Blog o moich podróżach śladami Ani z Zielonego Wzgórza i L.M. Montgomery oraz o Moim Wymarzonym Domku, który znalazłam na Wyspie i o Blue Moon, moim własnym domu na Wyspie Księcia Edwarda
wtorek, 8 stycznia 2019
czwartek, 1 listopada 2018
Cmentarz w Cavendish
Dziś ważny dzień. 1 listopada cała Polska oddaje cześć zmarłym. Od 9 lat nie byłam niestety w Polsce 1 listopada, a w ciągu 18 lat od wyjazdu, spędziłam ten dzień tylko jeden raz w Polsce. Brakuje mi dziś tej niepowtarzalnej atmosfery, więc opiszę Wam moją ostatnią wizytę na cmentarzu w Cavendish...
Podczas każdego pobytu na Wyspie odwiedzam ten cmentarz, na którym znajduje się grób L.M. Montgomery. Wiele razy pokazywałam na blogu zdjęcia, więc miejsce to i Wam nie jest obce. Maud wybrała je jeszcze za życia — najbliżej Zatoki Świętego Wawrzyńca, jak było to możliwe.
Na cmentarzu znajdują się również groby: matki, dziadka i babci Maud. Pierwsza z nich zmarła młodziutka Clara Macneill Montgomery we wrześniu 1876r. Pisarka kilkakrotnie pisała, iż jej pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa był widok Clary w trumnie. Surowy dziadek Alexander Marquis Macneill zmarł w marcu 1898 r., kiedy LMM uczyła w Lower Bedeque i mieszkała z domu Leardów. 13 lat później zmarła babcia Lucy Woolner Macneill i pisarka była zmuszona opuścić dom, w którym się wychowała, a który dziadek przepisał swojemu synowi Johnowi Franklinowi. Syn Johna, Prescott, któremu obiecano ten dom, zmarł rok przed babcią Macneill...
Dom popadł w ruinę i nawet pisarka nie odwiedzała go, poza jednym wyjątkiem, podczas podróży na Wyspę. Kiedy 7 sierpnia 1930r. Maud odnotowała w swoim Dzienniku, że Ernestowi, synowi wuja Johna Franklina, urodził się syn, nie miała pojęcia, że syn ten wraz z żoną Jennie odegra tak wielką rolę w zachowaniu spuścizny po słynnej pisarce. John Macneill, bo o nim mowa, zmarł niestety w kwietniu ubiegłego roku. Odnalazłam i jego nagrobek, a imię jego żyjącej żony uświadomiło mi, jak szybko wykrusza się to pokolenie...
Jennie Macneill już prawie wcale nie zajmuje się miejscem, w którym znajdował się dom dziadków LMM. Nadal przyjeżdża na kilka tygodni do Cavendish, jednak większość roku spędza w Charlottetown. Turyści najprawdopodobniej bedą mieli okazję posłuchać historii domu z ust jednej z pracownic, syna Jennie – Davida bądź wnuka Jennie – Johna Rossa. W lecie odbyłam dłuższą rozmowę z Davidem i poznałam Johna Rossa, ale dopiero w październiku, kiedy wracałam z jednej z dróg dziedzictwa, miałam okazję z nim naprawdę porozmawiać. Myślałam wcześniej, że przyjechał on na wakacje z Alberty, aby pomóc wujkowi w prowadzeniu miejsca pamięci, jednak kiedy w chłodny październikowy dzień zatrzymałam się tam na moment, okazało się, że John Ross nadal był w Cavendish. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co sprowadziło go z dalekiej Alberty do malutkiej nadmorskiej miejscowości, do której pielgrzymują wielbiciele LMM... Okazało się, że śmierć Johna w 2017r. była przyczyną przyjazdu Johna Rossa i całej jego rodziny do Cavendish, z którego jego ojciec, Robert Macneill wyjechał jako 18-letni młodzieniec. John Ross nie uświadamiał sobie wcześniej, jak wielką rolę odgrywają jego bliscy krewni w turystyce Wyspy. Postanowił, że wróci i zagłębi się w Dziennikach i dziełach swojej słynnej na cały świat krewnej. Jak postanowił, tak uczynił. W tym roku przeżył nie tylko lato na Wyspie, ale i połowę jesieni. Ma w planach spędzić i zimę, skoro i ONA jakoś dawała radę (dzielny chłopak!). Myślę, że i w przyszłym roku będzie można spotkać Johna Rossa w Cavendish... Skąd to przypuszczenie? Pewnie stąd, że podzielił się on ze mną swoim marzeniem... A jeśli młody człowiek ma marzenie mocno związane z LMM, to znaczyć może tylko to, że pokochał Cavendish, a jak ktoś pokocha Wyspę, to nie będzie szczęśliwy w żadnym innym miejscu...
Z dobrych wiadomości, z umiarkowanym optymizmem dzielę się informacją, że słynna kuchnia z domu Macneillów, powinna od przyszłego roku znaleźć się przy fundamentach domu dziadków LMM. Ten umiarkowany optymizn wynika stąd, że kuchnia miała się tam znaleźć już tego lata, co się jednak nie stało. Miejmy jednak nadzieję, że wszystko uda się załatwić przed rozpoczęciem nowego sezonu turystycznego.
15 października 1936r. L.M. Montgomery pisała w Dzienniku o grobie odwiedzonym poprzedniego dnia na cmentarzu w Cavendish. Kiedy weszłam 82 lata po słynnej pisarce na ten sam cmentarz, miałam nadzieję, że doszukam się tego nagrobka. I udało się. Grób Johna Franklina Macneilla i jego żony Annie (Ann) Marie...
W 1936r. Maud pisała z rozgoryczeniem, że wuj John Franklin nawet nie wystawił żonie, z którą przeżył ponad 50 lat, nagrobka. Zamiast osobnego grobu, jej imię i nazwisko wygrawerowano w 1933r. na nagrobku zmarłej w 1915r. pierwszej żony Ernesta — Elvy Jean Nicholson Macneill. Kiedy 3 lata później zmarł wuj John Franklin, dołączył on do swojej żony na nagrobku ich przedwcześnie zmarłej synowej...
Odwiedziłam też groby, których Maud nie mogła widzieć w 1936r. — Ernesta i Myrtle Webbów, którzy byli jej serdecznymi przyjaciółmi i którzy byli ostatnimi mieszkańcami Zielonego Wzgórza przed przejęciem go przez Kanadyjskie Parki Narodowe. Wraz z rodzicami spoczywa w Cavendish ich córka Anita, która 24 kwietnia 1942r. znalazła nieżywą Maud w sypialni na Riverside Drive w Toronto.
Znalazłam również grób Amandy Macneill, najlepszej przyjaciółki z dziecięcych lat, znanej nam wszystkim jako „Mollie”. Przyjaźń „Mollie” i „Pollie” (jak nazywano LMM) nie przetrwała próby lat — tak samo, jak nie przetrwał słynny sad dziadków pisarki, z którego pochodziły jabłka, za które Maud kupiła przyjaźń Amandy.
Przyjaciel Maud z czasów szkolnych, Austin Laird, znany jako Marchewka z Cavendish, również pochowany jest na tym cmentarzu. Denise znalazła informacje na temat domu Austina, ale nie udało nam się potwierdzić, czy są one prawdziwe (wszelkie informacje, jakich udzielają miejscowi, należy dokładnie sprawdzać).
Na małym cmentarzyku spoczywa też farmer Charles Macneill... Musiałam zrobić pamiątkowe zdjęcie dla Jen Rubio, dzięki której ukazały się w tym roku jego pamiętniki. Charles był ojcem Penzie Macneill, kuzynki i przyjaciółki LMM z wczesnych lat dzieciństwa oraz ojcem Alca Macneilla, u którego zawsze zatrzymywała się LMM będąc w Cavendish. Odnalazłam też grób Alca i May — serdecznych przyjaciół pisarki.
Zatrzymałam się również przy grobie Pierce’a Macneilla, którego dom był inspiracją dla dworku pani Małgorzaty Linde. Dom ten stał w miejscu, w którym obecnie znajduje się Informacja Turystyczna. W oryginale pani Małgorzata nosi imię Rachel, czyli to samo imię, które nosiła żona Pierce’a Macneilla. Niektórzy twierdzą, że ich adoptowana córka Ellen była inspiracją Ani Shirley.
Październikowej niedzieli na cmentarzu w Cavendish nie odwiedzałam grobów nieznajomych mi osób... Dzięki Dziennikom Maud ci odlegli wyspiarze stali się nagle bardzo bliscy...
sobota, 27 października 2018
Październik
”Październik był śliczny na Zielonym Wzgórzu. Brzozy w kotlinie złociły się jak światło słoneczne, a klony poza sadem mieniły się najwspanialszą purpurą. Dzikie wiśnie wzdłuż alei przystroiły się w najcudniejsze ciemnoczerwone i brunatnozielone odcienie, a tymczasem świeża, powtórna zieleń pokryła łąki i pola.”
L.M. Montgomery
KOLORY JESIENI
W koszu kolory trzyma jesień,
już idzie przez pola do lasu je niesie.
Każdy uczuciem jest przepełniony,
jesień rozrzuca je na wszystkie strony.
Czerwień miłością płonie nieśmiało,
jeszcze niewinna, jeszcze jej mało.
Może ją wskrzesi czyjś pocałunek,
wyryty na drzewie serca rysunek.
Żółty to radość słońcu zabrana,
w niej biała brzoza stoi skąpana.
I każdy listek głośno się śmieje,
gdy wiatr łaskocząc w koronie wieje.
W pomarańczu śpiewa jakaś tęsknota,
bo ktoś kogoś kiedyś tak bardzo kochał,
a dzisiaj mu tylko zdjęcie zostało,
jednak dla serca, to trochę za mało.
Jest też i przyjaźń w brązie ukryta,
zawsze wierna, niesamowita.
Ona wysłucha i zawsze pocieszy,
ma na to czas, bo się nie spieszy.
Na dnie koszyka została zieleń,
małe, nieśmiałe wiosny wspomnienie.
Jesień ją lubi, do sukni przypina,
niech o młodości jej przypomina.
Aneta Sulejewska
NOSTALGIA
Świeże promienie jesiennego słońca,
powiew wiatru tańczący wśród drzew,
między nimi Nostalgia krocząca,
zbiera liście, opadły wspomnień zew.
Ciche westchnienia pierwszej miłości,
rozczarowania, czyjś śmiech,
wspomnienie smutku i radości,
w jej dłoniach skryte jest.
Zebrała już pełny bukiet,
zrosiła kroplami łez,
związała w trawy pukiel,
schowała w leśny mech.
Gdy znowu zajdzie tą drogą,
odnajdzie wspomnień skarb.
Te chwile jej pomogą,
zrozumieć życia czar.
Aneta Sulejewska
„Ta Wyspa to wspaniały, kwitnący ogród! Już ją kocham i jestem taka szczęśliwa, że będę tu mieszkała. Słyszałam zawsze, że Wyspa Księcia Edwarda to najpiękniesze miejsce na świecie, i nieraz wyobrażałam sobie, że mieszkam na niej. Lecz nigdy nie sądziłam, że będę tu mieszkać naprawdę. A czyż to nie rozkoszne, jeśli sen się spełnia?“
L.M. Montgomery
środa, 24 października 2018
Noc w Muzeum
Noc z czwartku na piątek spędziłam w Muzeum Ani z
Zielonego Wzgórza! Spałam w pokoju, który Maud nazywała „swoim
pokoikiem”! Przede mną pięć innych osób dostąpiło tego honoru,
więc było mi niezwykle miło znaleźć się w tak niewielkim gronie
szczęśliwców.
Dwa lata temu Pam wspomniała, że kiedykolwiek będę
chciała, mogę zatrzymać się w Muzeum. Być może nie wiecie o tym,
że Pam na stałe w nim mieszka. Na parterze po prawej stronie ma
wydzieloną część prywatną, a na pierwszym piętrze jeden
dodatkowy pokój, w którym zazwyczaj śpi w lecie. Skąd to
zaproszenie Pam pomimo tego, że mam przecież Blue Moon i nie
muszę zastanawiać się, gdzie spędzę noc? Otóż nasz dom zostaje
zamknięty na zimę i po tym zdarzeniu nie mamy wody aż do maja. W
ten sposób nie trzeba go ogrzewać w zimie, co byłoby dosyć
kosztowne ze względu na niskie temperatury i szaleńcze wiatry.
Dwa razy w roku odwiedza nas więc hydraulik i między tymi
wizytami nie mogę właściwie mieszkać w Blue Moon. To znaczy
mogę, jeśli zdecyduję się nie używać wody, co oczywiście byłoby
trudne. Wiedząc o tym, Pam zapraszała mnie więc do siebie,
gdybym kiedyś zapragnęła odwiedzić Wyspę między listopadem a
majem. Kiedy wspomniałam jej, że rozważam jesienny przyjazd, Pam
ponowiła zaproszenie, choć tym razem nie było problemu z wodą,
gdyż hydraulik wstrzymywał się z wizytą wiedząc, że planuję
przyjazd. Kiedy rozważałam wszystkie plusy i minusy przyjazdu
(aż strach pomyśleć, że minusy mogły zwyciężyć i nie
zobaczyłabym jesiennej Wyspy!), zadzwoniłam do Pam i zapytałam,
czy mogłabym spędzić jedną noc w Muzeum... Pam odpowiedziała, że
mogę spędzić tyle nocy, na ile mam ochotę i że mogę spać w
pokoju .... MAUD!!! Oczywiście po stronie plusów wyrósł po tej
rozmowie mega plus, a mój cudowny mąż powiedział, że po prostu
muszę pojechać na Wyspę!
Umówiłam się z Pam, że spędzę w Muzeum czwartkową
noc, a wcześniej miałyśmy zjeść obiad w Blue Moon. Pam co prawda
sugerowała restaurację w Summerside, ale szybko poszłyśmy na
kompromis, bo pogoda była niezbyt ciekawa, a do Summerside mamy
z Park Corner 30 minut drogi. Zresztą miałam zamrożone pierogi i
krokiety, więc nie miałam z tym żadnej pracy (to miał być
tydzień dla mnie, bez gotowania i zajmowania się potrzebami
innych). Zjadłyśmy pyszny polski obiad, wypiłyśmy herbatkę z
Polski (Pam uwielbia „Owocowe Love Story”) i zjadłyśmy z
herbatką czekoladowe ciasto mojej produkcji. Pam opowiadała mi,
że zazwyczaj coś się dzieje, kiedy ktoś śpi w tym pokoju w
Srebrnym Gaju. Wiem, że niektórzy są bardzo wrażliwi, więc nie
dziwiły mnie przytaczane przez Pam historie. Prawdę mówiąc było
to tak wielkie dla mnie przeżycie, że nie dowierzałam, iż ma się
to naprawdę stać. Nie wybiegałam w myślach w przyszłość,
skupiając się jedynie na trwającej właśnie chwili. W końcu Pam
wyszła, a ja miałam zjawić się w Muzeum po spakowaniu
potrzebnych mi na noc rzeczy... Od tej chwili dopiero zaczęło do
mnie dochodzić, że spędzę noc w pokoju, który L.M. Montgomery
nazywała „swoim pokoikiem”. Zaczęło do mnie też dochodzić, że
Maud spędziła w nim wiele ważnych nocy — noc po powrocie z
Prince Albert, noce po śmierci babci, ostatnią panieńską noc,
noce po pogrzebach bliskich, wiele nocy spędzonych na rozmowach
ze Stellą, Clarą i Frederyką... Tak, ten pokój był świadkiem
wielu istotnych momentów w życiu pisarki. Pakując rzeczy
sięgnęłam po polskie wydanie „Ani z Zielonego Wzgórza”, które
tak bardzo zmieniło moje losy. Gdyby ta książka nie pojawiła się
kiedyś w moim życiu, nie miałabym teraz domu nad Jeziorem
Lśniących Wód i pewnie nigdy nie odwiedziłabym Wyspy Księcia
Edwarda... Gdyby nie ta książka, nie miałabym okazji spędzić
nocy w pokoju słynnej pisarki. Czy wtedy, kiedy wraz z Anią
przybyłam do Avonlea i zakochałam się w Wyspie, mogłam sobie
wyobrazić, jak książka ta wpłynie na moje losy? Absolutnie
nie... Od kilku lat czuję, że to wszystko mi się po prostu
przytrafia — tu nie ma tak naprawdę jakichś wielkich planów. Na
mojej drodze stawiani są pewni ludzie, żebym doświadczyła tego,
co jest mi pisane. I mam wrażenie, że Maud ma w tym swój wielki
udział...
Wracając jednak do nocy w Muzeum... Moje
podniecenie sięgało zenitu, kiedy podjechałam pod Srebrny Gaj.
Zazwyczaj ciemne w nocy, a dziś oświetlone okn0 części muzealnej
było znakiem, że jestem oczekiwana...
Zostałam przywitana przez
Pam, Pipę (pies Pam), CC i Boy Boy’a (koty) już w progu.
Poszłyśmy od razu do pokoju Maud, gdzie zostawiłam swoje rzeczy
przy rozkładanym łóżku, które Pam dla mnie przygotowała.
Rozejrzałam się po słabo oświetlonym pokoju i przypomniała mi
się moja pierwsza wizyta w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza... I
znów chwila na refleksję... Czy to wszystko dzieje się naprawdę,
czy też śnię (a miałam powody przypuszczać, że śnię, o czym
napiszę w innym wpisie)... W rogu gablota z zawartością
niebieskiej skrzyni z „Historynki”, pod ścianą komoda z domu
cioci Emily z Malpeque, na ścianach zdjęcia... Ze zdjęcia
postawionego na innej komodzie zerka uśmiechnięta Maud... Czy
jest zadowolona, że tej nocy będę spała w jej pokoju? Że na
kilka godzin moja energia połączy się z przeszłością i stanę się
jej częścią?
Pam zjawia się z hasłem do wifi, ale postanawiamy
trochę pobuszować po domu. Idziemy na strych, gdzie podobno są
jakieś pierwsze wydania... Na strychu jest ciemno, ale mamy
latarkę, która oświetla zawartość różnych skrzyń. Znajdujemy
jakieś książki, ale nie ma podpisów Maud. Pam nie daje za
wygraną i idziemy do jej pokoju. Szuka w szufladach i znajdujemy
różne ciekawe przedmioty... Robi się jednak późno, a ja muszę
jeszcze zadzwonić do domu, żeby życzyć wszystkim dobrej nocy.
Chcę też wstawić coś na Facebook — podzielić się moim
doświadczeniem z innymi wielbicielami LMM.
Żegnam się z Pam i zamykam drzwi do pokoju Maud, a
tej nocy mojej sypialni... Jest chłodno pomimo grzejnika, który
Pam włączyła dla mnie kilka godzin wcześniej. To stary dom, w
którym nocą skrzypią różne wspomnienia. Porywisty wiatr dmucha w
szyby i uważnie przygląda się tej nowej mieszkance w starym
domostwie Campbellów... Zastanawiam się, czy powinnam wyłączyć
dwie starodawne lampy, czy spać z jedną włączoną... Zaczynam
sobie przypominać opowiadane przez Pam historie i nagle
uświadamiam sobie, że przecież i mnie może się tu coś przydarzyć
tej nocy! A co, jeśli nie dam rady tu zasnąć?!
Postanawiam być odważna i gaszę światło. W
ciemności trafiam do łóżka i wtulam się w cieplutką pościel.
Próbuję się wyciszyć i myśleć o szczęściu, które mnie
spotkało... Zamykam oczy i jest mi już całkiem dobrze, kiedy
nagle czuję, jakbym była w wielkim tłumie. Z każdej strony idą w
moim kierunku ludzie. Jest ich cała masa. I ja w samym środku
tego zgiełku. Ludzie są przyjaźni, ale idą w moją stronę... I
nagle zaczynam się zastanawiać, co się dzieje i czy dam radę
zasnąć... Kieruję moje myśli na inne tory i się powoli
relaksuję... Udaje mi się zasnąć. Śpię dobrze, choć kilka razy
się budzę. O świcie budzi mnie zapach — wanilia! Czuję go bardzo
wyraźnie przez kilka minut. Przychodzi mi od razu na myśl
Frederyka, która świetnie gotowała i piekła. Na pograniczu snu i
jawy zaczynam widzieć obrazy z TAMTYCH lat. Maud i Frederyka w
swoich długich sukniach opowiadają sobie coś szeptem, po czym
wybuchają śmiechem. Maud stroi się przed lustrem, a wujek John
Campbell przynosi jej wałki do włosów (ale nie współczesne!)...
Obrazy są wyraźne, a ja jestem obserwatorką... Poranna szarość
delikatnie wkrada się przez nieszczelne okno... Z każdą minutą
robi się jaśniej, a obrazy bledną.
Nie wstaję z łóżka jeszcze przez jakieś pół
godziny. Próbuję odgadnąć, co Maud czuła budząc się w tym pokoju
5 lipca 1911r., w dniu swojego ślubu. Myślę o nocach spędzonych
na ważnych rozmowach z kuzynkami... I o smutku, który jej
towarzyszył, kiedy wracała do Srebrnego Gaju po śmierci najpierw
wujka Johna, a później ukochanej Frederyki i cioci Annie.
Zjawia się Pam i pyta, jak przeszła mi noc.
Opowiadam jej o tłumie ludzi, o obrazach, o śmiechu i zapachu
wanilii. Pam słucha z wielkim zainteresowaniem i uwagą. Od razu
ma swoją interpretację tłumu. Uważa, że przodkowie przyszli mi
podziękować za to, co robię dla Srebrnego Gaju. Mówimy o wanilii
i Pam postanawia poszukać, co to może znaczyć. Znajduje jakieś
wzmianki o aniołach... Dzwoni George, brat Pam, który jest
właśnie w Montrealu w drodze do Chin. Chce wiedzieć, co działo
się w nocy, więc mu opowiadam. Wszyscy zdają się być
podekscytowani moimi opowieściami. I jest jeszcze coś... Ale to
zachowam dla samej siebie...
Pam zaprasza mnie na śniadanie. Próbuję odmówić,
bo przecież mam dom po drugiej stronie jeziora, ale Pam nalega.
Muszę zjeść przy stole, przy którym jadała L.M. Montgomery, przy
którym odbyło się wesele pisarki i przy którym usiadło 13 osób w
1918r., z których aż 3 zmarły w przeciągu sześciu miesięcy. I
choć nie jestem głodna, zasiadam do śniadania, bo rozumiem, że
to część mojego doświadczenia. Herbatkę piję z filiżanki cioci
Emily, którą Pam wyjmuje z gabloty. Talerz jest nowszy. Należał
do zastawy jej mamy — Ruth Montgomery Campbell. Ruth dorastała w
Srebrnym Nowiu, była wnuczką cioci Emily Macneill Montgomery.
Pam i George są więc spokrewnieni z Maud zarówno ze strony
Macneill, jak i Montgomery (mąż cioci Emily był kuzynem Hugh
Johna Montgomery, ojca Maud. Ciocia Emily była siostrą matki.
Ukochana ciocia Annie była również siostrą matki LMM Clary).
Przy śniadaniu odkrywany nowe skarby. „Ania ze Złotego Brzegu” podarowana rodzinie przez Maud i "Ania z Szumiących Topoli" podpisana przez pisarkę z dedykacją dla Jima zapewniającą o miłości cioci Maud... Ciocia Maud tak pokierowała sprawami, że biedny Jim, ojciec Pam, został na farmie w Park Corner, choć chciał zostać bankierem. Ciocia Maud kochała bowiem Srebrny Gaj i nie mogła znieść myśli, że mogłby on przejść w obce ręce. Jim, a następnie George i Pam wspierając swoją matkę Ruth wypełniają od wielu dekad wolę sławnej pisarki. Dzięki ich ciężkiej pracy ten ukochany przez Maud dom jest nadal w rodzinie Campbellów, w rodzinie, w której Maud miała w cioci Annie drugą matkę, a w kuzynostwie przyjaciół. W rodzinie, z której wyszło określenie „rodu Józefa” (określenie pierwszy raz użyte przez Frederykę).
| Książka kucharska Frederyki |
| Książka kucharska Frederyki |
| Srebrny Gaj na zdjęciu LMM |
W 2016r. kupiłam dom nad Jeziorem Lśniących Wód. Przywiozłam wówczas moje polskie Anie na Wyspę. Kiedy podczas tej pamiętnej pierwszej wichury w październiku 2016r. Pam przyszła do nas na obiad, poprosiłam ją o dedykację w „Ani z Zielonego Wzgórza”. Pam napisała wtedy, że jestem z „rodu Józefa”... Po nocy w Muzeum poczułam się godna tego tytułu...
| Stella Campbell |
| Frederyka Campbell |
Subskrybuj:
Posty (Atom)






