sobota, 14 grudnia 2013

Anielskie Anie

Bardzo długo nie pisałam. Najpierw emocjonowałam się aukcją, a później walczyłam z chorobą. Czuję się już znacznie lepiej, więc czas na małe podsumowanie. :) Dziękuję wszystkim Wielbicielom Ani, którzy licytowali pamiątki z Wyspy Księcia Edwarda oraz przedmioty związane z Anią na naszej aukcji charytatywnej. Udało się zebrać dużo pieniędzy na leki i Ania w tym bardzo pomogła. Mam nadzieję, że cieszą Was wszystkie wygrane przedmioty tak bardzo, jak mnie cieszy Anielska Ania. Co prawda dostanę ją dopiero w przyszłym roku jako prezent urodzinowy, ale jestem przeszczęśliwa, że udało się ją wygrać.


Na naszej aukcji Anielska Ania poszła za 295 zł. Od stycznia każda Wielbicielka Ani będzie mogła sobie zamówić swoją własną Anielicę Anię. I choć moja jest oczywiście najbardziej wyjątkowa i najpiękniejsza, każda kolejna stworzona w Aniołowie będzie wspaniałym prezentem dla każdego, kto pokochał rydowłosą Anię :) Cena Anielskiej Ani z Filipowego Aniołowa to 150 zł i już można składać zamówienia u Mamy Filipa. Czas, aby Ania pomogła Filipkowi...

Już w styczniu będzie można stać się właścicielem takiej piękności 😍

Wystarczy skontaktować się z Mamą Filipka. Zapraszam na stronę na FB:


piątek, 25 października 2013

2 wiadomości

Wczoraj, będąc w windzie w Centrum Handlowym, przypomniałam sobie, że miałam zamieścić na blogu 2 świeże informacje. Okazuje się, że Montgomery to również nazwa firmy produkującej windy :) Wcześniej nigdy nie zauważyłam tej nazwy. A od Montgomery do Avonlea już bardzo krótka droga, więc jestem tu ponownie z dwoma wiadomościami.
Po pierwsze Wydawnictwo „Skrzat” ujawniło okładkę „Ani z Avonlea”. Kiedy skontaktowałam się pierwszy raz z Panią Sylwią Kaczmarską, kończyła wówczas pracę nad ilustracjami do drugiego tomu. Teraz w końcu można podziwiać to, nad czym wówczas pracowała.



Druga istotna dla wielbicieli Lucy Maud wiadomość to zapowiedź książki dla młodzieży inspirowanej życiem autorki. Książka ta ma obejmować lata 1888-1892, czyli będzie historią nastoletniej Maud. Będą to perypetie szkolne (i romantyczne) z 3 lat spędzonych w Cavendish na Wyspie Księcia Edwarda, kiedy Maud mieszkała z dziadkami oraz z czasu spędzonego w Prince Albert w Saskachewan, gdzie mieszkała z ojcem i jego drugą rodziną (podróż do Saskachewan młodziutka Maud odbyła z dziadkiem – Senatorem Montgomery). Powieść zostanie wydana w 2015 roku, a pisanie jej zlecono Melanie Fishbane. Czekamy więc na książkę, która być może w przyszłości doczeka się ekranizacji.

poniedziałek, 14 października 2013

Wyczekiwana przesyłka

Przedwczoraj pisałam o przesyłce z Wyspy, a dziś będzie o innej przesyłce... Długo wyczekiwana przeze mnie „Ania z Zielonego Wzgórza” w tłumaczeniu p. Pawła Beręsewicza dotarła w końcu do mnie i od razu zachwyciło mnie to nowe wydanie. Widziałam sporo zdjęć tej książki zanim zobaczyłam ją na własne oczy, ale żadne z nich nie oddaje jej piękna. Twarda oprawa, piękne ilustracje, gruby kredowy papier, elegancka czcionka i duży format książki sprawiają, że książka ta jest wyjątkowa. Jest to jedna z tych książek, przed czytaniem których myje się ponownie ręce, aby przypadkiem nie pobrudzić jej śnieżnobiałych stron, a każdą kartkę przewraca się w ten specyficzny sposób, który gwarantuje, iż nie wyrządzi się jej żadnej krzywdy (zakładam, że każdy ma ten swój własny sposób 😊).

Nie mam niestety wydania „Ani z Zielonego Wzgórza”, które przeczytałam jako pierwsze. Było to wydanie z 1976r. w twardej oprawie, które wraz z „Anią z Avonlea” podarował mi mój kuzyn w czasach, kiedy szczytem moich ambicji powinna była być samodzielna lektura książeczek z cyklu „Poczytaj mi mamo”. Ten, być może zbyt wczesny, prezent spowodował, że zaledwie 3 lata później, jako 9-latka, przeżywałam wzloty i upadki wraz z rudowłosą sierotką z Kanady. Mniej więcej w tym czasie zrodziło się moje marzenie odwiedzenia Wyspy Księcia Edwarda, które zdradzane szeptem w poważnych rozmowach z sąsiadkami sprawiało, że te ostatnie unosiły wysoko brwi wątpiąc w moje słowa. Całkiem niedawno jedna z nich przypomniała mi o tym (bo ja tylko pamiętam, że dosyć szybko zaliczyłam „Anię”), dodając, że i ona była w gronie niedowiarków. Przyznam, że i mnie nachodziły chwile zwątpienia. Kiedy zaczęłam uczyć się języka angielskiego w liceum, jedno z pierwszych wypracowań w tym języku napisałam na temat miejsc, które chciałabym w przyszłości odwiedzić. Pamiętam dokładnie, że numerem jeden nadal była Wyspa Księcia Edwarda, ale pojawiło się wytłumaczenie, że marzę o niej od wieku pacholęcego, jednak będąc u progu dorosłości muszę realistycznie spojrzeć w przyszłość, która najprawdopodobniej z Wyspą zbyt wiele wspólnego nie będzie miała. Okazuje się jednak, że czasem wiemy o wiele więcej jako dzieci – pewnie dlatego, że wówczas z racji wzrostu nie mamy okazji zbyt często oglądać unoszonych brwi niedowiarków :)

Wracając jednak do nowego pięknego wydania „Ani z Zielonego Wzgórza – prezentuję wspólne zdjęcie 3 wydań i od razu widać, że moje zachwyty są w pełni uzasadnione.



To, czego nie zauważyłam na wcześniejszych zdjęciach, to cytaty z książki wplecione w rude włosy Ani na okładce. Również na jej twarzy pojawiają się pojedyncze litery – kolejny interesujący element szaty graficznej.





Sama Ania była z pewnością dla Pani Sylwii Kaczmarskiej największym wyzwaniem. Jak przedstawić postać, którą każda wielbicielka albo sama dokładnie sobie wyobraziła, albo posiłkuje się Anią z filmów Sullivana? Moim zdaniem udało się tego dokonać i Ania z najnowszego polskiego wydania jest jedną z najbardziej udanych prób przedstawienia bohaterki stworzonej przez LM Montgomery. 





Wszystkie ilustracje są wyjątkowe i kilka z nich już wstawiałam na blogu wraz z krótkim wywiadem z Panią Sylwią Kaczmarską. Jednak teraz chciałam wspomnieć o przepięknych ilustracjach kwiatów, które pojawiają się na stronach kończących rozdziały. Każdy, kto był na Wyspie Księcia Edwarda, wie, jak ważną jej ozdobą są kwiaty. Również Maud uwielbiała kwiaty – od pelargonii w doniczkach po ogród kwiatowy, którym się osobiście zajmowała. Zarówno na Zielonym Wzgórzu, jak i w miejscu, gdzie znajdował się dom dziadków Maud częścią scenerii są właśnie kwiaty. Nie mogło więc ich również zabraknąć w książce. Szczególnie spodobała mi się ilustracja łubinu, który na stałe wpisany jest w krajobraz Wyspy. Myślę, że umieszczenie tej ilustracji nie było przypadkowe.






Jak widać, strona graficzna książki jest ucztą dla oka. Dzięki nowemu tłumaczeniu Ania z lekko przykurzonej postaci z przełomu XIX i XX wieku staje się żyjącą istotą, której losy zaciekawją również współczesnego młodego czytelnika. Przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem i porównywałam z wersją Rozalii Bernsteinowej oraz z oryginałem. Z czystym sumieniem polecam tę wersję wszystkim – i tym, którzy sięgają pierwszy raz po Anię, jak i tym, którzy co jakiś czas odświeżają sobie jej przygody. Ja natomiast przygotowałam sobie już całkiem nową półeczkę i mam ogromną nadzieję (tutaj wielki uśmiech do Wydawnictwa „Skrzat” :)), że półka ta wypełni się całą serią książek o Ani w nowym tłumaczeniu i szacie graficznej.



sobota, 12 października 2013

Przesyłka z Wyspy


Dziś doszła do mnie paczuszka od Roberta Montgomery, która nieśmiało przypomniała mi o tym, że nie samą aukcją człowiek żyje :) Dobrze, że pomiędzy moimi wizytami życie na Wyspie płynie swoim torem – z pewnością to ja bardziej przeżywam tę rozłąkę... Wracając jednak do przesyłki... Chwilkę pooglądałam sobie ją z zewnątrz i poprzeżywałam to, że ktoś spokrewniony z wielką pisarką własnoręcznie zaadresował przesyłkę do mnie. Pewnie większość ludzi podeszłaby do tego normalnie, ale ja bardzo przeżywam takie chwile. Przesyłka od Roberta Montgomery! MONTGOMERY! :) Zastanawiam się teraz, czy nie zostawić sobie na pamiątkę papieru, którym opakowane było pudełko :)


A skoro dziś mowa o Robercie Montgomery, to postanowiłam przedstawić kilka dodatkowych zdjęć z dnia, w którym go poznałam w Muzeum Dziedzictwa LM Montgomery znajdującym się w domu dziadka Maud – Senatora Donalda Montgomery. Dom ten był inspiracją dla Złotego Brzegu i w nim mała Lucy Maud (tak o niej mówi Robert) pierwszy raz zetknęła się z serwisem w pączki róż, z porcelanowymi psami „Gogiem” i „Magogiem” oraz z porcelanowym koszykiem z owocami, który pojawił się w „Historynce”. W domu tym można również zobaczyć sypialnię, w której spała Maud podczas odwiedzin w domu Senatora.






 





W to niedzielne sierpniowe popołudnie miałam z Robertem Montgomery również trudną rozmowę na temat śmierci pisarki. Robert stwierdził wówczas, iż nie ma wątpliwości, że Lucy Maud zmarła na skutek przedawkowania leków, jednak w jego rodzinie panowało przekonanie, iż nie była to próba samobójcza. Wg ustaleń matki Roberta w ostatnich miesiącach życia autorka najprawdopodobniej cierpiała na demencję bądź chorobę Alzheimera. Jej sąsiadka, z którą rozmawiała matka Roberta po śmierci pisarki, twierdziła, że zdarzało się, iż Maud przychodziła do niej 2–3 razy dziennie i witając się, komentowała, jak dawno się nie widziały. Pisarka zapominała więc o tym, co robiła przed kilkoma godzinami – niewykluczone, że tego feralnego dnia w kwietniu 1942 r. kilka razy zażyła lekarstwa, zapominając, iż zrobiła to już wcześniej. Takie wytłumaczenie satysfakcjonuje rodzinę pisarki, więc i dla mnie jest ono wystarczające. Wolę wierzyć, że nie targnęła się ona na swoje życie pomimo tego, iż przez jego większość cierpiała na depresję, a jej wrażliwa marzycielska dusza została uwięziona w różnych życiowych rolach, z których wiele było powodem ciągłego rozczarowania. Najważniejsze, że zostawiła nam Maud Anię i nauczyła nas marzyć...

środa, 25 września 2013

Nowa Ania


Ubiegłoroczne wydanie „Ani z Zielonego Wzgórza” w tłumaczeniu Pana Pawła Beręsewicza z całą pewnością przysporzy Ani wielu nowych wielbicieli. Ta nowa Ania może z powodzeniem konkurować z pisanymi w tym stuleciu tytułami – zarówno dzięki niezwykle ciekawemu tłumaczeniu, jak i szacie graficznej książki. A ta jest naprawdę imponująca! Nowa „Ania z Zielonego Wzgórza” Wydawnictwa Skrzat ma piękne kolorowe ilustracje autorstwa Pani Sylwii Kaczmarskiej – już dla nich samych warto sięgnąć ponownie po książkę, którą miłośnicy Ani znają od lat. Zastanawiałam się, jak wielkim wyzwaniem musiało być stworzenie nowego wizerunku tej, jakże kochanej przez wielbicieli, rudowłosej sierotki. Nie wiem, jakimi kryteriami kierowało się Wydawnictwo Skrzat w doborze ilustratora, ale widząc efekty, nie mam wątpliwości, iż był to trafny wybór :)

Udało mi się kilka dni temu dotrzeć do Pani Sylwii (chociaż w trochę innej sprawie :)), więc korzystając z okazji zapytałam, jak pracowało się nad „Anią”. Pani Sylwia kończyła właśnie ilustracje do „Ani z Avonlea”, ale obiecała, że chętnie opowie o tym po zakończeniu pracy. I dotrzymała słowa, a dodatkowo pozwoliła mi podzielić się swoimi refleksjami oraz ilustracjami z Czytelnikami tego bloga :)


P. Sylwia Kaczmarska: „Podzielam Pani sympatię do Ani. Dziś czytam ją zupełnie inaczej niż kiedyś, zaśmiewając się z przygód i widząc przez jej pryzmat własne wielkie „problemy i dylematy” okresu dojrzewania, bo na szczęście los oszczędził mi tych trudnych i gorzkich chwil, jakie stały się udziałem Anne.  
Pierwsza reakcja moich przyjaciół na wiadomość, że będę ilustrowała Anię była taka - "to było nieuniknione" - po prostu odpowiadam charakterologicznie pod ten wzorzec - kłopoty to moja specjalność ;)
A tak poważnie – to raczej miałam sporo szczęścia, że Skrzat zaufał mi w tej kwestii i powierzył kreację ilustracji do tak poczytnej lektury :), za co jestem Wydawnictwu bardzo wdzięczna.
Byłam zaskoczona tym, że mam zilustrować Anię i z niepokojem oczekiwałam pierwszych reakcji na nową oprawę graficzną książki… :)
Ania towarzyszyła mojemu dojrzewaniu i, jak wiele dziewcząt, utożsamiałam się z nią. To ogromna przyjemność dla twórcy móc pokazać światu swój prywatny obraz bohaterki, która towarzyszyła jego dorastaniu.
Pyta Pani, jak mi się ilustrowało Anię… to była niezwykła wyprawa – sentymentalna i prywatna.
Pewno by się nie odbyła, gdyby nie okoliczność ilustratorska, bo uznałabym że dawno wyrosłam z takich książek, a tymczasem… okazało się, że z perspektywy czasu nadal „Ania z Zielonego Wzgórza” może mnie czymś zaskoczyć i ma mi sporo do zaoferowania.
Jeśli chodzi o kreacje bohaterów, to nie musiałam daleko sięgać – wystarczyło przypomnieć sobie, które osoby z mojego otoczenia przypominały mi najbardziej w tamtym okresie bohaterów książki i … wykorzystać to, co kreowała moja dziewczęca wyobraźnia.”

wtorek, 24 września 2013

Półeczka Maud

W dzieciństwie miałam swoją półkę wypełnioną książkami o Ani. Myślałam, że tylko ja podchodzę do książek LM Montgomery z takim uczuciem, a później i z sentymentem. Kiedy wyjechałam z Polski, również półeczka z Anią zmieniła miejsce zamieszkania. Dowiedziałam się niedawno, że sporo wielbicieli Ani ma podobne półeczki :) Moja rozrosła się trochę i sporo miejsca zajęły na niej materiały dotyczące autorki „Ani z Zielonego Wzgórza” i starsze wydania serii o Ani. Mam nadzieję, że książek będzie tu zawsze przybywać.


Miesiąc temu byłam na Wyspie. Od tego czasu, głównie za sprawą tego bloga, poznałam wiele wyjątkowych osób. Wielbicieli Ani łączy pewna wrażliwość, marzycielstwo i miłość do piękna oraz słowa pisanego. Wielu z nas, za sprawą Ani, szuka pokrewnych dusz i cieszy się, kiedy te pojawiają się w niespodziewanych momentach. 

W moich poszukiwaniach informacji o życiu LM Montgomery natknęłam się na wspaniałe artykuły Ewy Henry w Pinezce.pl. Od pierwszych zdań było dla mnie jasne, że ich Autorka ma ogromną wiedzę na temat LM Montgomery. Skoro na tym blogu zamieszczam informacje dla miłośników Ani oraz Maud, nie mogę pominąć tego najbardziej rzetelnego opracowania, na jakie natknęłam się w języku polskim. Artykuły te zostały napisane przed publikacją ”The Gift of Wings“ autorstwa Mary Henley Rubio (publikacja: 2010r.), która przez prawie 30 lat zajmowała się edytowaniem „Dzienników” pisarki (wraz z Elizabeth Waterston). Pewne wpisy w „Dziennikach” autorki Ani wzbudziły u niej wątpliwości co do tego, na ile te przepisane w późniejszym czasie przez Maud „Dzienniki” były prawdziwym zapisem wydarzeń, a na ile wykreowaną przez mistrzynię pióra wersją, w jakiej chciała zostać zapamiętana. Rubio w ”The Gift of Wings” opisuje sprzeczności, pominięcia, a także przekłamania, na które natknęła się podczas pracy nad „Dziennikami”. Z całą pewnością lektura tej książki uświadomiła mi, że nie można polegać na samych „Dziennikach”. Być może prawdziwe poznanie Maud w ogóle nie jest możliwe... 
Po tym przydługim wstępie serdecznie zapraszam do pasjonującej lektury artykułów Ewy:

czwartek, 19 września 2013

Wywiad

Dziś niespodzianka :) Wywiad z Panem Pawłem Beręsewiczem, tłumaczem „Ani z Zielonego Wzgórza”, który zgodził się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Serdecznie zapraszam!

B.M.: Jesienią ubiegłego roku Wydawnictwo Skrzat wydało "Anię z Zielonego Wzgórza" w Pana tłumaczeniu. Za kilka tygodni ukaże się również "Ania z Avonlea". Jak trudno tłumaczy się książki, które zna i kocha kilka pokoleń czytelników i z jakimi najpoważniejszymi wyzwaniami musiał się Pan zmierzyć w trakcie pracy nad książkami LM Montgomery?
 
P.B.: Nowy przekład tak zwanej „kultowej” książki to zawsze spore wyzwanie. Zdaję sobie sprawę, że istnieje cała rzesza miłośników „Ań”, którzy wychowali się na starym tłumaczeniu pani Bernsteinowej i przekład razem z całą książką na trwałe wrosły w pejzaż wspomnień o szczęśliwym dzieciństwie. Ja z moim nowym tłumaczeniem staję się intruzem w tej piękniej krainie. Dlatego nie próbuję rywalizować z poprzednikami, poprawiać ich, porównywać się z nimi. Ja nawet nie znam wcześniejszych przykładów. Proponuję „Anię” taką jaką odczytałem z kart oryginału i jaką polubiłem. Pewnie niektórzy po prostu wzruszą ramionami, inni będą się zżymać, a jeszcze inni z ciekawości sprawdzą, jak różnie można przetłumaczyć tę samą książkę. Jest wreszcie spore grono czytelników, którzy jeszcze „Ań” nie czytali. Oni będą mogli wybrać, który tłumacz po raz pierwszy zabierze ich do Avonlea.
 
B.M.: Ile trwała praca nad tłumaczeniem pierwszego tomu serii, a ile w przypadku "Ani z Avonlea"? Jak wygląda praca tłumacza? Czy pracuje Pan określoną ilość godzin na tydzień/miesiąc? W jaki sposób przygotowywał się Pan do tłumaczenia książek LM Montgomery?
 
P.B.: Nad tłumaczeniem pierwszego tomu pracowałem około pół roku. „Ania z Avonlea” zajęła mi już trochę mniej czasu. Po pierwsze jest nieco krótsza, po drugie chyba kolejne tomy zawsze łatwiej się tłumaczy. Wraca się do znanych miejsc i postaci, na nowo podejmuje się przećwiczoną wcześniej melodię i frazę. W pracy staram się narzucić sobie pewną dyscyplinę, ale nie jest to łatwe, bo zajmuję się nie tylko tłumaczeniami. Jestem również pisarzem i jako autor książek dla dzieci i młodzieży sporo podróżuję po kraju, spotykając się z czytelnikami. Tłumaczenie to o tyle wdzięczne zajęcie, że można nad nim usiąść nawet na chwilę w hotelu, po całym dniu spotkań. Pisanie własnych tekstów w takich warunkach byłoby dla mnie bardzo trudne. Przygotowując się do pracy nad przekładami Ań zrobiłem, jak to się brzydko mówi „research”. Poczytałem trochę o autorce, o realiach społecznych i obyczajowych. Jednak największym wyzwaniem było ułożenie sobie w myślach topografii Avonlea i okolic. Oglądałem zdjęcia i mapy. Przeglądałem w internecie strony fanów Ani. Sam jestem ciekaw, jak ma się Avonlea, które stworzyłem sobie w wyobraźni do prawdziwych miejsc na Wyspie Księcia Edwarda.
 
B.M.: Co nowego wielbiciele Ani przyzwyczajeni do tłumaczeń Pani Rozalii Bernsteinowej znajdą w Pana tłumaczeniach? Czy nowe tłumaczenia kieruje Pan głównie do osób, które wcześniej nie czytały innych tłumaczeń, czy też uważa Pan, że miłośnicy i znawcy Ani znajdą w Pańskich tłumaczeniach interesującą i twórczą interpretację oryginału?
 
P.B.: Już trochę wcześniej na to pytanie odpowiedziałem. Powtórzę: nie znam poprzednich tłumaczeń albo raczej znam je tylko w krótkich urywkach. Mogę najwyżej powiedzieć, co ja najbardziej lubię w tych książkach, a co prawdopodobnie znalazło odbicie w moim tłumaczeniu. Otóż podoba mi się stosunek autorki do świata i ludzi, których opisuje – pełen ciepła i subtelnej, inteligentnej ironii. Bawi mnie proces przepoczwarzania się Ani. Jej rozterki, dylematy, wątpliwości i wszystkie te trudy dorastania, które stają się odrobinę łatwiejsze do zniesienia dzięki oparciu w serdecznych, życzliwych, bliskich ludziach. Jednak nawet ci serdeczni, życzliwi i bliscy mają swoje drobne wady, śmiesznostki i dziwactwa, które autorka punktuje z rozbrajającym wdziękiem. Z uśmiechem poznajemy całą galerię gaduł, uparciuchów, złośników, skner, zrzęd, spryciarzy, mruków, pięknoduchów, choleryków i im bardziej się uśmiechamy, tym większą czujemy do nich sympatię.
 
B.M.: W "Ani z Zielonego Wzgórza" zastąpił Pan panią Małgorzatę Linde pojawiającą się w wersji oryginalnej Rachel Lynde (brawo za odwagę!). Czy w Pana tłumaczeniu "Ani z Avonlea" spotkamy Jasia Irvinga czy też Paula? Czy Tolę i Tadzia zastąpią Dora i Davy?
 
P.B.: Przyjąłem zasadę niespolszczania imion i nazwisk. Wydaje mi się, że w obecnych czasach w kulturze masowej anglojęzyczne imiona są tak powszechne, że nie ma potrzeby bronić czytelników przed nimi. Akcja powieści toczy się w obcym dla nas kontekście kulturowym i ten kontekst stanowi jeden z jej smaczków. Moim zdaniem spolszczanie kontekstu powinno być ograniczone do minimum. Jak we wszystkim należy tu zachować zdrowy rozsądek. W moim tłumaczeniu w zasadzie pozostawiłem oryginalne brzmienie imion, nazwisk i nazw miejscowości. Wyjątkiem jest sama Ania, (która występuje chociażby w tytule, a zmienianie tytułu byłoby bezsensowne), Maryla oraz Mateusz. Uznałem, że ta ostania dwójka tak się już wryła w świadomość czytelników w polskiej wersji, że nie będę tego zmieniał. W przypadku Mateusza zaważyła również fleksja. Oryginalnego imienia Matthew nijak nie da się odmienić po polsku, a bez tego trudno byłoby skonstruować naturalnie brzmiące polskie zdania. Spolszczyłem również nazwy farm w Avonlea, np. Zielone Wzgórze oraz oczywiście romantyczne nazwy nadawane przez Anię różnym elementom miejscowego krajobrazu. Tak że podsumowując, w moim tłumaczeniu „Ani z Avonlea” spotkamy Paula Irvinga oraz Davy’ego i Dorę Keathów.
 
B.M.: Która z przygód Ani wydaje się Panu najbardziej zabawna? Czy praca nad zabawnym tekstem upływa szybciej?
 
P.B.: Jestem świeżo po tłumaczeniu „Ani z Avonlea” i tam szukam odpowiedzi na Pani pytanie. Zabawna i bardzo prawdziwa, choć całkowicie niepoprawna politycznie wydaje mi się scena, w której Ania w porywie złości spuszcza lanie niepokornemu uczniowi, przez co sprzeniewierza się swoim ideałom, ale za to zyskuje szacunek delikwenta. Bardzo lubię pracować nad zabawnymi tekstami. Wspólnota poczucia humoru z autorem tłumaczonej powieści z pewnością ułatwia pracę.
 
B.M.: Przetłumaczył Pan też "Przygody Tomka Sawyera" Marka Twaina. Sam Twain bardzo polubił rudowłosą bohaterkę wykreowaną przez LM Montgomery. Czy i Pan podziela ten sentyment?
 
P.B.: Tak, podzielam ten sentyment. Zresztą wcale się Twainowi nie dziwię, bo jego styl i poczucie humoru są bardzo podobne do stylu autorki „Ań”. Moim zdaniem „Ania z Zielonego Wzgórza” to taki „Tomek Sawyer” dla dziewczyn. Obie książki tłumaczyłem i obie z ogromną przyjemnością.
 
B.M.: Czy tłumacząc utwory innych pisarzy, ma Pan czasem chęć zmienić bądź poprawić oryginalny tekst? Czy w książkach o przygodach Ani nastąpiła chwila buntu i zrodziła się w Pana głowie alternatywna wersja? Jeśli tak, to którą z przygód Ani najchętniej by Pan zmienił i w jaki sposób?
 
P.B.: Zwykle nie mam pokus, żeby coś zmieniać w warstwie fabularnej. Dla mnie przekład jest zabawą z językiem. W tej warstwie tłumacz ma pewną swobodę i może sobie „zaszaleć”. Oczywiście trzeba się trzymać w pewnych granicach, ale i tak zwykle jest okazja do twórczej satysfakcji.
 
B.M.: Dziękuję za rozmowę i życzę Panu, aby Pana tłumaczenia przyczyniły się do powiększenia grona wielbicieli Ani oraz twórczości Lucy Maud Montgomery.
 
P.B.: Dziękuję bardzo.