poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Pogrzeb pisarki


24 kwietnia obchodziliśmy 77 rocznicę śmierci L.M. Montgomery, dziś natomiast przypada 77 rocznica pogrzebu słynnej pisarki. 29 kwietnia 1942r. została ona pochowana na wiejskim cmentarzyku w Cavendish, w miejscu, które wybrała w 1923r. Po 31 latach spędzonych w Ontario wróciła do miejsca, które kochała, jak żadne inne.


Pomimo tego, że dwa razy w swoich Dziennikach Maud wyraziła konkretne życzenie co do epitafium, jakie chciałaby na swoim nagrobku, próżno go szukać — jej życzenie nie zostało spełnione. W kwietniu 1942r. nikt nie znał woli pisarki, zaś po publikacji Dzienników rodzina nie postarała się o to, aby na nagrobku pojawiły się słowa wybrane przez Maud:

„Zasnęła spokojnie po życia gorączce.”

W grudniu 1919r.  Maud wyznała w Dzienniku:

„Ufam, że będę spała dobrze – i nie będę śniła. Bo sądzę, że będę potrzebowała dużo czasu, aby odpocząć.“

Po trudnym 1919 roku przyjdą niestety kolejne, jeszcze trudniejsze, lata. W 1933r. Maud nie będzie w stanie pisać nawet w Dzienniku — sytuacja, w której znajdzie się w rezultacie błędów popełnionych przez swojego syna Chestera, będzie tak ciężka, że po raz pierwszy w życiu Maud będzie potrzebowała aż trzech lat, żeby móc wrócić do pisania historii swojego życia. 

Męczarnia skończyła się w piątek, 24 kwietnia 1942r. w pięknym domu nad rzeką Humber, który Maud nazwała „Końcem Podróży”. Jednak prawdziwy kres ziemskiej podróży dokonał się dopiero w Cavendish, do którego przetransportowano zwłoki pisarki po jej śmierci. Spoczęła na krótko na Zielonym Wzgórzu, z którego o 14:30 w środę 29 kwietnia odbyło się wyprowadzenie zwłok do Kościoła w Cavendish — tego samego, w którym grała na organach, uczyła w Szkole Niedzielnej i w którym poznała swojego przyszłego męża. Wielebny John Stirling, przyjaciel rodziny, który 31 lat wcześniej udzielił ślubu Maud i Ewanowi, tym razem przewodniczył smutnej ceremonii. W ówczesnej prasie nie pojawiły się wzmianki o dziwnym zachowaniu Ewana Macdonalda — świadkowie wyraźnie słyszeli jego pytania o nabożeństwo i zmarłą osobę. Być może Ewan przeżył szok, choć bardziej prawdopodobne jest to, że do jego stanu przyczyniły się leki, które zażywał. 

Podczas ceremonii odczytano fragmenty jednego z opowiadań Maud — „Każdy własnym językiem”. Opowiadanie to kończy się następująco:

„Bowiem twoja odpowiedzialność jest tak wielka, jak twój dar i Bóg cię z niego rozliczy. Przemawiaj do świata swoim własnym językiem talentu, prawdziwie i szczerze; a wszystko, czego się spodziewam po tobie zostanie spełnione.” (tłumaczenie własne)

National Archives of Canada

czwartek, 4 kwietnia 2019

O Wyspie inaczej (relacja Inez)


Autor: Inez Dana

W ubiegłe wakacje miał się zrealizować mój piękny sen, moje wieloletnie marzenie o wizycie na Zielonym Wzgórzu.  To marzenie było już dojrzałe niemal tak, jak ja sama, może o jakieś 12-13 lat młodsze i włożone przeze mnie do „szufladki” – NIEOSIĄGALNE.

Minęło blisko 16 miesięcy, odkąd zdecydowałam, że to właśnie jest ten czas, by je zrealizować. Decyzja nie była łatwa, z wielu powodów, jednak coś we mnie pękło. Życie mamy jedno, a czasu nie da się cofnąć by zrobić coś, czego się bardzo chciało i co się zbyt długo odkładało. Ta świadomość oraz jednoczesna pomoc i  wsparcie moich dążeń  ze strony wyjątkowej i nieocenionej Bernadki sprawiły, że zaczęłam rozglądać się za biletami lotniczymi za ocean.  Zimą otrzymałam wizę do USA i  zakupiłam bilety dla mnie i mojej córki oraz dopytałam, jakie formalności trzeba przejść, by dostać się na Wyspę Księcia Edwarda. Było to dla mnie ogromne przeżycie, już na tym etapie, choć chyba zawsze tak jest, gdy marzenie zaczyna się materializować. Pomimo biletów w ręku i załatwionych formalności, cały czas nie wierzyłam, że uda mi się je spełnić.

Nasz długi lot, lądowanie i zwiedzanie Nowego Jorku było jak film, który oglądałam, film o nas w Nowym Jorku. Było to zupełnie surrealistyczne doświadczenie, ale jakże miłe! Nie wyobrażałam sobie nigdy w życiu, że będę patrzyła, jak moja córka gania gęsi, mając  za plecami  majaczącą Statuę Wolności albo wiewiórki, nie w rodzimych Łazienkach Królewskich, a w Central Parku w centrum NY. To było NIESAMOWITE!!! Dzięki Bernadce, która zechciała wziąć nas w podróż mojego życia mogłam oglądać między innymi właśnie takie wyjątkowe obrazki. Piszę o tym, byście wiedzieli, jak bardzo ta podróż była dla mnie nierealnym przeżyciem.



Gdy przyszedł moment wyjazdu na Wyspę Księcia Edwarda, miałam poważne obawy, że zaraz się obudzę w domu i będę musiała iść do pracy. Tak bardzo było to dla mnie nierealne, pomimo oglądania, dotykania, odczuwania smaków i zapachów zaoceanicznych elementów krajobrazu. Niezależnie od moich zmysłów, najzwyczajniej nie mogłam uwierzyć, że jadę na Wyspę, a już najmniej w to, że zobaczę wymarzone Zielone Wzgórze i dane mi będzie podziwiać widoki, które oglądała wielka pisarka.

Podróż była długa, jednak w takim towarzystwie, można byłoby jechać i dużo dalej 😊Miałyśmy wreszcie ten czas (jednakowy dla mnie i dla Bernadki),  kiedy mogłyśmy swobodnie porozmawiać na rozmaite tematy, nie zważając, że któraś z nas właśnie „kradnie” chwile swojego snu bądź innych obowiązków domowych. To było dla mnie wielką wartością, na którą również bardzo czekałam.

Przejechałyśmy 3 stany i przed nami ukazała się granica z Kanadą. Myślałam, że będę się bardziej stresować, ale chyba mój umysł już nie mógł bardziej niż na granicy z USA, więc zupełnie bez  stresu z mojej strony, przekroczyłyśmy granicę z Kanadą. Za kilka chwil (w stosunku do przejechanych mil) pojawił się wspaniały widok – Most Konfederacji – a to wiedziałam już z bloga Bernadki i jej opowiadań, niechybny znak, że jednak, za chwilę będziemy na Wyspie😊😊😊 To było dla mnie wielkie przeżycie, tak emocjonalne, jak i wizualne!!!  Dość powiedzieć, że jednak nagle,  znalazłam się w dziecięcej krainie marzeń, wewnątrz mojej najukochańszej powieści o rudowłosej Ani…

Nie będę opisywać jak piękna jest Wyspa, jak cudownie było odwiedzić Zielone Wzgórze czy dom rodzinny Maud, jak wspaniale czuje się człowiek, gdy znów może być przez chwilę w krainie swojego własnego dzieciństwa w tak dojrzałym wieku.  Nie da się tego opisać! Opis, choćby najdoskonalszy jest bardzo daleki od rzeczywistej urody miejsca i emocji, jakich dostarcza taka wyprawa.

Z tego właśnie powodu, postaram się napisać parę słów o Wyspie i mojej wyprawie nieco inaczej.  Postaram się odpowiedzieć na zapytane mi  przez Bernadkę pytanie, o to, co mnie zdziwiło, czy zaskoczyło lub było bardzo inne od znanego mi  na tej wspaniałej Wyspie Księcia Edwarda. Najchętniej odpowiedziałabym, że wszystko: widoki są tak piękne, że nawet doskonałe, wręcz idealne zdjęcia Bernadki, to jednak spłaszczone obrazy zawierające ograniczoną  przez aparat  ilość barw i zupełnie nie oddające wielkich wspaniałych głębi, przestrzeni i barw jakie są na Wyspie na każdym kroku. Ale miałam przecież pisać o tym co mnie zdziwiło, więc …

W całkowite zdumienie wprawiła mnie bardzo duża „strefa własnego komfortu” wśród ludzi, której nie należy przekraczać (np. będąc w sklepie, już wówczas, gdy ktoś przechodzi, w jego odczuciu zbyt blisko, słyszy się „Sorry”), podczas gdy w Polsce, niekiedy ktoś wpadnie na ciebie albo stanie na nodze, czy potrąci i ciężko jest usłyszeć „przepraszam”. Ta strefa osobistego komfortu jest bardzo duża, czyli mijamy się w znacznej odległości od siebie w przestrzeniach publicznych, warto o tym pamiętać, bo inaczej, to my powodujemy zdziwienie i dyskomfort u innych. 

Fantastyczne i inne niż u nas jest to, że właściwie w większości sklepów (i tych większych i tych mniejszych) czy innych miejsc publicznych są urządzenia klimatyzacyjne, co w upalne dni jest bardzo przyjemnym uczuciem. Pomimo wysokich temperatur nie czułam tam też od napotkanych ludzi żadnych niemiłych bądź przesadnie narzucających się zapachów, to też nieco inaczej niż bywa u nas… 

Kolejna „inność” to „amerykański uśmiech” również na Wyspie. Ma się wrażenie, że mieszkają tam wyłącznie zadowoleni z życia ludzie, co powoduje, że wywozi się stamtąd, poza niezapomnianymi wrażeniami, takie właśnie odczucie o Wyspiarzach. Są też bardzo pomocni i przyjemni dla turystów.

Miałam taką sytuację zwiedzając Wyspę: Bernadka zawiozła mnie samą do domu rodzinnego Maud, bym mogła go zwiedzić. Nie wymagało to karkołomnej znajomości języka, a ona miała coś do załatwienia w tym czasie. Gdy wysiadłam z samochodu, oczywiście zaczęłam od obfotografowania tego uroczego domku, by mieć pamiątkę. Dla mnie to była jedna z ważniejszych wizyt podczas tych wymarzonych wakacji. Takie miejsce, którego nie sposób nie obejrzeć, wszak to tu wszystko się zaczęło. Tak więc jak już obfotografowałam z zewnątrz całą posiadłość, poszłam kupić bilety i ruszyłam oglądać wnętrza. Mając moje wyjątkowe szczęście do sytuacji trudnych, mój telefon, którym robiłam zdjęcia, zawiesił się już na parterze, w pierwszym oglądanym przeze mnie pokoju. To co sobie pomyślałam, to nie było nic fajnego, więc pominę wielkim milczeniem furię, która we mnie zamieszkała w tej jednej chwili.  Wielokrotne próby odwieszenia telefonu spełzły na niczym. Zwiedzałam więc nie robiąc ani jednego zdjęcia, starając się jak najwięcej zapamiętać, podczas, gdy oczy zachodziły mi łzami. Byłam w podłym humorze, bo wiedziałam, że do Warszawy wrócę, bez tych, jakże cennych dla mnie zdjęć. Pamięć jak wiadomo jest ulotna, więc było mi przykro, że nie będę mogła jej niczym wesprzeć, gdy wrócę do domu. Po zwiedzeniu tego wspaniałego miejsca i wyjściu, oczywiście aparat się odblokował. Gdy  Bernadka przyjechała po mnie i gdy spytała mnie, czy zrobiłam sobie jakieś fajne fotki, usłyszała moją historię. W jednej chwili zdecydowała, że muszę mieć stamtąd zdjęcia i żebym poszła tam ponownie. I tu kolejne zdumienie. Gdy Bernadka powiedziała obsłudze, co mi się przytrafiło, zaproszono mnie do obejrzenia ponownie muzeum i to BEZ ponownej opłaty za zwiedzanie, co u nas też raczej nie jest standardowym postępowaniem.  

Kolejna przygoda wydarzyła się w jednym ze sklepów z upominkami różnego typu, w Charlottetown. Pani obsługująca pytała KAŻDEGO klienta przy kasie, skąd przyjechał 😊.  Gdy usłyszała, że jesteśmy z Polski, aż się rozpromieniła  Rozmawiała z nami ze 3 minuty o tym, że była w Polsce, że ma tam „wujka… nie stryjka”(co powiedziała po polsku) i że nasza kuchnia jest WSPANIAŁA! Szczególnie bigos i schabowe 😊 Jak tu nie pokochać Wyspiarzy?! Dopytywała nawet z jakiego miasta jesteśmy, bo Ona była w Krakowie i Warszawie. I wiecie co? Nikt z kolejki nie wykazał nawet zniecierpliwienia na tę nieco dłuższą niż standardowa pogawędkę…. No u nas to jednak trochę inaczej wygląda, więc to też mnie miło zdziwiło na Wyspie.

Wioska Avonlea, to dla turystów miejsce wyjątkowe, jednak co już widzieliście na blogu, zmienia się ono trochę jak nasze miejscowości nadmorskie. Robi się tu bardziej komercyjnie, mam wrażenie, jednak jest to ucieleśnienie Avonlea, więc koniecznie musiałam się tam znaleźć. Jest tam cudowne miejsce… Lodziarnia Cows. Można kupić tam wiele smaków lodów np.: Moonana Bread, Moo York Cheesecake, Moo Malt Crunch, Cookie MooNster albo CowCow Nut, mmmmm PYCHA! Uwielbiam lody, do tego w takim miejscu, MUSIAŁAM ich spróbować. Po dość krótkim zastanowieniu, wzięłam sobie 2 kulki i to okazało się zupełnie nieprzemyślaną decyzją. Kulki w Cows są przynajmniej 2x takie jak kulki u nas. Czyli w moim wafelku znalazło się jakby 4 nasze kulki lodów i to z tych większych niż normatywne. Tego zupełnie się nie spodziewałam, ale jak przystało na fankę lodów szczególnie - CowCow nut-owych 😊,  dałam radę. Uwaga, w Cows można wziąć kulkę podzieloną na dwa różne smaki, to też inaczej niż u nas.

Kolejne zdziwienie miało również miejsce w wiosce Avonlea. Weszłyśmy do jednego z domków – sklepików i tam, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, na jednej z półek ujrzałam nie co innego jak książkę MAPS (Mapy) Pp. Mizielińskich, Wydawnictwa Dwie siostry! Tego zupełnie się nie spodziewałam na Wyspie Księcia Edwarda!


A propos sklepów i zakupów - będąc na Wyspie, trzeba pamiętać, że sklepy są dość daleko (i to wszystkie), więc, jak zabraknie (tak jak mnie się zdarzyło) chusteczek do nosa, to „bida”, bo trudno robić wyprawę do sklepu po paczkę chusteczek, a niestety nie wyjdzie się do sklepu „pod domem” i nie kupi ani nie podejdzie się na piechotę, jak to bywa u nas na wsiach, bo pobocze właściwie nie istnieje, a odległości są duuuuże, więc należy dokładnie i skrupulatnie wykonać listę zakupów PRZED pójściem do sklepu, by uniknąć takich sytuacji. 

Bardzo pozytywnie i inaczej niż u nas zaskoczyła mnie wielość świątyń  różnych wyznań. Z tego co zauważyłam, to często bywają w niedalekim od siebie sąsiedztwie i jest ich spora różnorodność.

Poczta, tak w USA jak i tym bardziej na Wyspie, to miejsce, które chce się odwiedzać, to też zgoła inaczej niż u mnie niestety… 😭Tęsknię za tą zaoceaniczną pocztą bezgranicznie! O  tym jak bardzo tęsknię za Wyspą, nie będę pisała, bo tę tęsknotę, choćbym nie wiem jak ją opisywała, może zrozumieć chyba tylko  ten, kto tam chociaż przez chwilę był.


To dzięki Tobie Bernadko spełniło się moje wielkie marzenie  wizyta na Zielonym Wzgórzu ❣❣❣ Nie myślałam, że kiedykolwiek je zrealizuję. Wiem, że nie mogłoby się to udać, gdyby nie było Cię przy mnie Bernadko i gdyby nie Twoje inspirujące wpisy na blogu. 
DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO SERCA  ❣❣❣








czwartek, 28 marca 2019

Co na Wyspie zdziwiło Magdę



Autorka tekstu: Magdalena Idzik
Autorzy zdjęć: Magdalena Idzik i Kamil Dybicz
Blog Magdy: Madziowy Chaos



Wymarzona Wyspa Księcia Edwarda… Miejsce, o którym przeczytałam w wieku lat ośmiu, a w wieku lat dwunastu (i kilkunastu książkach później) powzięłam decyzję, że kiedyś i ja tam pojadę/polecę/popłynę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak i kiedy, ale że się to spełni – byłam tego pewna. A mimo to, siedząc w samolocie do Toronto 23-go czerwca 2017 roku, w same swoje 30. urodziny, ciężko mi było uwierzyć, że to wszystko naprawdę się dzieje, a cel moich marzeń jest już niemal na wyciągnięcie ręki.

Nasza podróż, mojego męża Kamila i moja, była zaplanowana na 2 i pół miesiąca. Zaczynaliśmy ją i kończyliśmy w Toronto, a głównym celem była Wyspa, na której chciałam spędzić całe 3 tygodnie. Niektórym może się wydawać, że to za dużo czasu na tak małą wyspę, ale moim marzeniem było, by choć przez chwilę tam „zamieszkać”, poczuć klimat, zrozumieć dlaczego L. M. Montgomery tak ukochała właśnie ten skrawek ziemi. Nadal uważam, że przez te 3 tygodnie udało nam się zaledwie „liznąć” atmosfery życia na Wyspie. Ale wiadomo: Wyspiarzem trzeba się urodzić. 😏

Punktem wyjścia dla tych moich swobodnych rozważań ma być jednak konkretne pytanie zadane mi przez Bernadetę: co na Wyspie mnie zdziwiło, a nawet zszokowało? Myślę, że część rzeczy, o których napiszę będzie dotyczyło ogólnie Kanady (bo są to zagadnienia, które się powtarzały i w innych miejscach w kraju), a część samej Wyspy.

Po pierwsze: trudności, jakie napotkaliśmy z wynajęciem samochodu. Do tej pory nie wiem, czy mieliśmy wyjątkowego pecha do obsługi w tej wypożyczalni w Toronto (i jej niechęci wobec obcokrajowców) czy inne wypożyczalnie mają takie same procedury. Niemniej, myślę, że wspomnę o tym, gdybyście tak jak i my, decydowali się na wypożyczenie samochodu w Kanadzie. Okazało się, że jednymi z kluczowych pytań były te, które dotyczyły naszego stałego (!) adresu w Kanadzie oraz naszego kanadyjskiego (!) numeru kontaktowego (adres mailowy nie był wystarczający dla wypożyczalni). Warto zatem pomyśleć o tym, by znać jakiś kanadyjski adres, np. znajomego/kogoś z rodziny, który w razie czego można podać, a także numer telefonu tej osoby bądź by samemu kupić sobie kartę do telefonu z kanadyjskim numerem, którego będziemy używać podczas podróży. My początkowo podaliśmy dane znajomego, u którego zatrzymaliśmy się przez pierwszy tydzień w Toronto, a po zaopatrzeniu się w kanadyjski numer telefonu podaliśmy go w wypożyczalni. Faktycznie, w czasie naszej podróży wypożyczalnia kontaktowała się z nami, gdyż musieliśmy dokonać zmiany auta z przyczyn od nas niezależnych.

Po drugie: internet mobilny, czyli coś, co dla nas w Polsce jest już właściwie codziennością. Niemal każdy z nas ma nielimitowany dostęp do internetu z komórki, a tym samym łączność „ze światem”: FB, Messenger, Instagram, GoogleMaps… Wydawałoby się, że w takim kraju jak Kanada wystarczy pójść do najbliższego punktu z telefonią komórkową, zaopatrzyć się w odpowiednią kartę do komórki i problem z głowy. Tymczasem nic bardziej mylnego! Internet mobilny jest bardzo drogi i nikt właściwie z niego w Kanadzie nie korzysta. Rozwiązaniem jest korzystanie z darmowego wifi, które, znów trochę odwrotnie niż u nas, jest wszędzie. 😏

W każdej kawiarni/restauracji/na stacji benzynowej można bez problemu połączyć się z internetem, także miejsca noclegowe właściwie zawsze mają wifi. Jeżeli będziecie podróżowali tak jak my, czyli samodzielnie wypożyczonym samochodem, polecamy korzystać z aplikacji GoogleMaps i pobierać na telefon zawczasu mapy offline danego obszaru, w ramach którego będziecie się poruszać danego dnia.

Po trzecie: piwnice mieszkalne. Tak, to jest zdecydowanie coś, co mnie zdziwiło i o czym nie miałam pojęcia! Większość domów, w których się zatrzymywaliśmy była tak urządzona, że piwnice stanowiły integralną część domu, w której bardzo często ktoś mieszkał, ponieważ znajdowała się tam jego sypialnia i oddzielna łazienka. Także i my, będąc właśnie na Wyspie, wynajęliśmy na tydzień taką urządzoną piwnicę, w której mieściła się nasza sypialnia, łazienka, a także kuchnia oraz miejsce do odpoczynku (sofa i telewizor). W Polsce piwnice są przede wszystkimi składzikami rzeczy różnych, czasem pełnią funkcję spiżarni, często są połączone z garażem i nigdy bym nie pomyślała, by mogły stać się częścią mieszkalną. A jednak! 😊

Czwarta kwestia, o której napiszę, dotyczy już samej Wyspy: płatny wjazd, czy też raczej wyjazd, który warto mieć na względzie – w tej chwili przeprawa przez most kosztuje 47,75 CAD (ok. 140 zł). O tym szczególe dowiedziałam się już planując naszą wyprawę, ale biorąc pod uwagę, że planowaliśmy tam zostać 3 tygodnie, to ten dodatkowy wydatek nie był duży. Myślę jednak, że jest to informacja, która sprawia, że warto rozważyć, by na Wyspie pobyć dłużej niż tylko 1-2 dni, a także, by pamiętać, że płacimy ZA KAŻDYM wyjazdem, a zatem mało opłacalny jest pomysł, by zatrzymać się poza Wyspą i dojeżdżać na nią codziennie lub co drugi dzień.

Piąte zaskoczenie było niezwykle przyjemne: chodzi o liczbę latarni morskich, które są rozsiane po całej Wyspie. Jest ich aż 63! Z tej wspaniałej informacji, która dość szybko zakorzeniła się w mojej głowie, wykiełkował pomysł, by to właśnie latarnie były niejako naszymi „przewodnikami” po Wyspie. 😊 Od razu mogę powiedzieć, że nawet przez te 3 tygodnie, które spędzaliśmy bardzo aktywnie, nie udało nam się zobaczyć/odkryć wszystkich. Trzeba wziąć też pod uwagę, że część z nich, co też mnie zaskoczyło, mieści się na prywatnych posesjach, gdzie obowiązuje zakaz wstępu (mimo że z pozoru nic nie jest ogrodzone, a droga wydaje się przedłużeniem wcześniejszej trasy), a część wyszła już z użytku i… zarosła. Mimo to „tropienie” poszczególnych latarń dodawało naszemu zwiedzaniu dodatkowego dreszczyku emocji. 😊

Szóste zaskoczenie nastąpiło przy robieniu zakupów i dotyczy całej Kanady (obojętnie czy mówimy o dużych miastach, np. takich jak Toronto, czy też małych miejscowościach na Wyspie): w dużych marketach znajdziecie niemalże tylko warzywa i owoce pochodzące z ościennego USA. Serio! Bardzo trudno w sklepach wielkopowierzchniowych znaleźć kanadyjskie/lokalne świeże produkty. Dlatego warto wiedzieć, że w Kanadzie istnieje coś takiego jak Farmers Market, które można przyrównać do naszych polskich targowisk/rynków. Jadąc do jakiegoś miejsca w Kanadzie warto zorientować się zawczasu gdzie taki targ się odbywa, w który dzień i w jakich godzinach. Naprawdę warto choć raz odwiedzić Farmers Market, gdyż nie tylko będziecie mogli kupić wspomniane już lokalne owoce i warzywa (bezpośrednio od dostawców!), ale nieraz też i przetwory, wypieki, a nawet produkty rzemieślnicze czy wyroby lokalnych artystów.

Jak już jesteśmy przy warzywach, to ogromnym zaskoczeniem było dla mnie, że Wyspa, oprócz tego, że przyciąga Anią z Zielonego Wzgórza, to słynie także z … ziemniaków! Jako że aktualnie mieszkam w Poznaniu, to poczułam się nieco dziwnie. Tak jakbym z jednego ziemniaczanego królestwa przeniosła się do drugiego (z Pyrlandii do Pyrlandii 😏). Niemniej trzeba przyznać, że ziemniaczane pola na Wyspie naprawdę nieźle się prezentują i są częścią jej pięknego krajobrazu. A jeżeli chodzi o same ziemniaki, to można je spróbować w niejednej restauracji, zjeść w postaci chipsów, można również odwiedzić Canadian Potato Museum (my odwiedziliśmy tylko jego restaurację).

Kolejnym zdziwieniem kulinarnym było to, jak owocami morza stoi wyspiarska prowincja. Niby nie powinno, a jednak… Jakoś nie kojarzyłam tego z książek, choć jakiś czas temu ponownie sięgając po niektóre z nich, zauważyłam, że są wzmianki np. o gotowaniu homara (bodajże w Emilce z Księżycowego Nowiu). W każdym razie na Wyspie można zjeść przepyszne fish & chips, gotowanego homara czy w postaci popularnego lobster-roll, a także zjeść świeże ostrygi. Można nawet pójść o krok dalej i wybrać się na wydarzenie jedyne w swoim rodzaju, czyli Tyne Valley Oyster Festival – festiwal ostrygowy w miejsowości Tyne Valley, który odbywa się nieprzerwanie od 1964 roku. Trochę przypadkiem trafiliśmy tam podczas naszego pobytu w 2017 roku i jest to jedno z naszych najbarwniejszych wspomnień z całej podróży: niesamowita atmosfera, przemili ludzie, a także możliwość podpatrzenia jak można otworzyć ostrygę na tysiąc sposobów. 😏 Poza tym to właśnie tam po raz pierwszy spróbowałam ostryg, gdyż miałam 100 % pewności co do ich świeżości.

Widok na Most Konfederacji od strony Nowego Brunszwiku

Widok z Mostu Konfederacji na zbliżającą się Wyspę Księcia Edwarda

Piękny krajobraz Wyspy z pierwszą latarnią morską w tle, jaką zobaczyliśmy

Jedna z latarń, która mieści się na posesji prywatnej

Pole kwitnących ziemniaków

Latarnia w Tignish, którą otwierałam własnoręcznie. Można było
przez chwilę poczuć się jak latarnik

Nasz wypożyczony samochód, którym przejechaliśmy większość trasy; w tle latarnia Brighton Beach Front Range w Charlottetown

Parada podczas Festiwalu Ostrygi w Tyne Valley

Parada podczas Festiwalu Ostrygi w Tyne Valley

Parada podczas Festiwalu Ostrygi w Tyne Valley


Latarnia morska, do której można podejść tylko podczas odpływu

Nasza Ania walczy z… ziemniakiem o status symbolu Wyspy

Kolejny krajobraz Wyspy z kwitnącym polem ziemniaków
Canadian Potato Museum i… wielki ziemniak


Autorka tekstu: Magdalena Idzik
Autorzy zdjęć: Magdalena Idzik i Kamil Dybicz

Blog Magdy: Madziowy Chaos

poniedziałek, 4 marca 2019

Życie na Wyspie cz. V


Znalazłam wolną chwilkę, więc dziś znów trochę opiszę życie na Wyspie. Cieszę się, że podobają Wam się te wpisy i dziękuję za wszystkie komentarze i wiadomości, które po nich otrzymuję. Mam nadzieję, że dzięki nim poznacie lepiej Wyspę Księcia Edwarda, a tym, którzy się na nią wybierają, pomogą one się lepiej przygotować do wyjazdu i dobrze wypaść 😊

Pamiętacie z pewnością nieszczęsną wpadkę z kolorem, na który pomalowano Dom Ludowy w Avonlea. Do tej pory na Wyspie można znaleźć Domy Ludowe (”Community Halls“), w których odbywają się różne zebrania, spotkania, obchody, koncerty czy przyjęcia. Oczywiście te budynki i teraz wymagają od czasu do czasu remontów, jednak wygląda na to, że po feralnym błędzie młodzieży z Avonlea postanowiono pozyskiwać fundusze w zupełnie inny sposób. Co ciekawe, każdy odwiedzający Wyspę Księcia Edwarda ma okazję dołożyć swoją cegiełkę. Jak więc wyglądają obecne zbiórki funduszy na remonty? Najczęściej podczas różnych występów (np. w czasie ceilidh) sprzedawane są tzw. bilety 50/50. Wygląda to tak, że kupując bilet na występ, można kupić dowolną ilość biletów 50/50 (ceny ich są różne, czasem za większą ilość stosowane są upusty — przykładowo jeden bilet kosztuje $2, a trzy bilety już tylko $5). Kiedy już wszyscy kupią bilety 50/50, sumowane są przychody i zostaje ogłoszone, ile zebrano pieniędzy. Pod koniec występu losowany jest jeden numer i osoba, która ma bilet z tym numerem dostaje połowę zebranej kwoty. Druga połowa zasila konto remontowe Domu Ludowego. Sprytne to, prawda? Oczywiście możliwość wygranej motywuje ludzi do kupowania biletów 50/50 i tym samym stan konta Domu Ludowego zwiększa się dzięki hojności społeczności lokalnej oraz turystów. 

Kolejną sprawą, której chcę poświęcić trochę czasu jest używanie perfum. Z pewnością jesteście bardzo zaskoczeni czytając te słowa... Sama dobrze pamiętam moje zdziwienie po przybyciu do USA i zdziwienie wszystkich, którym mówię o tej kwestii. Zacznę od tego, że Europa i Ameryka Północna mają różne podejście do perfum. Nie znaczy to, że na kontynencie amerykańskim ich się nie używa, ale można zauważyć sporą rozbieżność w procencie społeczeństwa, który je stosuje. Poza tym, co pewnie wywoła u Was prawdziwy szok, istnieją miejsca, w których obowiązuje zakaz używania perfum — mogą to być instytucje, gabinety lekarskie, uczelnie, a nawet kościoły. Tak się składa, że katolicki kościół, do którego chodzę na Wyspie, jest tego przykładem. Dlaczego istnieją te zakazy? Jak się okazuje, pewne zapachy mogą być szkodliwe dla innych, mogą wywoływać silne bóle głowy czy napady astmy. W związku z tym wiele osób rezygnuje z porannego spryskania się ulubionym zapachem — codzienny prysznic, dezodorant, czyste ubrania i klimatyzacja są gwarantem miłego zapachu bez narzucania swoich preferencji wszystkim ludziom wokół. 

Na Wyspie Księcia Edwarda obowiązują bardzo rygorystyczne zasady segregacji odpadów. Po dłuższej nieobecności musimy się z nimi na nowo zapoznawać, a przy koszach mamy zawieszone „ściągi”, które pomagają nam kierować śmieci tam, gdzie powinny się znaleźć. Także recykling różni się od amerykańskiego, więc wszelkie odpady podlegają dokładnej analizie, a jeśli czegoś nie ma na naszych ściągach, próbujemy znaleźć na nich coś na tyle podobnego, żeby sensownie pozbyć się jakiegoś opakowania czy pojemnika. 

W Kanadzie, podobnie jak w USA, inaczej słane są łóżka. Pomiędzy prześcieradłem na materacu a kołdrą czy kocem, znajdziecie dodatkowe prześcieradło, tzw. flat sheet. Każdy zestaw pościeli jest w nie wyposażony i w każdym miejscu noclegowym się z nim zetkniecie. Śpi się więc między dwoma prześcieradłami.

Ceny zazwyczaj podawane są bez podatku, więc cena, którą widzi się na towarze, nie jest niestety ceną końcową. Warto o tym pamiętać, szczególnie jeśli dysponuje się odliczoną gotówką. Podatek doliczany jest nawet do cen znaczków pocztowych! 

Część Polaków odwiedzających Wyspę decyduje się na przylot do USA i wynajęcie samochodu. W takim przypadku należy pamiętać, że w USA obowiązują limity prędkości w milach na godzinę (zazwyczaj na autostradach jest to 55–65 mil/h, w Maine 70–75 mil/h). Przekraczając granicę w Maine traci się godzinę — w Nowym Brunszwiku i na Wyspie Księcia Edwarda obowiązuje czas atlantycki, zaś na Wschodnim Wybrzeżu USA obowiązuje czas wschodni. 

Cdn.

Stanley Bridge Community Hall

czwartek, 21 lutego 2019

Życie na Wyspie cz. IV

Kto powiedział, że nie można się rozkręcić pod koniec lutego? 😊Jak widać, jestem już całkiem rozbudzona, choć za oknem sypie właśnie śnieg i widok ten zupełnie nie pasuje do tematyki, którą dziś się zajmę... Zapraszam na kolejny wpis z ulubionego przez Was cyklu „Życie na Wyspie”. Mam nadzieję, że będzie on dla Was ciekawy.

Spróbuję dziś poopowiadać Wam troszkę o różnych zwyczajach — nie do końca takich, które przychodzą Wam od razu na myśl, ale równie ważnych. Nie będzie to wpis o Świętach Bożego Narodzenia czy Dniu Kanady, dowiecie się natomiast z niego, jak się odnaleźć w pewnych miejscach i sytuacjach.

Wszystkim znane jest przysłowie „Co kraj, to obyczaj” i każdy, kto choć raz przebywał poza Polską, wie dokładnie, o co w nim chodzi. Często dziwimy się jeżdżąc do krajów odmiennych kulturowo, jednak w krajach dosyć zbliżonych do naszego własnego, zdarza się, że umykają nam pewne istotne różnice albo odbieramy konkretne sytuacje w sposób, jaki odbywają się one w naszym własnym kraju.

Jednym z przykładów jest kwestia napiwków w restauracjach i taksówkach (wspominam o nich, gdyż niektórzy z Was korzystali z nich na Wyspie). Pisałam o napiwkach na blogu, jednak postanowiłam rozszerzyć ten temat, aby każdy, kto planuje wyjazd, wyczulił się na tę kwestię. W Polsce napiwki są dobrowolne i zupełnie niezwiązane z ceną — często zostawia się 2–8 zł reszty, zaokrągla rachunek, itp. W Ameryce Północnej jest zupełnie inaczej. Zwyczajowo minimalny napiwek powinien wynieść 15% rachunku przed naliczeniem podatku (20% – 25%+ kiedy jesteśmy bardzo zadowoleni). Trochę mniej można zostawić w kawiarni, w której serwuje się kawę na wynos (max. 10%) czy lodziarni, w której wystawiono w tym celu specjalny pojemnik z napisem ”Tips”. Jeśli płacimy kartą kredytową, na paragonie zauważymy specjalne miejsce na wpisanie kwoty napiwku. Przy większych grupach (8–10+ osób) w większości przypadków napiwek w wysokości 18% jest automatycznie doliczany do rachunku. Te napiwki nie są traktowane jako dodatkowe pieniądze, które kelnerzy chowają do kieszeni — są one częścią ich dochodu. W wielu miejscach napiwki są też dzielone między różnych pracowników, dzięki którym powstają smaczne posiłki i jest czysto. 

Jak w takim razie wyliczyć koszt posiłku? Należy po prostu dodać 30% do ceny, która widnieje w menu restauracji. Jeśli frytki z rybą kosztują 15 dolarów, to zapłacimy, zachowując się zgodnie z obowiązującymi normami, 19,50 dolarów (15% podatku i 15% napiwku, 2,25 dolary w obydwu przypadkach). 

Mam nadzieję, że po tym wyjaśnieniu, nie będziecie w przyszłości mieć żadnych wątpliwości, jak się zachować. 😊

Kolejna kwestia, na którą chciałam zwrócić Wam uwagę to odległość między ludźmi. Trochę zagadkowo to zabrzmiało, więc od razu wyjaśniam, o co dokładnie chodzi. Między Polakami mieszkającymi w USA krąży wiele historii z kolejek do samolotów LOT-u. Czy chce się zachować dystans między sobą a kimś, kto stoi przed nami, czy też nie, reszta osób nie dopuści do żadnej większej przerwy w kolejce. Kilka lat temu stała na przykład za mną pani z ogromną siatką, którą pchała mnie do przodu (zachowałam tyle odległości, aby człowiek przede mną nie czuł mojego oddechu na swojej szyi). Po jakimś czasie znudziły mi się te podchody i zaproponowałam pani z siatką moje miejsce.

Powiecie teraz, że LOT nie lata na Wyspę, ale powyższy przykład dobrze obrazuje nasz brak określonych zasad w przypadku tzw. “personal space” (przestrzeni osobistej). Zarówno w USA, jak i w Kanadzie przestrzeń osobista to przestrzeń około 50–70 cm wokół danej osoby. Przestrzeni tej nie naruszają inni podczas rozmów, chociaż w przypadku braku interakcji, np. w kolejce, można stanąć trochę bliżej. Pomimo tego, iż mieszkam w USA już prawie 19 lat, zawsze uśmiecham się, kiedy ktoś przechodzi obok mnie w supermarkecie i mówi “Excuse me”, choć znajduje się jakieś pół metra ode mnie. Kiedy przyjeżdżam do Polski, zapominam czasem, jak bezpiecznie poruszać się po sklepach, żeby uniknąć kolizji z wózkami, dziećmi i dorosłymi.

Na Wyspie słyszę czasem, jak zachowują się Chińczycy (o nich nasłuchałam się najwięcej), Hindusi (dokładnie to samo słyszałam będąc kierowniczką dwóch biur rachunkowych w USA, więc mnie nie dziwią te historie), Amerykanie i Wyspiarze. Od czasu do czasu słyszę coś na temat Polaków — głównie to, że ktoś o mnie wspominał czy mówił o moim blogu. Czasem dowiaduję się, że Pam Campbell otwarła dla kogoś Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza, bo była to osoba z Polski. Bardzo to miłe. Pamiętajcie jednak, że jeśli zdarzy się taka sytuacja, powinniście zapytać, jaka będzie cena. Sądzę, że będzie to kwota, którą normalnie płaci się za wstęp, ale będziecie mogli zdecydować, czy reflektujecie, czy nie.

W Kanadzie obowiązują też pewne normy odnośnie hałasu i bałaganu wokół siebie, kiedy jest się w sytuacji, w której nasze zachowanie może nie odpowiadać innym. Bardzo niegrzecznie byłoby na przykład głośno rozmawiać przez telefon w jadalni, w której poza nami stołują się inne osoby (np. w hotelu), zostawiać swoje rzeczy w nieładzie w miejscach wspólnych dla wszystkich gości. Najlepiej myśleć o tym w taki sposób — czy moje zachowanie nie wpływa negatywnie na doświadczenia innych osób, które tak, jak ja, wybrały konkretne miejsce noclegowe bądź konkretną restaurację. Z pewnością większość z nas wie, jak się zachować, jednak myślę, że warto dotknąć i tego tematu, gdyż będąc na wyspie, jesteśmy wizytówką naszego kraju.

Chciałabym podzielić się również z Wami trendami w modzie plażowej obowiązującej na wyspie. Pomyślicie, że tu akurat nie powinno być wielkich różnic, jednak jeśli chodzi o mężczyzn, różnica jest kolosalna! W Ameryce Północnej mężczyźni nie noszą żadnych upiętych kąpielówek. Luźniejsze szorty kąpielowe bądź bermudy to obowiązująca od wielu lat moda — mężczyźni w akceptowalnych w Europie skąpych fasonach nie pojawiają się na plażach Wyspy Księcia Edwarda, więc jeśli wybieracie się w lecie z mężem, synem czy tatą, pamiętajcie o tym. Również oczekuje się, że dzieci będą miały na sobie strój kąpielowy — bez względu na wiek i płeć. 

Skoro już mowa o modzie, to wybierając się w krainę Ani z Zielonego Wzgórza, najlepiej zabrać starsze wygodne buty, które będzie można ewentualnie wyrzucić po powrocie. Ten czerwony piasek skutecznie farbuje, więc trzeba być przygotowanym na ewentualne straty. My tradycyjnie wozimy ze sobą galonowy pojemnik z wodą i ręcznik, które bardzo przydają się po powrocie z plaży. 😊

Autobusy szkolne w USA i Kanadzie rządzą się własnymi regułami, więc w kilku słowach wspomnę też o tym, co należy zrobić, kiedy zobaczy się autobus z migającymi żółtymi i czerwonymi światłami. Jeśli zdarzy się Wam taka sytuacja, konieczne jest zatrzymanie się (bez względu na to, po której jest się stronie). Ruszyć można dopiero wtedy, kiedy czerwone światła zgasną, a dzieci są bezpieczne. 

Cdn. 


środa, 20 lutego 2019

Życie na Wyspie cz. III


Wygląda na to, że zapadłam w blogowy zimowy sen. Całe szczęście poza blogiem sporo się dzieje, a co najważniejsze, powoli można zacząć odliczać dni do kolejnego wyjazdu na wyspę.

Wiem, że interesują Was wpisy o tym, jak żyje się na wyspie, więc dziś trochę informacji właśnie z tego podwórka. 

Od końca października na wyspie panuje sroga zima... Na Facebooku i Instagramie można znaleźć masę zdjęć — wiele naprawdę przepięknych. Kiedy zachwycamy się nimi, rzadko chyba zdajemy sobie sprawę, jak trudna jest taka zima (właściwie każda zima) dla mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda. Moi znajomi mają jej po dziurki w nosie i prawie każdy, kto może sobie na to pozwolić, ma w planach wakacje w cieplejszym klimacie.

Rodowici wyspiarze są niezwykle sympatyczni i pomocni. Poza nielicznymi wyjątkami od 12 lat spotykam się na każdym kroku z życzliwością i uśmiechem. W ich przypadku nie jest to dobrze opanowana sztuka aktorska — każdy napotkany człowiek uczy ich czegoś nowego o świecie, a jeśli znalazł się na ich wyspie, to wypada być dla niego miłym. Sprawy jednak mają się inaczej, kiedy wyspiarze są we własnym gronie lub czują się z kimś swobodniej. Wtedy można dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda ich życie.

Podczas wizyty u fryzjera, dowiedziałam się, że pomimo internetu i samochodów, zimy nadal są okresem, w którym wyspa zapada w zimowy sen. Jeśli się nad tym zastanowić, to ma to głęboki sens. W pozostałych porach roku wyspę odwiedzają turyści, farmerzy pracują na polach, rybacy mają ręce pełne roboty, a pozostali wyspiarze udają się do pracy. Jest w związku z tym ciągły ruch, który w dużej mierze ustaje w listopadzie. Oczywiście sporo osób ma całoroczną pracę, jednak zimą osoby zatrudnione w turystyce, rybołówstwie i rolnictwie, spędzają większość czasu w domowym zaciszu. Ze względu na zmienność warunków atmosferycznych, przeciętne gospodarstwo domowe przygotowane jest na dłuższy okres odcięcia od świata w przypadku sporych opadów śniegu. Dzięki gromadzonym przez cały rok w zamrażarkach i spiżarniach zapasom, nie ma potrzeby często wyjeżdżać z domu. Jest za to czas na układanie puzzli, czytanie, oglądanie hokeja, robótki i filmy. 

Na Wyspie Księcia Edwarda mieszka zaledwie 140 tys. osób (na szybko spojrzałam na populację polskich miast i okazało się, że znajomy mi Rybnik ma podobną liczbę mieszkańców), z których 40 tys. zamieszkuje w stolicy prowincji — Charlottetown, a 15 tys. w Summerside. Reszta ludności rozproszona jest na ponad 5 tysiącach kilometrów kwadratowych. 

Skoro mowa o powierzchni, to pamiętajcie o tym, że wyspa nie jest wcale taka mała, jak by się to mogło wydawać. Jeśli macie wrażenie, iż wystarczy Wam rower czy mocne nogi, to bardzo się mylicie. Pisałam już kiedyś o tym, jednak nowi czytelnicy mogą być nieświadomi, więc powtarzam, że na Wyspie konieczny jest samochód.

Pod jednym z moich wpisów padło pytanie o możliwość rozbicia namiotu. Akurat w ubiegłym roku przyjrzałam się temu bliżej i porozmawiałam na ten temat z ludźmi. Po tych rozmowach raczej odradzam taką alternatywę. Nie znaczy to, że z całą pewnością spotkacie się z odmową, jednak i na wyspie popularne stało się airbnb, a niektórzy mieszkańcy oferują nocleg w namiocie czy miejsce pod namiot. Oczywiście są też kampingi z prawdziwego zdarzenia, gdzie spokojnie można sobie zarezerwować pole namiotowe — to z całą pewnością można wziąć pod uwagę, choć osobiście trudno mi to sobie wyobrazić, jeśli ktoś przyjeżdża ze sprzętem z Polski. Jedna z osób, z którymi rozmawiałam na temat namiotu doradziła, że nawet jeśli ktoś pozwoli rozbić namiot w ogrodzie, powinno się uiścić drobną opłatę ($20). 

Często spotykam się z bardzo błędnym wyobrażeniem Polaków na temat tego, jak żyje się w innych krajach. Wydaje nam się, że wszystkim musi być łatwiej, a tak po prostu nie jest. Jednym z podstawowych błędów jest porównywanie zarobków czy najniższego wynagrodzenia, choć w przypadku Wyspy Księcia Edwarda nawet te porównania nie wychodzą bynajmniej szokująco. Pamiętajmy więc będąc na wyspie, że każdy bilet wstępu, każdy nocleg, każdy zakupiony drobiazg czy książka (którą być może udałoby się upolować na eBay o wiele taniej), pomagają tym ludziom żyć cały rok. W mojej pamięci bardzo świeże jest wielkie rozczarowanie po zamknięciu herbaciarni w Lower Bedeque. Jedno lato i miesiąc — tak długo, a raczej krótko, funkcjonowała herbaciarnia zanim podjęto decyzję o jej zamknięciu. Nie było sensu kontynuować, kiedy wielu turystów wchodziło tylko po to, aby za darmo zaliczyć wizytę w domu, w którym LMM przeżyła burzliwy romans. Niestety inni turyści już nie będą mieć takiej szansy. Wielka szkoda. 

W związku z tym, że ludzie nie mają zbyt wiele pieniędzy, zauważyłam, że nie wyrzuca się aż tyle, ile w USA. Jeśli ktoś kupuje sobie jakiś nowy sprzęt, próbuje starszy egzemplarz sprzedać lub oddać komuś, komu może on jeszcze się przysłużyć. Pamiętam, że kiedyś było tak w Polsce, ale nie wiem, czy nadal jest to praktykowane.

Przed każdym wyjazdem z wyspy pakuję żywność, której nie mogę zabrać do USA (wędliny,  sery, owoce i warzywa) i obdarowuję nią sąsiadów. Jeszcze nikt nie odmówił! W USA byłoby mi niezręcznie nawet zaproponować komukolwiek pół opakowania pieczarek, pół kalafiora czy napoczęte mleko. 

cdn.