czwartek, 2 stycznia 2020

2019 w pigułce

Witam pierwszy raz w 2020 roku! Aż trudno uwierzyć, że poprzedni rok się już skończył – 365 dni przeszło do historii, zaś tyle samo zupełnie nowych dni czeka na doświadczenia, które zapiszą się w naszej pamięci i staną się pięknymi wspomnieniami. 

Zainspirowana trochę Instagramowymi kolażami ”Top Nine” postanowiłam powspominać dziś dziewięć zdarzeń ubiegłego roku, które powinny zostać uwiecznione na tym blogu.

1. Spotkanie z Megan Follows

Spotkaniu poświęciłam cały wpis, więc nie będę się powtarzać. Było to jednak bardzo ważne dla mnie wydarzenie — nie tylko ubiegłego roku, ale i całego życia 💚



2. Pomnik L.M. Montgomery w Cavendish

Od czerwca wiedziałam, że odsłonięcie pomnika pisarki odbędzie się 5 dni po moim wyjeździe z Wyspy. Bardzo żałowałam, że nie uda mi się uczestniczyć w ceremonii, a osoba, która obiecała mi zdjęcia z tego wydarzenia, niestety zawiodła. 

Pomnik zobaczyłam pod koniec września i zrozumiałam, że właśnie tak miało być. Bez kamer, dystyngowanych gości i przypadkowych turystów. Miałam być sama z Maud podczas tego pierwszego spotkania. 





3. Dorian w Cavendish

Na początku września Wyspę nawiedził Dorian. Straty w Cavendish były ogromne. Pierwsze szacunki mówiły o 80-procentowym zniszczeniu drzew przez tropikalną burzę. Najbardziej ucierpiał Park Narodowy Wyspy Księcia Edwarda oraz miejsce, w którym stał dom dziadków L.M. Montgomery. Straty w tym ostatnim były tym bardziej dotkliwe, że część drzew to drzewa, które pamiętają czasy pisarki. Na szczęście los uchronił słynną starą jabłoń.



Wierzę, że dzięki finansowej pomocy wielbicieli z całego świata miejsce to wróci do dawnej świetności. Z całego serca dziękuję wszystkim, którzy odpowiedzieli na apel i wsparli tę akcję, o której pisałam na stronie bloga na Facebooku.

4. Wizyta w Archiwum Biblioteki Uniwersytetu w Guelph

Na początku lipca udało mi się wpaść z doktor Rubio do Archiwum Biblioteki Uniwersytetu w Guelph i przejrzeć wszystkie Dzienniki L.M. Montgomery. Moim celem było odnalezienie wpisów na temat Jeziora Lśniących Wód. Jak wiadomo, jeszcze za życia pisarki w Cavendish nazwano tą nazwą staw Macneillów. Przyznam, że całkiem sensownie, gdyż staw ten znajduje się względnie blisko Zielonego Wzgórza. Jednak to NIE TEN staw miała na myśli L.M. Montgomery opisując Jezioro Lśniących Wód i nie ma cienia wątpliwości w środowisku badaczy życia i twórczości pisarki, że to staw uwielbianych przez Maud Campbellów w Park Corner był pierwowzorem jeziora z powieści. Dlaczego nie ma cienia wątpliwości? Gdyż informacja ta pojawia się aż 5 razy w Dziennikach pisarki. We wpisie z  4 czerwca 1939r. pojawia się nawet jedna z nielicznych kolorowych pocztówek — Maud wyraża radość, że fotografowie w końcu doszli do tego, który staw jest Jeziorem Lśniacych Wód. Nie wiem, jak Wy, ale ja nie zamierzam podważać słów autorki „Ani z Zielonego Wzgórza” i na tym blogu, wzorem innych rzetelnych źródeł, Jeziorem Lśniących Wód będę zawsze nazywała staw Campbellów w Park Corner.



5. Powrót kuchni Macneillów do Cavendish

Kilka razy pokazywałam na blogu zdjęcia kuchni Macneillów. Kuchnia ta do 2017r. należała do Ojca Bolgera (sądzę, że była Jego własnością co najmniej przez 40 lat). W styczniu wróciła ona do Cavendish i choć nie stoi tuż przy funadamentach domu dziadków Maud, turyści z całego świata mogą zobaczyć pomieszczenie, w którym zrodziła się „Ania z Zielonego Wzgórza”. Ile stron zostało napisanych w tej starej kuchni, która również służyła jako poczta? Tego dokladnie nie wiadomo. W Dzienniku LMM odnotowała, że siedząc w kuchni pisała początkowe zdania powieści. Z pewnością zimą najchętniej tworzyła w tym pomieszczeniu, gdyż było w nim cieplej niż w innych pokojach. Każdej wiosny Maud przenosiła jednak swoje lary i penaty do pokoju na piętrze, pokoju, w którym mogła pisać i marzyć bez żadnych ograniczeń. Tutaj chroniła się przed krytycznym wzrokiem babci i społeczności Cavendish i właśnie o tym pokoju napisze w swej karierze dwa wiersze. 




6. Inauguracja oryginalnego rękopisu „Ani z Zielonego Wzgórza” w Centrum Sztuki Konfederacji w Charlottetown

Pozycja ta, pod redakcją Carolyn Collins, jest nie lada gratką dla wielbicieli Ani, gdyż można z niej dowiedzieć się, jak zmieniał się tekst powieści. Jedną z najbardziej interesujących zmian, jakie Maud wprowadziła to imię pierwszej prawdziwej przyjaciółki, jaką znalazła Ania po przybyciu do Avonlea. Zdziwicie się zapewne, że Diana miała w pierwszej wersji nosić imię Laura. Imię to z pewnością podyktował Maud sentyment do swojej przyjaciółki z Prince Albert — Laury Pritchard, której zadedykuje „Wymarzony dom Ani”. Z jakiegoś powodu Laura zostaje w rękopisie skreślona, a jej miejsce zajmuje... Gertruda! Dlaczego Gertruda (dokładnie Gertrude) tego niestety nie wiem i nikt, z kim rozmawiałam na ten temat, też nie ma pojęcia, dlaczego Maud wybrała to imię. Być może przeglądała listy najpopularniejszych imion żeńskich i spodobało jej się to imię, które w 1906r. pojawiło się na 22 miejscu. 


Carolyn Collins podpisuje oryginalny rekopis Ani. Nadia jako Ania, Rilla Bruce jako Diana :)

7. Wystawa poświęcona LMM na Zielonym Wzgórzu i nowe Centrum Interpretacyjne

Było to wielkie przedsięwzięcie i prace zajęły prawie trzy lata, jednak w końcu Zielone Wzgórze doczekało się obiektu na miarę rosnących potrzeb. Bardzo cieszę się, że moja pierwsza wizyta na Zielonym Wzgórzu nie przypadła na lata 2017, 2018 i 2019. Rozumiem, czym kierowano się podejmując decyzję o rozbudowie, jednak nowoczesny, oszklony budynek niewiele ma wspólnego z klimatem książki. Wystawa poświęcona Maud jest naprawdę interesująca — szczególnie dla osób, które trafiają na Zielone Wzgórze po przeczytaniu książki czy zobaczeniu którejkolwiek adaptacji. Dzięki niej dowiadują się o pisarce, której zawdzięczamy Anię, o wydaniach Ani w różnych językach (sądzę, że każdy, kto przybywa na Wyspę spoza anglojęzycznej kultury, uroni łezkę widząc wydanie Ani w swoim rodzinym języku) i o historii farmy Webbów, której otoczenie zainspirowało Maud. Dla tych, którzy nie mają czasu na spacer Aleją Zakochanych, przygotowano nagranie śpiewu ptaków, które najczęściej można tam usłyszeć, dla dzieci znaleziono kącik do zabawy tuż przy przepięknej replice Zielonego Wzgórza z klocków LEGO, a na wszystkich czekają kapelusze i stroje z epoki, w które można przebrać się do zdjęcia.








8. Samotność

Uwielbiam Wyspę, kiedy opuszczają ją turyści, gdyż wtedy jestem w stanie znaleźć na niej samotność — to ważne w dzisiejszym gwarze i ciągłej łączności z całym światem. W ubiegłym roku znalazłam to uczucie jedynie w maju. Nie analizowałam najnowszych statystyk, jednak mam wrażenie, że w 2019r. było na Wyspie ogromnie dużo turystów. Plaże, które do tej pory znane były nielicznym, zapełniały się w lipcu i sierpniu tak bardzo, że nie można było czasem znaleźć miejsca na parkingu! 

9. Październik na Wyspie

Październik 2018r. bardzo mnie rozpieścił. Długie rozmowy na Zielonym Wzgórzu z pracownikami, którzy orientowali się w temacie, pogawędki z Macneillami i Campbellami w opalanych drewnem pomieszczeniach, zamknięte na cztery spusty komercyjne pułapki, jesiennie ubarwione drogi dziedzictwa i puste dzikie plaże... Październik mnie zauroczył. W ubiegłym roku zaczęło się podobnie. Byłam na Wyspie trochę wcześniej, bo już pod koniec września i Wyspa wydawała się dosyć spokojna. Tak było do feralnej wizyty na Zielonym Wzgórzu... Czegoś takiego NIGDY wcześniej nie doświadczyłam. Kolejki zaczynały się przy stodole i zwiedzało się na równo z kolejką. Odpuściłabym sobie takie doświadczenie, ale byłam z kimś, kto na tę wizytę czekał ponad 30 lat! Trzy razy osoba ta przeszła z całą kolejką, jednak pozostał niedosyt. Na szczęście tuż przed zamknięciem jedna z najlepszych przewodniczek, Donna, oprowadziła mojego gościa po Zielonym Wzgórzu, aczkolwiek cała ta sytuacja była dla mnie ogromną niespodzianką. Okazało się, że tego dnia Zielone Wzgórze odwiedziło ponad 3 tysiące osób! Wniosek — nawet w październiku może być tłoczno.














wtorek, 24 grudnia 2019

Święta Pana Rudzika


Święta Pana Rudzika

Tekst i zdj. Aneta Sulejewska

Pan Rudzik przysiadł na gałęzi wiśni. Przez okno facjatki zobaczył rudowłosą dziewczynkę. Dobrze ją znał. Często towarzyszył jej w spacerach po okolicach Avonlea, dzięki czemu odkrywał nowe zakątki Wyspy Księcia Edwarda. Grudniowe popołudnie, chociaż pochmurne, wydawało się idealne na niedługi spacer. Jednak jego przyjaciółka zdawała się tego nie zauważać. Siedziała ze smętną miną przy stole i często wzdychała. Pan Rudzik zniecierpliwiony brakiem zainteresowania z jej strony przysiadł na parapet i niby to przypadkiem stuknął dziobem w szybę. To wyrwało dziewczynkę z posępnych myśli, a gdy zauważyła za oknem Pana Rudzika na jej twarzy pojawił się szczery, serdeczny uśmiech. Szybko otwarła okno i przywitała się z gościem. Nie mogła tego wieczoru wyjść na spacer. Musiała jeszcze poćwiczyć deklamację wiersza na jutrzejszy bożonarodzeniowy koncert. Pan Rudzik rozsiadł się wygodnie, co było znakiem, że chętnie podejmie się roli widowni. Jaka szkoda, że ptaki nie potrafią klaskać. Występ dziewczynki był porywający. Pan Rudzik otarł łzę i wyśpiewując na koniec kilka treli odleciał.

Cały czas zastanawiał się dlaczego jego przyjaciółka była w tak złym nastroju. Cóż jednak, był tylko małym ptaszkiem i problemy dziewczęcych serduszek były mu zupełnie obce. Wpadł za to na pomysł jak mógłby poprawić jej nastrój. Jutro Boże Narodzenie, podaruje jej najpiękniejszą gałązkę ostrokrzewu jaką znajdzie w lesie. Długo latał między drzewami, aż zniecierpliwiony księżyc zaczął do niego machać spomiędzy chmur, dając znak, że pora spać. Z nieba zaczęły spadać płatki śniegu i wkrótce wszystko usnęło pod białą pierzynką.

Bożonarodzeniowy poranek w Avonlea był bajkowy. Świerki ubrały śmieszne puchowe czapki i lekko pochylały głowy w rytm kolędy „God Rest Ye Merry Gentelmen”. Pola i ogrody skrzyły się w słońcu i cała okolica zdawała się wołać: „Dzisiaj Boże Narodzenie!”. Pan Rudzik ukryty w kępie trawy przebudził się i ze strachem stwierdził, że zrobiło się bardzo późno. Chciał jak najwcześniej dotrzeć pod okno facjatki. Och, teraz na pewno się spóźni!

Gdy dotarł na miejsce ze smutkiem stwierdził, że w pokoju nikogo nie ma. Położył na parapecie gałązkę ostrokrzewu i zajął się podziwianiem zimowego krajobrazu. Nagle drzwi do facjatki otwarły się i oczom Pana Rudzika ukazała się najszczęśliwsza osoba na świecie. Ubrana w piękną, brązową sukienkę z wielkimi bufami na rękawach. Pan Rudzik przyglądał im się chwilę i w końcu stwierdził, że to chyba kryjówka na świąteczne smakołyki. Zapukał w szybę, a kiedy okno się otwarło przysunął przed dziewczynkę gałązkę ostrokrzewu. Zachwycona podarkiem przypięła go do sukienki. Pasował idealnie!

Kiedy po południu dziewczynka wychodziła na koncert, gałązka ostrokrzewu wciąż ozdabiała sukienkę. Pan Rudzik czekał już w saniach. Nie mógł odmówić sobie przyjemności spędzenia tego wyjątkowego wieczoru ze swoja niezwykłą przyjaciółką.


wtorek, 24 września 2019

Maud bez „e"


Dziś kilka słów na temat imion... W scenach, w których Ania (w oryginale Anne) nalega, aby jej imię pisano z końcówką „e”, L.M. Montgomery daje upust swoim własnym frustracjom związanym z imieniem. Jak doskonale pamiętacie, Ania nie przepadała za swoim imieniem — o wiele bardziej wolała imię Kordelia, które zostanie uwiecznione w drugim imieniu córeczki Diany. Skoro jednak miała na imię Anne, to bardzo zależało jej na tym, aby każdy wiedział, iż nie jest to ta bardziej pospolita (według niej) wersja — Ann. 

Oczywiście większość z Polaków wychowała się na tłumaczeniu Bernsteinowej i spotkała się z „Andzią”. Pamiętam, że chyba tylko w „Ani z Zielonego Wzgórza” spotkałam się z taką wersją imienia „Anna”! Trzeba tu jednak nadmienić, że osoba anglojęzyczna z tych scen dowiaduje się trochę innych rzeczy o Ani — dosyć bowiem typowe jest uściślenie, jak pisze się czyjeś imię czy nazwisko (sama to często robię mówiąc, że jestem „Bernadeta with one t” 🙂). Oczywiście robi się to w przypadku, kiedy ktoś notuje dane, ale Ania tak bardzo nie lubiła wersji „Ann”, że dmuchała na zimne i obwieszczała poprawną wersję swojego imienia już na samym wstępie. 

Wiele razy pisałam na blogu, że autorka „Ani z Zielonego Wzgórza” nie lubiła imienia Lucy. Dla osób, które badają życie LMM, imię to kojarzy się z babką Lucy Woolner Macneill, ewentualnie z Lucy Grey (jedną z dwóch wyimaginowanych przyjaciółek LMM) bądź z psem Roberta Montgomery 🙂. Na Wyspie bardzo często słyszy się niestety o „Lucy Maud” — ciekawe, co powiedziałaby na to LMM... Nikt jednak nie twierdzi, że na Wyspie mieszka wiele osób, które są ekspertami w dziedzinie L.M. Montgomery... 

W odniesieniu do pisarki badacze i znawcy tematu najczęściej używają form „L.M. Montgomery”, „Maud” (wymawiane „Mod” przez długie „o”) lub „LMM”. Właściwie wystarczy rzut oka na jakikolwiek artykuł, żeby wiedzieć, czy pisała go osoba, która zna się na rzeczy, czy też nie 🙂

Oddajmy jednak głos samej Maud...

„Zostałam nazwana Lucy po Babce, a Maud po córce Królowej Wiktorii, księżnej Hesji, która, jak sądzę, mniej więcej wtedy zmarła. Nigdy nie podobało mi się imię Lucy. Podobało mi się natomiast imię Maud — pisane bez „e” na końcu — jednak nie w połączeniu z Montgomery. Zawsze wydawało mi się, że „Maud Montgomery“ to nieprzyjemne połączenie — choć nie jestem w stanie wytłumaczyć dlaczego. O wiele bardziej podoba mi się Maud Macdonald.”

Kiedy w marcu 1901r. Maud zauważyła w gazecie „The Daily Patriot” swoje nazwisko na liście poetów Wyspy Księcia Edwarda, najpierw skupiła się na tym, że pojawia się na niej w znienawidzonej przez siebie formie „Lucy Maud Montgomery”. 

7 lat później, tuż przed publikacją „Ani z Zielonego Wzgórza”, napisze do swojego korespondencyjnego przyjaciela George’a Boyda MacMillana:

„Kilka dni temu dostałam list od mojego wydawcy. W chwili obecnej kłócimy się o nazwisko autora. Chcę, by książka została opublikowana pod nazwiskiem „L.M. Montgomery”, jak wszystko, co do tej pory publikowałam. The Page Co. nalega na „Lucy Maud Montgomery”, czego nienawidzę. Nie wiem, kto wygra — pewnie wydawca.“

Jednak wygrała LMM i wszystkie jej książki zostały opublikane pod wersją jej nazwiska, jaką sama akceptowała.









piątek, 6 września 2019

Kingsport

Kiedy wyjeżdżaliśmy pod koniec lipca do Halifax’u, aby odbyć w końcu ten ostatni fragment pielgrzymki śladami L.M. Montgomery i Ani, cieszyłam się, że zobaczę coś nowego. Aż dziw, że nie mieliśmy do tej pory czasu, aby wybrać się do Nowej Szkocji. Na szczęście w tym roku podjęliśmy decyzję, a spotkanie z Megan Follows, do którego doszło podczas tego wyjazdu, było prawdziwą wisienką na torcie.

Maud nie ukrywała, że książkowy Kingsport inspirowany był Halifax’em, zaś Uniwersytet Redmondzki — Uniwersytetem Dalhousie, do którego uczęszczała w latach 1895-1896 autorka „Ani z Zielonego Wzgórza”. Poza rokiem uniwersyteckim Maud spędziła w Halifax’ie kilka dodatkowych miesięcy w latach 1901-1902 jako redaktorka „The Daily Echo”.

Zapraszam zatem na wizytę w Kingsporcie L.M. Montgomery.

"Kingsport jest starym, osobliwym miastem, pamiętającym swe najwcześniejsze lata, gdy było małą, niepozorną osadą za czasów kolonizacji. Przetrwało spowite w atmosferę starożytności jak poważna matrona, ubrana w staromodne szaty, zabytki swej młodości. Gdzieniegdzie daje się zauważyć piętno nowoczesności, lecz samo centrum pozostało nie tknięte dłonią postępu. Miasto przepełnione jest mnóstwem ciekawych zabytków, które opiewają romantyczne legendy dawnej przeszłości. Niegdyś, podczas najazdów dzikich plemion indiańskich, było ono punktem granicznym - działo się to w owym czasie, gdy Indianie postanowili upomnieć się o swoje dawne prawa. Potem Kingsport stał się niejako kością niezgody między Anglikami a Francuzami i przechodził co pewien czas z rąk do rąk. Oczywiście każda taka zmiana zostawiała ślady na wewnętrznym życiu miasta. 

W samym środku parku miejskiego wznosi się wysoka wieża, zabazgrana autografami licznych turystów, a tuż poza miastem na niskich wzgórzach pozostały jeszcze ruiny dawnych fortyfikacji francuskich i kilka starych luf armatnich sterczących w czeluściach między murami. Kingsport posiada rozmaite zabytki historyczne, niezwykle ciekawe dla przyjezdnych, a wśród tych zabytków na pierwszy plan wysuwa się stary cmentarz Świętego Jana. Położony w samym centrum miasta, otoczony jest z dwóch stron staroświeckimi kamienicami, a z dwóch - nowoczesnymi, ruchliwymi ulicami. Mieszkańcy Kingsportu dumni są z tego cmentarza, każdy z nich bowiem posiada tam mogiłę swego przodka. Większość grobów wykonana jest w sposób raczej prosty, z szarego lub brązowego kamienia, z rzadka tylko można zauważyć jakiś grobowiec ozdobiony rzeźbami. Na wielu grobach czas dokonał już zniszczenia. Napisy starły się zupełnie albo też odczytuje się je z wielką trudnością. Cały cmentarz ocieniają rozłożyste konary klonów i wierzb - słychać tam tylko szum wiatru i spadających liści, daleki gwar uliczny nie zakłóca spokoju."

“- Twój pokój jest frontowy, z widokiem na stary cmentarz Świętego Jana, który graniczy z ulicą. 
- To brzmi naprawdę okropnie! - zadrżała Ania. - Wolałabym już raczej pokój wychodzący na podwórze.
- O, nie, to ci się tylko zdaje. Bądź cierpliwa, a zobaczysz. Cmentarz Świętego Jana jest bardzo miły. Jest on jednym z najprzyjemniejszych zakątków w Kingsporcie. Wczoraj zwiedziłam go, tak dla przyjemnej przechadzki. Dookoła otoczony jest wysokim murem i aleją starych drzew. W środku biegną również aleje wysadzane drzewami i jest mnóstwo przedziwnych starych grobowców z równie dziwnymi napisami. Jestem pewna, Aniu, że będziesz tam chodziła uczyć się, zobaczysz. Oczywiście teraz nikogo się już nie chowa na tym cmentarzu. Przed wielu laty postawiono tam piękny pomnik na cześć żołnierzy z Nowej Szkocji, poległych w wojnie krymskiej. Pomnik ten znajduje się naprzeciw wielkiej bramy, w miejscu najodpowiedniejszym do marzeń, jak ty mówisz zazwyczaj.“

Pierwowzorem cmentarza św. Jana był cmentarz św. Pawła (obecnie ”Stare Miejsce Pochówku“).












“- Sądzę, że polubimy Kingsport - rzekł Gilbert. - Jest to bardzo ładne, stare miasto i posiada podobno najpiękniejszy park na świecie. Opowiadano mi, że urządzenie parku jest po prostu nadzwyczajne.”

"Wszyscy usiedli w małym pawilonie, obserwując zachód rozpłomienionej tarczy słonecznej. Po lewej stronie leżało miasto Kingsport ze swymi dachami i wieżami spowitymi zasłoną fioletowego dymu. Z drugiej strony roztaczał się widok na port połyskujący miedzianym blaskiem w ostatnich promieniach słońca. Między nimi kryła się gładka tafla srebrnoszarej wody, a z dali wyłaniała się z oparów mgły Wyspa Williama, jak gdyby stojąc na straży miasta. Światło latarni morskiej promieniowało przez mgłę jak zwodnicza gwiazda, a w głębi na horyzoncie odpowiadały mu światła innych latarni."








"W owym małym pawilonie w pobliżu portu, gdzie prowadzili z sobą po raz pierwszy ożywioną pogawędkę, Robert zaproponował Ani, aby została jego żoną. Oświadczyny te ze względu na owo pamiętne miejsce i na piękne słowa, jakimi zostały wypowiedziane, wydały się Ani niezwykle romantyczne. Efekt był wspaniały. I to wszystko była prawda. Nie ulegało wątpliwości, że Robert był bardzo szczerym chłopcem i na pewno mówił to, co czuł. Wszystko więc zdawało się sprzyjać tej symfonii uczuć. Ania czuła, że powinna w tym momencie drżeć od czubka głowy do pięt. Tymczasem słowa Roberta nie wywołały w niej ani cienia dreszczu i była przerażająco zimna. Robert siedział przez chwilę w milczeniu, oczekując jej odpowiedzi. Czerwone wargi Ani rozchyliły się i miała już wypowiedzieć to króciutkie „tak”, gdy oto poczuła, że drży - ale jak człowiek, który w ostatniej chwili cofnął się znad brzegu przepaści. W umyśle jej zrodziło się nagle jak błyskawica zrozumienie tego wszystkiego, czego była nieświadoma przez długie lata. Cofnęła dłoń z uścisku Roberta. 
- Nie, nie mogę zostać twoją żoną… Och, nie mogę… nie mogę! - zawołała z bólem."



"- Wracajmy do domu Aleją Spofforda - zaproponował Gilbert. - Zobaczymy wszystkie „piękne domy”, które zamieszkuje przeważnie arystokracja. Aleja Spofforda jest najwspanialszą ulicą w Kingsporcie, budują tam swoje wille tylko sami milionerzy. 
- Och, doskonale! - zawołała Iza. -Właśnie chciałam ci coś ciekawego pokazać, Aniu. Dostrzegłam tam pewien domek, który na pewno nie został wybudowany przez milionera. Domek ten znajduje się zaraz przy bramie parku i wyrósł prawdopodobnie jeszcze w owym czasie, gdy Aleja Spofforda była tylko zwykłą wiejską drogą. Mówię: wyrósł, bo jestem pewna, że nie został wybudowany! Tamte wielkie domy wcale mi się nie podobają, bo są zbyt nowe i zbyt wspaniałe. Za to ten mały domeczek jest jak marzenie, nazywa się… ale zaraz, musisz go przedtem zobaczyć. Istotnie, gdy schodzili z niewielkiego pagórka porośniętego sosnami, dostrzegli już z oddali ów domek, o którym opowiadała Iza. Stał na skrzyżowaniu ulic, a z obydwu stron otaczały go wysokie sosny, zdające się sprawować nad nim macierzyńską opiekę. Domek był zarośnięty dzikim winem, z którego wyzierały okna, opatrzone w proste zielone okiennice. Przed wejściem znajdował się ogródek, okolony niskim, murowanym parkanem. Mimo jesiennej pory w ogródku panowała zupełna wiosna pełno w nim było świeżej zieleni - rosły tu wiązy, drzewka cytrynowe, jaśmin, petunie, nagietki i chryzantemy. Od furtki do frontowego wejścia domku biegła wąziutka ścieżka, wybrukowana lśniącymi kamykami. W ogóle sam domek sprawiał wrażenie chatki przeniesionej tutaj z najgłuchszej wsi. Jednakże było w nim i wokoło niego „coś”, co sprawiało, że znajdujący się w jego najbliższym sąsiedztwie wysoki, potężny dom, własność króla tytoniowego, wydawał się wręcz brzydki, pomimo całej swej wspaniałości. Zdaniem Izy różnica polegała na tym, że mały domek „zjawił” się nagle, a tamten wielki jego sąsiad został „zbudowany” ludzką ręką. 
- Najładniejszy zakątek, jaki kiedykolwiek widziałam! - zawołała Ania z zachwytem. - Widok tego domku wywołał w mojej duszy jeden z moich dawnych dreszczy. Uważam, że jest nawet o wiele ładniejszy od kamiennego domku panny Lawendy. 
- Powinnaś zapamiętać jego nazwę - wtrąciła Iza. - Patrz, na łuku bramy widnieje napis: Ustronie Patty. Podoba ci się? Nazwa ta nie pasuje dziwnie do otoczenia tych wspaniałych willi. „Ustronie Patty”, czyż to nie ślicznie brzmi? Po prostu uwielbiam tę nazwę. "






Poza miejscami pojawiającymi się w „Ani na uniwersytecie”, udało nam się zobaczyć również kilka miejsc, które Maud wspomina w swoim Dzienniku — Uniwersytet Dalhousie, kościół Fort Massey, do którego uczęszczała L.M. Montgomery, pensjonat na Church Street, w którym mieszkała w latach 1901-1902 i przepiękne Ogrody Miejskie, które nas najbardziej zachwyciły.