czwartek, 21 lutego 2019

Życie na Wyspie cz. IV

Kto powiedział, że nie można się rozkręcić pod koniec lutego? 😊Jak widać, jestem już całkiem rozbudzona, choć za oknem sypie właśnie śnieg i widok ten zupełnie nie pasuje do tematyki, którą dziś się zajmę... Zapraszam na kolejny wpis z ulubionego przez Was cyklu „Życie na Wyspie”. Mam nadzieję, że będzie on dla Was ciekawy.

Spróbuję dziś poopowiadać Wam troszkę o różnych zwyczajach — nie do końca takich, które przychodzą Wam od razu na myśl, ale równie ważnych. Nie będzie to wpis o Świętach Bożego Narodzenia czy Dniu Kanady, dowiecie się natomiast z niego, jak się odnaleźć w pewnych miejscach i sytuacjach.

Wszystkim znane jest przysłowie „Co kraj, to obyczaj” i każdy, kto choć raz przebywał poza Polską, wie dokładnie, o co w nim chodzi. Często dziwimy się jeżdżąc do krajów odmiennych kulturowo, jednak w krajach dosyć zbliżonych do naszego własnego, zdarza się, że umykają nam pewne istotne różnice albo odbieramy konkretne sytuacje w sposób, jaki odbywają się one w naszym własnym kraju.

Jednym z przykładów jest kwestia napiwków w restauracjach i taksówkach (wspominam o nich, gdyż niektórzy z Was korzystali z nich na Wyspie). Pisałam o napiwkach na blogu, jednak postanowiłam rozszerzyć ten temat, aby każdy, kto planuje wyjazd, wyczulił się na tę kwestię. W Polsce napiwki są dobrowolne i zupełnie niezwiązane z ceną — często zostawia się 2–8 zł reszty, zaokrągla rachunek, itp. W Ameryce Północnej jest zupełnie inaczej. Zwyczajowo minimalny napiwek powinien wynieść 15% rachunku przed naliczeniem podatku (20% – 25%+ kiedy jesteśmy bardzo zadowoleni). Trochę mniej można zostawić w kawiarni, w której serwuje się kawę na wynos (max. 10%) czy lodziarni, w której wystawiono w tym celu specjalny pojemnik z napisem ”Tips”. Jeśli płacimy kartą kredytową, na paragonie zauważymy specjalne miejsce na wpisanie kwoty napiwku. Przy większych grupach (8–10+ osób) w większości przypadków napiwek w wysokości 18% jest automatycznie doliczany do rachunku. Te napiwki nie są traktowane jako dodatkowe pieniądze, które kelnerzy chowają do kieszeni — są one częścią ich dochodu. W wielu miejscach napiwki są też dzielone między różnych pracowników, dzięki którym powstają smaczne posiłki i jest czysto. 

Jak w takim razie wyliczyć koszt posiłku? Należy po prostu dodać 30% do ceny, która widnieje w menu restauracji. Jeśli frytki z rybą kosztują 15 dolarów, to zapłacimy, zachowując się zgodnie z obowiązującymi normami, 19,50 dolarów (15% podatku i 15% napiwku, 2,25 dolary w obydwu przypadkach). 

Mam nadzieję, że po tym wyjaśnieniu, nie będziecie w przyszłości mieć żadnych wątpliwości, jak się zachować. 😊

Kolejna kwestia, na którą chciałam zwrócić Wam uwagę to odległość między ludźmi. Trochę zagadkowo to zabrzmiało, więc od razu wyjaśniam, o co dokładnie chodzi. Między Polakami mieszkającymi w USA krąży wiele historii z kolejek do samolotów LOT-u. Czy chce się zachować dystans między sobą a kimś, kto stoi przed nami, czy też nie, reszta osób nie dopuści do żadnej większej przerwy w kolejce. Kilka lat temu stała na przykład za mną pani z ogromną siatką, którą pchała mnie do przodu (zachowałam tyle odległości, aby człowiek przede mną nie czuł mojego oddechu na swojej szyi). Po jakimś czasie znudziły mi się te podchody i zaproponowałam pani z siatką moje miejsce.

Powiecie teraz, że LOT nie lata na Wyspę, ale powyższy przykład dobrze obrazuje nasz brak określonych zasad w przypadku tzw. “personal space” (przestrzeni osobistej). Zarówno w USA, jak i w Kanadzie przestrzeń osobista to przestrzeń około 50–70 cm wokół danej osoby. Przestrzeni tej nie naruszają inni podczas rozmów, chociaż w przypadku braku interakcji, np. w kolejce, można stanąć trochę bliżej. Pomimo tego, iż mieszkam w USA już prawie 19 lat, zawsze uśmiecham się, kiedy ktoś przechodzi obok mnie w supermarkecie i mówi “Excuse me”, choć znajduje się jakieś pół metra ode mnie. Kiedy przyjeżdżam do Polski, zapominam czasem, jak bezpiecznie poruszać się po sklepach, żeby uniknąć kolizji z wózkami, dziećmi i dorosłymi.

Na Wyspie słyszę czasem, jak zachowują się Chińczycy (o nich nasłuchałam się najwięcej), Hindusi (dokładnie to samo słyszałam będąc kierowniczką dwóch biur rachunkowych w USA, więc mnie nie dziwią te historie), Amerykanie i Wyspiarze. Od czasu do czasu słyszę coś na temat Polaków — głównie to, że ktoś o mnie wspominał czy mówił o moim blogu. Czasem dowiaduję się, że Pam Campbell otwarła dla kogoś Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza, bo była to osoba z Polski. Bardzo to miłe. Pamiętajcie jednak, że jeśli zdarzy się taka sytuacja, powinniście zapytać, jaka będzie cena. Sądzę, że będzie to kwota, którą normalnie płaci się za wstęp, ale będziecie mogli zdecydować, czy reflektujecie, czy nie.

W Kanadzie obowiązują też pewne normy odnośnie hałasu i bałaganu wokół siebie, kiedy jest się w sytuacji, w której nasze zachowanie może nie odpowiadać innym. Bardzo niegrzecznie byłoby na przykład głośno rozmawiać przez telefon w jadalni, w której poza nami stołują się inne osoby (np. w hotelu), zostawiać swoje rzeczy w nieładzie w miejscach wspólnych dla wszystkich gości. Najlepiej myśleć o tym w taki sposób — czy moje zachowanie nie wpływa negatywnie na doświadczenia innych osób, które tak, jak ja, wybrały konkretne miejsce noclegowe bądź konkretną restaurację. Z pewnością większość z nas wie, jak się zachować, jednak myślę, że warto dotknąć i tego tematu, gdyż będąc na wyspie, jesteśmy wizytówką naszego kraju.

Chciałabym podzielić się również z Wami trendami w modzie plażowej obowiązującej na wyspie. Pomyślicie, że tu akurat nie powinno być wielkich różnic, jednak jeśli chodzi o mężczyzn, różnica jest kolosalna! W Ameryce Północnej mężczyźni nie noszą żadnych upiętych kąpielówek. Luźniejsze szorty kąpielowe bądź bermudy to obowiązująca od wielu lat moda — mężczyźni w akceptowalnych w Europie skąpych fasonach nie pojawiają się na plażach Wyspy Księcia Edwarda, więc jeśli wybieracie się w lecie z mężem, synem czy tatą, pamiętajcie o tym. Również oczekuje się, że dzieci będą miały na sobie strój kąpielowy — bez względu na wiek i płeć. 

Skoro już mowa o modzie, to wybierając się w krainę Ani z Zielonego Wzgórza, najlepiej zabrać starsze wygodne buty, które będzie można ewentualnie wyrzucić po powrocie. Ten czerwony piasek skutecznie farbuje, więc trzeba być przygotowanym na ewentualne straty. My tradycyjnie wozimy ze sobą galonowy pojemnik z wodą i ręcznik, które bardzo przydają się po powrocie z plaży. 😊

Autobusy szkolne w USA i Kanadzie rządzą się własnymi regułami, więc w kilku słowach wspomnę też o tym, co należy zrobić, kiedy zobaczy się autobus z migającymi żółtymi i czerwonymi światłami. Jeśli zdarzy się Wam taka sytuacja, konieczne jest zatrzymanie się (bez względu na to, po której jest się stronie). Ruszyć można dopiero wtedy, kiedy czerwone światła zgasną, a dzieci są bezpieczne. 

Cdn. 


środa, 20 lutego 2019

Życie na Wyspie cz. III


Wygląda na to, że zapadłam w blogowy zimowy sen. Całe szczęście poza blogiem sporo się dzieje, a co najważniejsze, powoli można zacząć odliczać dni do kolejnego wyjazdu na wyspę.

Wiem, że interesują Was wpisy o tym, jak żyje się na wyspie, więc dziś trochę informacji właśnie z tego podwórka. 

Od końca października na wyspie panuje sroga zima... Na Facebooku i Instagramie można znaleźć masę zdjęć — wiele naprawdę przepięknych. Kiedy zachwycamy się nimi, rzadko chyba zdajemy sobie sprawę, jak trudna jest taka zima (właściwie każda zima) dla mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda. Moi znajomi mają jej po dziurki w nosie i prawie każdy, kto może sobie na to pozwolić, ma w planach wakacje w cieplejszym klimacie.

Rodowici wyspiarze są niezwykle sympatyczni i pomocni. Poza nielicznymi wyjątkami od 12 lat spotykam się na każdym kroku z życzliwością i uśmiechem. W ich przypadku nie jest to dobrze opanowana sztuka aktorska — każdy napotkany człowiek uczy ich czegoś nowego o świecie, a jeśli znalazł się na ich wyspie, to wypada być dla niego miłym. Sprawy jednak mają się inaczej, kiedy wyspiarze są we własnym gronie lub czują się z kimś swobodniej. Wtedy można dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda ich życie.

Podczas wizyty u fryzjera, dowiedziałam się, że pomimo internetu i samochodów, zimy nadal są okresem, w którym wyspa zapada w zimowy sen. Jeśli się nad tym zastanowić, to ma to głęboki sens. W pozostałych porach roku wyspę odwiedzają turyści, farmerzy pracują na polach, rybacy mają ręce pełne roboty, a pozostali wyspiarze udają się do pracy. Jest w związku z tym ciągły ruch, który w dużej mierze ustaje w listopadzie. Oczywiście sporo osób ma całoroczną pracę, jednak zimą osoby zatrudnione w turystyce, rybołówstwie i rolnictwie, spędzają większość czasu w domowym zaciszu. Ze względu na zmienność warunków atmosferycznych, przeciętne gospodarstwo domowe przygotowane jest na dłuższy okres odcięcia od świata w przypadku sporych opadów śniegu. Dzięki gromadzonym przez cały rok w zamrażarkach i spiżarniach zapasom, nie ma potrzeby często wyjeżdżać z domu. Jest za to czas na układanie puzzli, czytanie, oglądanie hokeja, robótki i filmy. 

Na Wyspie Księcia Edwarda mieszka zaledwie 140 tys. osób (na szybko spojrzałam na populację polskich miast i okazało się, że znajomy mi Rybnik ma podobną liczbę mieszkańców), z których 40 tys. zamieszkuje w stolicy prowincji — Charlottetown, a 15 tys. w Summerside. Reszta ludności rozproszona jest na ponad 5 tysiącach kilometrów kwadratowych. 

Skoro mowa o powierzchni, to pamiętajcie o tym, że wyspa nie jest wcale taka mała, jak by się to mogło wydawać. Jeśli macie wrażenie, iż wystarczy Wam rower czy mocne nogi, to bardzo się mylicie. Pisałam już kiedyś o tym, jednak nowi czytelnicy mogą być nieświadomi, więc powtarzam, że na Wyspie konieczny jest samochód.

Pod jednym z moich wpisów padło pytanie o możliwość rozbicia namiotu. Akurat w ubiegłym roku przyjrzałam się temu bliżej i porozmawiałam na ten temat z ludźmi. Po tych rozmowach raczej odradzam taką alternatywę. Nie znaczy to, że z całą pewnością spotkacie się z odmową, jednak i na wyspie popularne stało się airbnb, a niektórzy mieszkańcy oferują nocleg w namiocie czy miejsce pod namiot. Oczywiście są też kampingi z prawdziwego zdarzenia, gdzie spokojnie można sobie zarezerwować pole namiotowe — to z całą pewnością można wziąć pod uwagę, choć osobiście trudno mi to sobie wyobrazić, jeśli ktoś przyjeżdża ze sprzętem z Polski. Jedna z osób, z którymi rozmawiałam na temat namiotu doradziła, że nawet jeśli ktoś pozwoli rozbić namiot w ogrodzie, powinno się uiścić drobną opłatę ($20). 

Często spotykam się z bardzo błędnym wyobrażeniem Polaków na temat tego, jak żyje się w innych krajach. Wydaje nam się, że wszystkim musi być łatwiej, a tak po prostu nie jest. Jednym z podstawowych błędów jest porównywanie zarobków czy najniższego wynagrodzenia, choć w przypadku Wyspy Księcia Edwarda nawet te porównania nie wychodzą bynajmniej szokująco. Pamiętajmy więc będąc na wyspie, że każdy bilet wstępu, każdy nocleg, każdy zakupiony drobiazg czy książka (którą być może udałoby się upolować na eBay o wiele taniej), pomagają tym ludziom żyć cały rok. W mojej pamięci bardzo świeże jest wielkie rozczarowanie po zamknięciu herbaciarni w Lower Bedeque. Jedno lato i miesiąc — tak długo, a raczej krótko, funkcjonowała herbaciarnia zanim podjęto decyzję o jej zamknięciu. Nie było sensu kontynuować, kiedy wielu turystów wchodziło tylko po to, aby za darmo zaliczyć wizytę w domu, w którym LMM przeżyła burzliwy romans. Niestety inni turyści już nie będą mieć takiej szansy. Wielka szkoda. 

W związku z tym, że ludzie nie mają zbyt wiele pieniędzy, zauważyłam, że nie wyrzuca się aż tyle, ile w USA. Jeśli ktoś kupuje sobie jakiś nowy sprzęt, próbuje starszy egzemplarz sprzedać lub oddać komuś, komu może on jeszcze się przysłużyć. Pamiętam, że kiedyś było tak w Polsce, ale nie wiem, czy nadal jest to praktykowane.

Przed każdym wyjazdem z wyspy pakuję żywność, której nie mogę zabrać do USA (wędliny,  sery, owoce i warzywa) i obdarowuję nią sąsiadów. Jeszcze nikt nie odmówił! W USA byłoby mi niezręcznie nawet zaproponować komukolwiek pół opakowania pieczarek, pół kalafiora czy napoczęte mleko. 

cdn.


czwartek, 1 listopada 2018

Cmentarz w Cavendish


Dziś ważny dzień. 1 listopada cała Polska oddaje cześć zmarłym. Od 9 lat nie byłam niestety w Polsce 1 listopada, a w ciągu 18 lat od wyjazdu, spędziłam ten dzień tylko jeden raz w Polsce. Brakuje mi dziś tej niepowtarzalnej atmosfery, więc opiszę Wam moją ostatnią wizytę na cmentarzu w Cavendish...

Podczas każdego pobytu na Wyspie odwiedzam ten cmentarz, na którym znajduje się grób L.M. Montgomery. Wiele razy pokazywałam na blogu zdjęcia, więc miejsce to i Wam nie jest obce. Maud wybrała je jeszcze za życia — najbliżej Zatoki Świętego Wawrzyńca, jak było to możliwe. 


Na cmentarzu znajdują się również groby: matki, dziadka i babci Maud. Pierwsza z nich zmarła młodziutka Clara Macneill Montgomery we wrześniu 1876r. Pisarka kilkakrotnie pisała, iż jej pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa był widok Clary w trumnie. Surowy dziadek Alexander Marquis Macneill zmarł w marcu 1898 r., kiedy LMM uczyła w Lower Bedeque i mieszkała z domu Leardów. 13 lat później zmarła babcia Lucy Woolner Macneill i pisarka była zmuszona opuścić dom, w którym się wychowała, a który dziadek przepisał swojemu synowi Johnowi Franklinowi. Syn Johna, Prescott, któremu obiecano ten dom, zmarł rok przed babcią Macneill...



Dom popadł w ruinę i nawet pisarka nie odwiedzała go, poza jednym wyjątkiem, podczas podróży na Wyspę. Kiedy 7 sierpnia 1930r. Maud odnotowała w swoim Dzienniku, że Ernestowi, synowi wuja Johna Franklina, urodził się syn, nie miała pojęcia, że syn ten wraz z żoną Jennie odegra tak wielką rolę w zachowaniu spuścizny po słynnej pisarce. John Macneill, bo o nim mowa, zmarł niestety w kwietniu ubiegłego roku. Odnalazłam i jego nagrobek, a imię jego żyjącej żony uświadomiło mi, jak szybko wykrusza się to pokolenie...


Jennie Macneill już prawie wcale nie zajmuje się miejscem, w którym znajdował się dom dziadków LMM. Nadal przyjeżdża na kilka tygodni do Cavendish, jednak większość roku spędza w Charlottetown. Turyści najprawdopodobniej bedą mieli okazję posłuchać historii domu z ust jednej z pracownic, syna Jennie – Davida bądź wnuka Jennie – Johna Rossa. W lecie odbyłam dłuższą rozmowę z Davidem i poznałam Johna Rossa, ale dopiero w październiku, kiedy wracałam z jednej z dróg dziedzictwa, miałam okazję z nim naprawdę porozmawiać. Myślałam wcześniej, że przyjechał on na wakacje z Alberty, aby pomóc wujkowi w prowadzeniu miejsca pamięci, jednak kiedy w chłodny październikowy dzień zatrzymałam się tam na moment, okazało się, że John Ross nadal był w Cavendish. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co sprowadziło go z dalekiej Alberty do malutkiej nadmorskiej miejscowości, do której pielgrzymują wielbiciele LMM... Okazało się, że śmierć Johna w 2017r. była przyczyną przyjazdu Johna Rossa i całej jego rodziny do Cavendish, z którego jego ojciec,  Robert Macneill wyjechał jako 18-letni młodzieniec. John Ross nie uświadamiał sobie wcześniej, jak wielką rolę odgrywają jego bliscy krewni w turystyce Wyspy. Postanowił, że wróci i zagłębi się w Dziennikach i dziełach swojej słynnej na cały świat krewnej. Jak postanowił, tak uczynił. W tym roku przeżył nie tylko lato na Wyspie, ale i połowę jesieni. Ma w planach spędzić i zimę, skoro i ONA jakoś dawała radę (dzielny chłopak!). Myślę, że i w przyszłym roku będzie można spotkać Johna Rossa w Cavendish... Skąd to przypuszczenie? Pewnie stąd, że podzielił się on ze mną swoim marzeniem... A jeśli młody człowiek ma marzenie mocno związane z LMM, to znaczyć może tylko to, że pokochał Cavendish, a jak ktoś pokocha Wyspę, to nie będzie szczęśliwy w żadnym innym miejscu...

Z dobrych wiadomości, z umiarkowanym optymizmem dzielę się informacją, że słynna kuchnia z domu Macneillów, powinna od przyszłego roku znaleźć się przy fundamentach domu dziadków LMM. Ten umiarkowany optymizn wynika stąd, że kuchnia miała się tam znaleźć już tego lata, co się jednak nie stało. Miejmy jednak nadzieję, że wszystko uda się załatwić przed rozpoczęciem nowego sezonu turystycznego.

15 października 1936r. L.M. Montgomery pisała w Dzienniku o grobie odwiedzonym poprzedniego dnia na cmentarzu w Cavendish. Kiedy weszłam 82 lata po słynnej pisarce na ten sam cmentarz, miałam nadzieję, że doszukam się tego nagrobka. I udało się. Grób Johna Franklina Macneilla i jego żony Annie (Ann) Marie...

W 1936r. Maud pisała z rozgoryczeniem, że wuj John Franklin nawet nie wystawił żonie, z którą przeżył ponad 50 lat, nagrobka. Zamiast osobnego grobu, jej imię i nazwisko wygrawerowano w 1933r. na nagrobku zmarłej w 1915r. pierwszej żony Ernesta — Elvy Jean Nicholson Macneill. Kiedy 3 lata później zmarł wuj John Franklin, dołączył on do swojej żony na nagrobku ich przedwcześnie zmarłej synowej...


Odwiedziłam też groby, których Maud nie mogła widzieć w 1936r. — Ernesta i Myrtle Webbów, którzy byli jej serdecznymi przyjaciółmi i którzy byli ostatnimi mieszkańcami Zielonego Wzgórza przed przejęciem go przez Kanadyjskie Parki Narodowe. Wraz z rodzicami spoczywa w Cavendish ich córka Anita, która 24 kwietnia 1942r. znalazła nieżywą Maud w sypialni na Riverside Drive w Toronto.


Znalazłam również grób Amandy Macneill, najlepszej przyjaciółki z dziecięcych lat, znanej nam wszystkim jako „Mollie”. Przyjaźń „Mollie” i „Pollie” (jak nazywano LMM) nie przetrwała próby lat — tak samo, jak nie przetrwał słynny sad dziadków pisarki, z którego pochodziły jabłka, za które Maud kupiła przyjaźń Amandy. 


Przyjaciel Maud z czasów szkolnych, Austin Laird, znany jako Marchewka z Cavendish, również pochowany jest na tym cmentarzu. Denise znalazła informacje na temat domu Austina, ale nie udało nam się potwierdzić, czy są one prawdziwe (wszelkie informacje, jakich udzielają miejscowi, należy dokładnie sprawdzać).


Na małym cmentarzyku spoczywa też farmer Charles Macneill... Musiałam zrobić pamiątkowe zdjęcie dla Jen Rubio, dzięki której ukazały się w tym roku jego pamiętniki. Charles był ojcem Penzie Macneill, kuzynki i przyjaciółki LMM z wczesnych lat dzieciństwa oraz ojcem Alca Macneilla, u którego zawsze zatrzymywała się LMM będąc w Cavendish. Odnalazłam też grób Alca i May — serdecznych przyjaciół pisarki.



Zatrzymałam się również przy grobie Pierce’a Macneilla, którego dom był inspiracją dla dworku pani Małgorzaty Linde. Dom ten stał w miejscu, w którym obecnie znajduje się Informacja Turystyczna. W oryginale pani Małgorzata nosi imię Rachel, czyli to samo imię, które nosiła żona Pierce’a Macneilla. Niektórzy twierdzą, że ich adoptowana córka Ellen była inspiracją Ani Shirley. 


Październikowej niedzieli na cmentarzu w Cavendish nie odwiedzałam grobów nieznajomych mi osób... Dzięki Dziennikom Maud ci odlegli wyspiarze stali się nagle bardzo bliscy... 


sobota, 27 października 2018

Październik


”Październik był śliczny na Zielonym Wzgórzu. Brzozy w kotlinie złociły się jak światło słoneczne, a klony poza sadem mieniły się najwspanialszą purpurą. Dzikie wiśnie wzdłuż alei przystroiły się w najcudniejsze ciemnoczerwone i brunatnozielone odcienie, a tymczasem świeża, powtórna zieleń pokryła łąki i pola.” 
L.M. Montgomery




KOLORY JESIENI

W koszu kolory trzyma jesień,
już idzie przez pola do lasu je niesie.
Każdy uczuciem jest przepełniony,
jesień rozrzuca je na wszystkie strony.

Czerwień miłością płonie nieśmiało,
jeszcze niewinna, jeszcze jej mało.
Może ją wskrzesi czyjś pocałunek,
wyryty na drzewie serca rysunek.

Żółty to radość słońcu zabrana,
w niej biała brzoza stoi skąpana.
I każdy listek głośno się śmieje,
gdy wiatr łaskocząc w koronie wieje. 

W pomarańczu śpiewa jakaś tęsknota,
bo ktoś kogoś kiedyś tak bardzo kochał,
a dzisiaj mu tylko zdjęcie zostało,
jednak dla serca, to trochę za mało.

Jest też i przyjaźń w brązie ukryta,
zawsze wierna, niesamowita.
Ona wysłucha i zawsze pocieszy,
ma na to czas, bo się nie spieszy.

Na dnie koszyka została zieleń,
małe, nieśmiałe wiosny wspomnienie.
Jesień ją lubi, do sukni przypina,
niech o młodości jej przypomina.


Aneta Sulejewska






NOSTALGIA

Świeże promienie jesiennego słońca,
powiew wiatru tańczący wśród drzew,
między nimi Nostalgia krocząca,
zbiera liście, opadły wspomnień zew.

Ciche westchnienia pierwszej miłości,
rozczarowania, czyjś śmiech,
wspomnienie smutku i radości,
w jej dłoniach skryte jest.

Zebrała już pełny bukiet,
zrosiła kroplami łez, 
związała w trawy pukiel,
schowała w leśny mech.

Gdy znowu zajdzie tą drogą,
odnajdzie wspomnień skarb.
Te chwile jej pomogą,
zrozumieć życia czar.

Aneta Sulejewska



„Ta Wyspa to wspaniały, kwitnący ogród! Już ją kocham i jestem taka szczęśliwa, że będę tu mieszkała. Słyszałam zawsze, że Wyspa Księcia Edwarda to najpiękniesze miejsce na świecie, i nieraz wyobrażałam sobie, że mieszkam na niej. Lecz nigdy nie sądziłam, że będę tu mieszkać naprawdę. A czyż to nie rozkoszne, jeśli sen się spełnia?“ 
L.M. Montgomery










środa, 24 października 2018

Noc w Muzeum


Noc z czwartku na piątek spędziłam w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza! Spałam w pokoju, który Maud nazywała „swoim pokoikiem”! Przede mną pięć innych osób dostąpiło tego honoru, więc było mi niezwykle miło znaleźć się w tak niewielkim gronie szczęśliwców. 

Dwa lata temu Pam wspomniała, że kiedykolwiek będę chciała, mogę zatrzymać się w Muzeum. Być może nie wiecie o tym, że Pam na stałe w nim mieszka. Na parterze po prawej stronie ma wydzieloną część prywatną, a na pierwszym piętrze jeden dodatkowy pokój, w którym zazwyczaj śpi w lecie. Skąd to zaproszenie Pam pomimo tego, że mam przecież Blue Moon i nie muszę zastanawiać się, gdzie spędzę noc? Otóż nasz dom zostaje zamknięty na zimę i po tym zdarzeniu nie mamy wody aż do maja. W ten sposób nie trzeba go ogrzewać w zimie, co byłoby dosyć kosztowne ze względu na niskie temperatury i szaleńcze wiatry. Dwa razy w roku odwiedza nas więc hydraulik i między tymi wizytami nie mogę właściwie mieszkać w Blue Moon. To znaczy mogę, jeśli zdecyduję się nie używać wody, co oczywiście byłoby trudne. Wiedząc o tym, Pam zapraszała mnie więc do siebie, gdybym kiedyś zapragnęła odwiedzić Wyspę między listopadem a majem. Kiedy wspomniałam jej, że rozważam jesienny przyjazd, Pam ponowiła zaproszenie, choć tym razem nie było problemu z wodą, gdyż hydraulik wstrzymywał się z wizytą wiedząc, że planuję przyjazd. Kiedy rozważałam wszystkie plusy i minusy przyjazdu (aż strach pomyśleć, że minusy mogły zwyciężyć i nie zobaczyłabym jesiennej Wyspy!), zadzwoniłam do Pam i zapytałam, czy mogłabym spędzić jedną noc w Muzeum... Pam odpowiedziała, że mogę spędzić tyle nocy, na ile mam ochotę i że mogę spać w pokoju .... MAUD!!! Oczywiście po stronie plusów wyrósł po tej rozmowie mega plus, a mój cudowny mąż powiedział, że po prostu muszę pojechać na Wyspę! 

Umówiłam się z Pam, że spędzę w Muzeum czwartkową noc, a wcześniej miałyśmy zjeść obiad w Blue Moon. Pam co prawda sugerowała restaurację w Summerside, ale szybko poszłyśmy na kompromis, bo pogoda była niezbyt ciekawa, a do Summerside mamy z Park Corner 30 minut drogi. Zresztą miałam zamrożone pierogi i krokiety, więc nie miałam z tym żadnej pracy (to miał być tydzień dla mnie, bez gotowania i zajmowania się potrzebami innych). Zjadłyśmy pyszny polski obiad, wypiłyśmy herbatkę z Polski (Pam uwielbia „Owocowe Love Story”) i zjadłyśmy z herbatką czekoladowe ciasto mojej produkcji. Pam opowiadała mi, że zazwyczaj coś się dzieje, kiedy ktoś śpi w tym pokoju w Srebrnym Gaju. Wiem, że niektórzy są bardzo wrażliwi, więc nie dziwiły mnie przytaczane przez Pam historie. Prawdę mówiąc było to tak wielkie dla mnie przeżycie, że nie dowierzałam, iż ma się to naprawdę stać. Nie wybiegałam w myślach w przyszłość, skupiając się jedynie na trwającej właśnie chwili. W końcu Pam wyszła, a ja miałam zjawić się w Muzeum po spakowaniu potrzebnych mi na noc rzeczy... Od tej chwili dopiero zaczęło do mnie dochodzić, że spędzę noc w pokoju, który L.M. Montgomery nazywała „swoim pokoikiem”. Zaczęło do mnie też dochodzić, że Maud spędziła w nim wiele ważnych nocy — noc po powrocie z Prince Albert, noce po śmierci babci, ostatnią panieńską noc, noce po pogrzebach bliskich, wiele nocy spędzonych na rozmowach ze Stellą, Clarą i Frederyką... Tak, ten pokój był świadkiem wielu istotnych momentów w życiu pisarki. Pakując rzeczy sięgnęłam po polskie wydanie „Ani z Zielonego Wzgórza”, które tak bardzo zmieniło moje losy. Gdyby ta książka nie pojawiła się kiedyś w moim życiu, nie miałabym teraz domu nad Jeziorem Lśniących Wód i pewnie nigdy nie odwiedziłabym Wyspy Księcia Edwarda... Gdyby nie ta książka, nie miałabym okazji spędzić nocy w pokoju słynnej pisarki. Czy wtedy, kiedy wraz z Anią przybyłam do Avonlea i zakochałam się w Wyspie, mogłam sobie wyobrazić, jak książka ta wpłynie na moje losy? Absolutnie nie... Od kilku lat czuję, że to wszystko mi się po prostu przytrafia — tu nie ma tak naprawdę jakichś wielkich planów. Na mojej drodze stawiani są pewni ludzie, żebym doświadczyła tego, co jest mi pisane. I mam wrażenie, że Maud ma w tym swój wielki udział... 

Wracając jednak do nocy w Muzeum... Moje podniecenie sięgało zenitu, kiedy podjechałam pod Srebrny Gaj. Zazwyczaj ciemne w nocy, a dziś oświetlone okn0 części muzealnej było znakiem, że jestem oczekiwana... 



Zostałam przywitana przez Pam, Pipę (pies Pam), CC i Boy Boy’a (koty) już w progu. Poszłyśmy od razu do pokoju Maud, gdzie zostawiłam swoje rzeczy przy rozkładanym łóżku, które Pam dla mnie przygotowała. Rozejrzałam się po słabo oświetlonym pokoju i przypomniała mi się moja pierwsza wizyta w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza... I znów chwila na refleksję... Czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy też śnię (a miałam powody przypuszczać, że śnię, o czym napiszę w innym wpisie)... W rogu gablota z zawartością niebieskiej skrzyni z „Historynki”, pod ścianą komoda z domu cioci Emily z Malpeque, na ścianach zdjęcia... Ze zdjęcia postawionego na innej komodzie zerka uśmiechnięta Maud... Czy jest zadowolona, że tej nocy będę spała w jej pokoju? Że na kilka godzin moja energia połączy się z przeszłością i stanę się jej częścią? 




Pam zjawia się z hasłem do wifi, ale postanawiamy trochę pobuszować po domu. Idziemy na strych, gdzie podobno są jakieś pierwsze wydania... Na strychu jest ciemno, ale mamy latarkę, która oświetla zawartość różnych skrzyń. Znajdujemy jakieś książki, ale nie ma podpisów Maud. Pam nie daje za wygraną i idziemy do jej pokoju. Szuka w szufladach i znajdujemy różne ciekawe przedmioty... Robi się jednak późno, a ja muszę jeszcze zadzwonić do domu, żeby życzyć wszystkim dobrej nocy. Chcę też wstawić coś na Facebook — podzielić się moim doświadczeniem z innymi wielbicielami LMM.


Żegnam się z Pam i zamykam drzwi do pokoju Maud, a tej nocy mojej sypialni... Jest chłodno pomimo grzejnika, który Pam włączyła dla mnie kilka godzin wcześniej. To stary dom, w którym nocą skrzypią różne wspomnienia. Porywisty wiatr dmucha w szyby i uważnie przygląda się tej nowej mieszkance w starym domostwie Campbellów... Zastanawiam się, czy powinnam wyłączyć dwie starodawne lampy, czy spać z jedną włączoną... Zaczynam sobie przypominać opowiadane przez Pam historie i nagle uświadamiam sobie, że przecież i mnie może się tu coś przydarzyć tej nocy! A co, jeśli nie dam rady tu zasnąć?! 

Postanawiam być odważna i gaszę światło. W ciemności trafiam do łóżka i wtulam się w cieplutką pościel. Próbuję się wyciszyć i myśleć o szczęściu, które mnie spotkało... Zamykam oczy i jest mi już całkiem dobrze, kiedy nagle czuję, jakbym była w wielkim tłumie. Z każdej strony idą w moim kierunku ludzie. Jest ich cała masa. I ja w samym środku tego zgiełku. Ludzie są przyjaźni, ale idą w moją stronę... I nagle zaczynam się zastanawiać, co się dzieje i czy dam radę zasnąć... Kieruję moje myśli na inne tory i się powoli relaksuję... Udaje mi się zasnąć. Śpię dobrze, choć kilka razy się budzę. O świcie budzi mnie zapach — wanilia! Czuję go bardzo wyraźnie przez kilka minut. Przychodzi mi od razu na myśl Frederyka, która świetnie gotowała i piekła. Na pograniczu snu i jawy zaczynam widzieć obrazy z TAMTYCH lat. Maud i Frederyka w swoich długich sukniach opowiadają sobie coś szeptem, po czym wybuchają śmiechem. Maud stroi się przed lustrem, a wujek John Campbell przynosi jej wałki do włosów (ale nie współczesne!)... Obrazy są wyraźne, a ja jestem obserwatorką... Poranna szarość delikatnie wkrada się przez nieszczelne okno... Z każdą minutą robi się jaśniej, a obrazy bledną. 







Nie wstaję z łóżka jeszcze przez jakieś pół godziny. Próbuję odgadnąć, co Maud czuła budząc się w tym pokoju 5 lipca 1911r., w dniu swojego ślubu. Myślę o nocach spędzonych na ważnych rozmowach z kuzynkami... I o smutku, który jej towarzyszył, kiedy wracała do Srebrnego Gaju po śmierci najpierw wujka Johna, a później ukochanej Frederyki i cioci Annie. 

Zjawia się Pam i pyta, jak przeszła mi noc. Opowiadam jej o tłumie ludzi, o obrazach, o śmiechu i zapachu wanilii. Pam słucha z wielkim zainteresowaniem i uwagą. Od razu ma swoją interpretację tłumu. Uważa, że przodkowie przyszli mi podziękować za to, co robię dla Srebrnego Gaju. Mówimy o wanilii i Pam postanawia poszukać, co to może znaczyć. Znajduje jakieś wzmianki o aniołach... Dzwoni George, brat Pam, który jest właśnie w Montrealu w drodze do Chin. Chce wiedzieć, co działo się w nocy, więc mu opowiadam. Wszyscy zdają się być podekscytowani moimi opowieściami. I jest jeszcze coś... Ale to zachowam dla samej siebie...

Pam zaprasza mnie na śniadanie. Próbuję odmówić, bo przecież mam dom po drugiej stronie jeziora, ale Pam nalega. Muszę zjeść przy stole, przy którym jadała L.M. Montgomery, przy którym odbyło się wesele pisarki i przy którym usiadło 13 osób w 1918r., z których aż 3 zmarły w przeciągu sześciu miesięcy. I choć nie jestem głodna, zasiadam do śniadania, bo rozumiem, że to część mojego doświadczenia. Herbatkę piję z filiżanki cioci Emily, którą Pam wyjmuje z gabloty. Talerz jest nowszy. Należał do zastawy jej mamy — Ruth Montgomery Campbell. Ruth dorastała w Srebrnym Nowiu, była wnuczką cioci Emily Macneill Montgomery. Pam i George są więc spokrewnieni z Maud zarówno ze strony Macneill, jak i Montgomery (mąż cioci Emily był kuzynem Hugh Johna Montgomery, ojca Maud. Ciocia Emily była siostrą matki. Ukochana ciocia Annie była również siostrą matki LMM Clary).







Przy śniadaniu odkrywany nowe skarby. „Ania ze Złotego Brzegu” podarowana rodzinie przez Maud i "Ania z Szumiących Topoli" podpisana przez pisarkę z dedykacją  dla Jima zapewniającą o miłości cioci Maud... Ciocia Maud tak pokierowała sprawami, że biedny Jim, ojciec Pam, został na farmie w Park Corner, choć chciał zostać bankierem. Ciocia Maud kochała bowiem Srebrny Gaj i nie mogła znieść myśli, że mogłby on przejść w obce ręce. Jim, a następnie George i Pam wspierając swoją matkę Ruth wypełniają od wielu dekad wolę sławnej pisarki. Dzięki ich ciężkiej pracy ten ukochany przez Maud dom jest nadal w rodzinie Campbellów, w rodzinie, w której Maud miała w cioci Annie drugą matkę, a w kuzynostwie przyjaciół. W rodzinie, z której wyszło określenie „rodu Józefa” (określenie pierwszy raz użyte przez Frederykę). 




Książka kucharska Frederyki

Książka kucharska Frederyki



Srebrny Gaj na zdjęciu LMM

W 2016r. kupiłam dom nad Jeziorem Lśniących Wód. Przywiozłam wówczas moje polskie Anie na Wyspę. Kiedy podczas tej pamiętnej pierwszej wichury w październiku 2016r. Pam przyszła do nas na obiad, poprosiłam ją o dedykację w „Ani z Zielonego Wzgórza”. Pam napisała wtedy, że jestem z „rodu Józefa”... Po nocy w Muzeum poczułam się godna tego tytułu... 


Clara (Cade) Campbell
Stella Campbell

Frederyka Campbell