, ale jako powieść, do której będzie często wracało nowe pokolenie (a może i to starsze...). Pani Hannie życzę, aby i w wydaniu „Marginesów” pojawiły się kiedyś dwie pieczątki...

Zdjęcie dzięki uprzejmości Wydawnictwa „Marginesy”.
Projekt okładki: Anna Pol


środa, 5 stycznia 2022

Wywiad z Anną Bańkowską

Bernadeta Milewski: Pani Anno, już za 3 tygodnie pojawi się w księgarniach nowe tłumaczenie jednej z najbardziej kultowych powieści — „Ani z Zielonego Wzgórza”. Nie znajdziemy jednak w tytule dobrze znanej nam Ani. Na próżno też szukać w nowym tytule wzgórza... Jak sama Pani przyznaje w przedmowie, uśmierciła je Pani, bo ktoś musiał to zrobić. Dlaczego jednak, zdaniem Pani, musiało do tego dojść? I jak to się stało, że to Pani przypadło to niewdzięczne zadanie?

Anna Bańkowska: Jako człowiek pióra i od bardzo wczesnego dzieciństwa zagorzała czytelniczka, od wielu lat śledzę w Internecie, w tym na Facebooku, różne fora książkowe i czynnie w nich uczestniczę. Pamiętam dyskusję (ach, jaką kulturalną!), która toczyła się po opublikowaniu przekładu Pawła Beręsewicza. Chociaż nie szczędzono mu wyrazów uznania, już wtedy wiele osób wyrażało żal, że pan B. cofnął się w pół kroku i przywrócił tylko część oryginalnych imion i nazw. Zauważyłam, że od tej pory te głosy przybrały na sile. „Ania z Zielonego Wzgórza” to jedna z moich ukochanych lektur dziecięcych. Kiedy czytałam ją po raz pierwszy w wieku 9 lat (rok 1949), nie znałam języka angielskiego, nie miałam w domu nie tylko internetu, ale nawet radia, nie wiedziałam nic o autorce i traktowalam tę powieść właściwie jak polską. Kiedy ponad 70 lat później wydawnictwo Marginesy zaproponowało mi przekład najpierw trzech pierwszych tomów, poczułam się zaszczycona i wyróżniona, ale także zdziwiona, bo w tym samym czasie zaczęły wychodzić „Anie" w przekładzie kolejnej tłumaczki, więc zastanawialam się, jaki jest sens wydawać jeszcze jeden. Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, żeby wreszcie po latach wyjść naprzeciw postulatom zwolenniczek i zwolenników wersji ściśle zgodnej z zamysłem autorki, na co uzyskalam zgodę wydawców. We wstępie do książki szczegółowo tłumaczę, dlaczego nie pozostałam przy nazwie Zielone Wzgórze, chociaż jestem do niej tak samo mocno przywiązana, jak kilka pokoleń czytelników i czytelniczek. Tu powiem krótko: ponieważ wola autorki jest dla mnie ważniejsza niż własny gust.

BM:  Niektórzy sugerują, że skoro w tytule użyła Pani angielskiej wersji imienia głównej bohaterki, to można też było zostać przy angielskiej wersji nazwy farmy Cuthbertów. Dlaczego zdecydowała się Pani na przetłumaczenie tej nazwy?

AB: Jest to zgodne z zasadą edytorską, zgodnie z którą nazwy geograficzne pozostawia się w oryginalnym brzmieniu, a fikcyjne tłumaczy. Inna zasada to konsekwencja: gdybym zostawiła w oryginale Green Gables, musiałabym zostawić też wszystkie inne nazwy fikcyjne – Jezioro Lśniących Wód itp. Nie sądzę, żeby tego właśnie życzyli sobie czytelnicy.  

BM: Jakie znaczenie miała powieść L.M. Montgomery w Pani życiu? Czy można nazwać Panią wielbicielką tej książki?

AB: Jak już wspomniałam, „Ania z Zielonego Wzgórza" była dla mnie jedną z najważniejszych książek. Czytałam ją wielokrotnie, chociaż z całym cyklem miałam okazję zapoznać się dopiero jako mocno dorosła osoba. Za każdym razem odkrywam w niej coś nowego.

BM: Z jaką reakcją spotkała się Pani wsród krewnych i znajomych, kiedy dowiedzieli się o nowym przekładzie?

AB: Córka – również zdeklarowana wielbicielka Anne – jeszcze nie pogodziła się z Zielonymi Szczytami, a zwłaszcza z brzmieniem nowego tytułu i okładką, ale obiecała przeczytać. Siostra czeka z niecierpliwością. Koleżanki i koledzy ze środowiska tłumaczy literackich toczą ożywioną dyskusję na własnym forum – zdania są podzielone, ale niektórzy bardzo się zaangażowali w mojej obronie na kilku innych grupach, gdzie m. in. zarzuca mi się szukanie taniego poklasku i chęć wzbogacenia CV kosztem zdeptania czyjegoś dzieciństwa. Jedna koleżanka już nawet „poległa na polu chwały", bo dostała bana za zbyt ostre wypowiedzi.

BM: Kiedyś w naszej rozmowie prywatnej przyznała Pani, że nowy przekład tak znanej i lubianej książki to propozycja, której tłumacz nie może odrzucić. Czy z perspektywy czasu nie żałuje Pani czasem, że podjęła się tego wyzwania?

AB: „Ja niczego się nie boję, choćby tygrys, to dostoję". 😄 Zrobiłam to z całą świadomością i uprzedziłam wydawców, z czym powinni się liczyć. Dzielnie podjęli wyzwanie i bardzo mnie wspierają. Zważywszy na mój wiek (81) i szalejącą pandemię, może to być mój „łabędzi śpiew”.


BM: Czy w trakcie tłumaczenia spotkała się Pani ze słowami, które były wyjątkowym wyzwaniem? Jak sobie Pani z nimi poradziła? Czy można przetłumaczyc dokładnie powieść osadzoną w realiach Wyspy Księcia Edwarda II polowy XIX wieku?

AB: Najwięcej problemów przysporzyła mi flora PEI, która w poprzednich przekładach nie została potraktowana z należytą atencją. Tu wyszła na jaw cała potęga Internetu: bez tego narzędzia zapewne nigdy nie poznałabym Pana Stanisława Kucharzyka, którego blog okazał się prawdziwą kopalnią wiedzy. Przekonalam się, jak bardzo niedokładne bywają słowniki i że na PEI obowiązywały nazwy lokalne, czasem bardzo dziwne, jak „ryżowe lilie” (rice lilies). Takie słowo jak „ladies' eardrops", we wszystkich słownikach tłumaczone jest jako „fuksje”, a tymczasem przynajmniej na PEI ta roślina w naturze nie występuje, o czym Pan Stanisław poinformował mnie dosłownie w ostatniej chwili przed oddaniem składu do drukarni. Bardzo dużo czasu musiałam poświęcić także rozkładowi domu Cuthbertów. Odkryciem okazał się fakt, że na tym samym poziomie co pokoik Anne znajdowało się kilka innych pomieszczeń, w tym sypialnia Marilli – przekonałam się o tym na podstawie zdjęć z PEI. Albo takie słowo jak „buggy”, jak po angielsku nazywa się pojazd, którym Matthew wiózł Anne ze stacji. Zwykle tłumaczyłam je jako dwukółkę i tutaj też chciałam tak zrobić, dopóki nie obejrzałam zdjęć z Anne of GG Museum: okazało się, że pojazd miał cztery koła i najbardziej przypominał bryczkę. Inny problem – ale to już przy „Anne z Avonlea” – miałam z rowerem, na którym nadjechał Gilbert. Znowu sprawdzanie: czy rower w tym czasie były już na tyle popularny, że mógł sobie na niego pozwolić skromny nauczyciel? Odpowiedź z samej PEI: tak. Ale nie sama nazwa „rower”, która pojawiła się później i pochodzi od firmy (tak jak np. elektrolux), więc Gilbert mógł nadjechać tylko na bicyklu.  

BM: Każdy z nas ma swoje ulubione cytaty i sceny z książki. Które są Pani ulubionymi i czy zmienilo się to ze względu na nowe tłumaczenie? Być może natknęła się Pani na coś, co w dobrze znanym przekładzie Bernsztajnowej nie do końca oddalo zamysł pisarki i dopiero głębsza analiza ukazała to w innym świetle?

AB: Wspomniałam już, że za każdym razem odkrywam w tej powieści coś nowego. Teraz – być może ze względu na własne smutne przeżycia – najbardziej poruszył mnie opis stanu psychicznego Anne po śmierci Matthew. Scena, w której tłumaczy Marilli, dlaczego nie chciała, żeby Diana została u niej na noc:

Nie chciałam, żeby Diana ze mną została... jest taka kochana, ale to nie jej smutek, ona stoi jakby z boku (...) To jest tylko nasza żałoba, twoja i moja".

Najbardziej mnie zdziwiło ostatnie zdanie powieści, które u LMM było cytatem ze znanego wiersza Roberta Browninga. Oczywiście RB mogła tego nie wiedzieć i nie miała gdzie sprawdzić, bo autorka nie dała przypisu, ale zastąpiła cytat zdaniem, które zupełnie nie oddaje oryginału. Zresztą takich zakamuflowanych cytatów i aluzji w książce jest mnóstwo. Jeśli w dodatku są wplecione w zdanie nawet bez cudzysłowu albo wręcz podane niedosłownie, trzeba nie byle jakiej intuicji, żeby je wytropić. Raczej na pewno nie wyłapałam wszystkich. 

BM: Na rynku dostępnych jest 15 przekładow pt. „Ania z Zielonego Wzgórza”. Pani przekład będzie szesnastym. Do kogo kierowana jest ta nowa wersja? Kto, według Pani, powinien sięgnąć po Anne, a nie po Anię?

AB: Moją wersję kieruję przede wszystkim do osób, które nie znają poprzednich. Im Zielone Szczyty i oryginalne imiona nie powinny w niczym przeszkadzać ani nikogo odzierać ze złudzeń. Teraz każdy będzie miał wybór.

 

BM: Czy jest coś, co łączy Annę, tłumaczkę z Warszawy z Anne z Zielonych Szczytów? Albo z samą L.M. Montgomery, jedną z najsłynniejszych kanadyjskich pisarek?

AB: Jest mnóstwo takich rzeczy, aż trudno wszystkie wyliczyć, ale spróbuję:

– przede wszystkim, podobnie jak Anne, nie znoszę swojego imienia, a jeśli ktoś mówi o mnie Anka, czuję taki sam dreszcz, jak Matthew na widok białych larw na ogórkach;

– wprawdzie nie mam rudych włosów, ale w młodości miałam piegi i tak jak Anne czułam się brzydka;

– jako nastolatka mieszkałam w „east gable room" z widokiem wprawdzie nie na wiśnię, ale na czereśnię;

– jako dziewięciolatka miałam daleko do szkoły i chodziłam do niej (sama oczywiście) przez lasek. Po drodze spotykałam się z przyjaciółką – żywym obrazem Diany! W dodatku miała na imię Danusia i takie jak Diana śliczne sukienki, których trochę jej zazdrościłam. Niestety nasze drogi później się rozeszły;

– mama Danusi była tak samo zasadnicza jak mama Diany i w pewnym momencie zabroniła jej się ze mną kolegować (nie pamiętam dlaczego). Mama D. dożyła prawie 100 lat i pod koniec jej życia lepiej się z nią dogadywałam niż z samą Danusia;
– jednego chłopaka, który mi dokuczał dziabnęłam w rękę piórem z ostrą stalówką
;

– tak jak Anne (oraz LMM) znałam (i do dzisiaj znam) na pamięć mnóstwo wierszy i kiedy jeszcze miałam sprawny głos, lubiłam je recytować. Pamiętam nawet te, których uczyłam się w dzieciństwie. Ostatnio w biografii LMM przeczytałam, że ona także miała taką dobrą pamięć.

– I wreszcie – jak dla Anne – książki są całym moim życiem. Tak jak LMM odebrałam bardzo surowe wychowanie, a ponieważ byłam pyskata, często mnie karano. Najdotkliwszą karą był szlaban na czytanie i korzystanie z biblioteki, co młodemu pokoleniu zapewne nie mieści się w głowie.

BM: Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas. Mam ogromną nadzieję, że Pani odpowiedzi zachęcą również czytelników od dawna zaprzyjaźnionych z Anią do sięgnięcia po nowe tłumaczenie. Być może nowe nazwy będą początkowo obco brzmiały, jednak głęboko wierzę, że klimat Avonlea tak wspaniale oddany w Pani przekładzie, przeniesie ich ponownie do świata stworzonego przez L.M. Montgomery. W imieniu wszystkich miłośników rudowłosej sierotki, którzy czekają z niecierpliwością na to nowe tłumaczenie, z całego serca dziękuję, że podjęła się Pani tego trudnego zadania. Zarówno Pani, jak i Wydawnictwu „Marginesy” gratuluję odwagi. Trzymam kciuki za sukces tego przedsięwzięcia. 

***

Edit: Z ostatniej chwili! Córka Pani Anny przeczytała wywiad i oświadcza, że już się pogodziła i z tytułem, i z okładką.


W nowym przekładzie po raz pierwszy pojawia się poprawne tłumaczenie Mayflowers