niedziela, 12 lipca 2015

Orwell Cove, Orwell Corner i Panmure Island


Czy wybaczycie mi brak chronologii? Mam nadzieję, że tak. Jakoś nie chce mi się pisać o środzie, a bardzo chciałabym się podzielić tym, co zdarzyło się w czwartek. Przeskakuję więc do czwartku, gdyż dzień ten na długo pozostanie w mojej pamięci.

Wstaliśmy wcześnie, gdyż zapowiadał się przepiękny słoneczny dzień, a na 11:15 umówiliśmy się w Orwell Corner z Denise i jej córką Rillą. Być może kojarzycie, że spotkałam się z nimi w ostatnim dniu mojej jesiennej wizyty na Wyspie. Przed umówionym spotkaniem mieliśmy jeszcze ambitne plany zobaczenia latarni morskiej Point Prim – plany, których nie udało się zrealizować, gdyż po drodze zatrzymaliśmy się w Orwell Cove, miejscu, które znałam z pięknych zdjęć Johna Sylvestra, a którego dokładne położenie poznałam dzięki Stephenowi DesRoches. Przyznam, że dobrze mieć kontakt z lokalnymi fotografami — znają oni Wyspę jak nikt inny. Pomyślałam, że zatrzymamy się na 5 minut, zrobimy kilka zdjęć i pojedziemy do latarni Point Prim. Nic takiego jednak się nie zdarzyło. Zatrzymaliśmy się na prawie godzinę, a gdybym nie była umówiona, to pewnie zostałabym tam do wieczora. Łubin, stokrotki, czerwone pola, a w oddali niebieskie wody cieśniny Northumberland łączące się z błękitem bezchmurnego nieba... 





W takim otoczeniu zjedliśmy przygotowane wcześniej kanapki, gdyż Denise posłała nam SMS, że ma niewielkie opóźnienie i że one już jedzą swój lunch w samochodzie, żeby nie marnować później czasu... Ten wielokropek wyjaśni się za moment :).


Po magicznej godzinie w Orwell Cove pojechaliśmy do pobliskiego Orwell Corner, gdzie znajduje się skansen, który chcieliśmy odwiedzić ze względu na Kościół oraz stodoły i zabudowania gospodarcze z filmów Sullivana. Wspominałam o tym przy okazji wizyty w Ontario – czasem spotyka się takie „kwiatki”, jak wnętrze Kościoła z wioski Westfield w Ontario, a ujęcia z zewnątrz z Wyspy Księcia Edwarda. Wioska w Orwell Corner jest wypełniona klimatem końca XIX wieku – czas zatrzymał się tu w miejscu i zwiedzając ją trudno sobie przypomnieć, za czym goni świat, który zostawiliśmy za sobą. Siedząc na ławeczce w ogrodzie łatwo wyobrazić sobie świat Ani – świat, który Lucy Maud Montgomery tak wdzięcznie odmalowała w swoich książkach, że każdy, kto je przyczytał, czuje się tu jak u siebie w domu. 
















Denise z Rillą dojechały jakąś godzinę później (akurat tyle czasu brakło nam na zwiedzenie latarni Point Prim)... Okazało się, że Denise myślała, iż umówiłyśmy się gdzie indziej i w międzyczasie zwiedziła dom, w którym LM Montgomery spotkała się w 1909 roku z Lordem Grey’em, ówczesnym Gubernatorem Generalnym Kanady. Kiedy obydwie z Rillą dojechały w końcu do Orwell Corner, my mieliśmy zwiedzanie za sobą. Nasze dziewczynki od razu przypadły sobie do gustu – pokrewieństwo dusz było widoczne od pierwszych minut spędzonych razem. 

Z Orwell Corner pojechaliśmy na Wyspę Panmure. Postanowiłam, że tym razem spróbujemy tam dotrzeć, jeśli będziemy w pobliżu i pogoda będzie sprzyjała. Dzień był znakomity na taką eskapadę, więc bez zastanawiania udaliśmy się na wschód. Panmure Island to kolejne miejsce, które wcześniej znałam tylko ze zdjęć. Naprawdę warto było tu przyjechać! Oszałamiająco piękne widoki, latarnia morska i urocza plaża... W takich chwilach chciałoby się, aby czas się zatrzymał... 













Droga powrotna do Springbrook trwała dwie godziny, jednak nikt nie narzekał, gdyż przejeżdżaliśmy przez zachwycające tereny. Po szybkim obiedzie pojechaliśmy na Zielone Wzgórze, żeby zrobić kilka zdjęć z lotu ptaka.








Z  Zielonego Wzgórza wybraliśmy się na lody (znów trzeba było sprawdzić, czy i dzisiaj lody Cows zasługują na palmę pierwszeństwa w rankingach mrożonych deserów). Znaleźliśmy też chwilkę, aby pojechać do Orby Head, zaś zachód słońca podziwialiśmy w Cavendish. 





Kiedy zmęczeni wracaliśmy do Springbrook, Rilla nagle stwierdziła, że czas na nocny spacer po Lesie Duchów. Zapomnieliśmy zupełnie, że taki był plan... Zawróciliśmy więc z New London i pojechaliśmy ponownie na Zielone Wzgórze. Dziewczynki nie były jednak zbyt dzielne – po dwóch minutach zawróciły ze ścieżki i chciały wracać do samochodu. 


To był naprawdę cudowny dzień! 




piątek, 10 lipca 2015

Polacy na Wyspie :)

Wtorek od rana zapowiadał się słonecznie – mieliśmy więc sporo planów, gdyż każdy słoneczny dzień należy dobrze wykorzystać :). Rano pojechaliśmy do Cavendish, na Zielone Wzgórze, gdzie byliśmy umówieni z przyjaciółmi, którzy przyjechali z nami na wyspę. 


Szkoda było nam jednak dnia na ponowne wizyty we wszystkich miejscach związanych z Anią i Maud, więc zaznaczyliśmy na mapie ich lokalizację, mapę daliśmy przyjaciołom, a sami pojechaliśmy do Park Corner, gdzie mieliśmy się ponownie spotkać na plaży Cousin Shore. Po drodze zatrzymaliśmy się w Moim Wymarzonym Domku, który wypadało znów trochę obfotografować :) Zdążyliśmy też zaliczyć spacer na naszej prywatnej plaży. 






Niestety wyjeżdżając z domu zapomniałam swojego aparatu, więc reszta zdjęć z tego dnia była robiona aparatem, którego nie nauczyłam się obsługiwać :(. 

W położonej niedaleko Park Corner miejscowości Darnley znajdują się dwie latarnie morskie i słynna formacja skalna – Teapot Rock. W 2013r. próbowaliśmy do niej dotrzeć, ale okazało się, że potrzebny byłby kajak. Tym razem znaleźliśmy inną drogę, którą chcieliśmy dojechać na plażę. Na miejscu stało się jednak jasne, że jest to droga prywatna. Byliśmy i na to przygotowani – dron okazał się niezastąpiony :).





Z Darnley pojechaliśmy na umówione spotkanie na plaży Cousin Shore, a później na naszą ulubioną plażę Branders Pond. Dzieci pluskały się w wodzie, biegały po piasku, a my robiliśmy zdjęcia, rozmawialiśmy i rozkoszowali każdym momentem w uroczym otoczeniu. Nie wiem, czy zdawałam sobie sprawę, że czytając mój blog ktoś może skusić się na wizytę na Wyspie Księcia Edwarda... Oto miałam jednak dowód — 4 osoby, które zdecydowały się na długą i męczącą pozdróż, gdyż zafascynowały je zdjęcia z mojego blogu. Cała ta sytuacja była bajkowa — sprawiliśmy, że na obydwu plażach Polacy byli najliczniej reprezentowaną nacją :). 


Na obiad poszliśmy do pizzerii, z której pojechaliśmy do Orby Head. W tym zjawiskowo pięknym miejscu Megan Follows i Schuyler Grant rozmawiały po koncercie.