poniedziałek, 31 lipca 2017

Polacy na Wyspie - relacja Malwiny cz. III

Jeszcze tego samego dnia, w którym odwiedziliśmy Srebrny Gaj w Park Corner, dom, w którym urodziła się Maud Montgomery w New London oraz fundamenty jej starego domu w Cavendish, odwiedziliśmy przepiękną plażę na Wyspie oraz pewien opuszczony już dom, którego byłam bardzo ciekawa.

            Tak jak pisałam, muzea i miejsca związane z Maud były na Wyspie czynne mniej więcej do godziny 17, zatem pozostawał nam do rozdysponowania jeszcze cały wieczór. Zachód słońca w tym czasie na Wyspie rozpoczynał się po 21:00, zatem po odwiedzeniu zaplanowanych miejsc, było jeszcze sporo czasu na cieszenie się naturą i pięknymi widokami. Wracając z Cavendish, zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, z którego można zrobić zdjęcie kolorowych domków przystani rybackiej – jedno z najczęściej fotografowanych miejsce na całej Wyspie Księcia Edwarda. Rzeczywiście, widok jest bardzo malowniczy, co możecie sami ocenić na zdjęciach. Przy wspomnianym punkcie widokowym zatrzymywaliśmy się wiele razy, za każdym razem próbując zrobić jeszcze lepsze zdjęcie, a to dlatego, że za każdym razem pogoda w innym świetle przedstawiała ów widok. Raz domki lśniły w pełnym słońcu i doskonale widać było ich żywe kolory, innym razem zachmurzone niebo wydobywało piękno krajobrazu położonych za nimi na wzgórzach łąk. Ciężko było zdecydować, w którym momencie widok ten jest jednoznacznie najpiękniejszy. Osobiście zamarzyło mi się, aby móc kiedyś zobaczyć ten sam malowniczy obrazek jesienią…


            Wieczorem, jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na poszukiwania domu wujostwa Sutherland w Sea View, który Maud również odwiedzała. Dom ten jest już opuszczony i zaniedbany, jednak mogę śmiało powiedzieć, że pomimo tego nadal robi wspaniałe wrażenie. Jest piękny – obszerny, zbudowany z pewnością z myślą o dużej rodzinie, z trzema zdobionymi stożkowatymi daszkami na froncie. Stoi samotnie przy drodze i choć kilka kroków dalej, przy kolejnym domu, toczy się życie (ktoś kosił trawę, w ogródku bawiły się dzieci), tutaj, na tym nieogrodzonym podwórku, życie zamarło. Nikt nie interesował się naszą obecnością w tym miejscu, jednak nie miałam odwagi podejść zbyt blisko. Może wydawać się dziwne to, co napiszę, ale odniosłam wrażenie, że brakiem szacunku byłoby podchodzenie pod sam budynek i zaglądanie w okna tego opuszczonego domostwa, tylko po to, by zaspokoić swoją ciekawość. Maud z pewnością napisałaby, że w takim miejscu mieszkają teraz duchy przeszłości i nie należy im przeszkadzać. Mniej więcej coś podobnego poczułam stojąc na zaniedbanym trawniku i spoglądając w ciemne, martwe okna. Mateusz, który jest osobą kompletnie nie przejmującą się żadnymi „duchami przeszłości” odmówił podejścia bliżej do tego domu i stanowczo prosił mnie, żebym czym prędzej stamtąd wróciła do samochodu. Tak też zrobiłam, bo dom, choć nie był nieprzyjazny, sprawiał wrażenie, jakby nie chciał, byśmy dłużej patrzyli na jego wizerunek w obecnym stanie. Trochę jak kobieta – nieuczesana, nieumalowana gospodyni, oderwana nagłą wizytą gości od jakiejś ciężkiej pracy, starająca się zachować uprzejmość pani domu, lecz zakłopotana badawczymi spojrzeniami przybyłych.



    Z żalem pożegnałam więc Sea View i udaliśmy się na jedną z pobliskich plaż – Branders Pond. Dzień zakończył się na pięknej plaży, a my, siedząc pod czerwonymi skalami, oglądaliśmy wspaniały zachód słońca.



     
            Nasz kolejny, trzeci dzień pobytu na Wyspie, rozpoczęliśmy od zwiedzania Zielonego Wzgórza (gdybym była wierniejszą miłośniczką Ani, z pewnością to tam chciałabym najpierw pojechać, ja jednak od zawsze wolałam Emilkę 😊). Muszę przyznać, że Zielone Wzgórze wewnątrz jest przepiękne – nawet jeśli na moment zapomni się o związku tego miejsca z Anią, a obejrzy je tylko jako dom „z tamtych czasów”, a może właśnie dlatego, że jest to dom z tamtych, nieistniejących już czasów… Oglądając wnętrza Green Gables wcale nie trzeba znać całej serii książek o Ani, aby zachwycić się otoczeniem. Już sam fakt, że najstarsza część domu przetrwała od 1830 roku, że można oglądać odwzorowany z tamtej epoki wystrój wnętrz, powinien stanowić zachętę dla odwiedzających, którzy nie do końca interesują się opowiadaniami o Ani. Choć bywa to czasem zabawne – Mateusz, widząc potłuczoną szkolną tabliczkę w pokoju Ani (nie wiedząc oczywiście, na jaki pokój patrzy), wyraził głęboki smutek, że jeden z eksponatów jest zniszczony;) Zastanawiałam się, czy pozostawić go w niewiedzy, czy też wyjaśnić, dlaczego ta tabliczka ma pozostać stłuczona, ostatecznie jednak litościwie wytłumaczyłam mu całą historię. 😉



            Po wizycie na Zielonym Wzgórzu i jeszcze jednym spacerze po Alei Zakochanych, udaliśmy się na pocztę – to jeszcze jedno ciekawe miejsce związane z Maud. Dopiero tam zdałam sobie sprawę, że przecież gdyby nie fakt, że jej rodzina prowadziła urząd pocztowy, nie byłoby zapewne sukcesu Maud! Tylko dzięki temu, że mogła przed wścibskimi oczami sąsiadów ukryć wysyłane do różnych czasopism rękopisy, albo po cichu odebrać odmowne odpowiedzi, Maud miała siłę na podejmowanie kolejnych prób zaistnienia w literackim świecie. Trudno powiedzieć, czy miałaby wystarczająco dużo odporności, aby znosić szydercze komentarze o swoich niepowodzeniach, gdyby  odbywało się to na oczach całego miasteczka. Po obejrzeniu pamiątek na poczcie i wysłaniu pocztówek do rodziny i znajomych, udaliśmy się na trochę typowo turystycznych przyjemności, odwiedzając Wioskę Avonlea. Można powiedzieć, że nie sprawdziłam się tutaj jako znawczyni świata Maud i Ani, bo nie odnalazłam tam oryginalnego budynku szkoły z Belmont, miasteczka, w którym Maud uczyła w latach 1896 – 1897. Nie żeby jakoś trudno było go tam znaleźć – po prostu zupełnie zapomniałam, że przecież budynek tej szkoły został przeniesiony do Cavendish i stoi w Wiosce Avonlea. No cóż, skoro mamy się pojawić na Wyspie kiedyś po raz kolejny, wypada cieszyć się, że będą tam miejsca związane z Maud, których jeszcze nie poznałam. Tymczasowo znalazłam pocieszenie w potrójnej porcji lodów Cow’s, które – wierzcie mi – są tak pyszne, że chwilowo ukoiły moje niezadowolenie z powodu nieobejrzanej atrakcji.



            Dalsza część dnia obfitowała w rozrywki dedykowane Mateuszowi, który koniecznie chciał podziwiać piękno natury wyspy Księcia Edwarda. To jest właśnie wspaniałe na Wyspie, że absolutnie każdy znajdzie tam coś dla siebie. Nie jest zatem prawdą, że wasi mężowie czy synowie, niezainteresowani Montgomery ani jej twórczością, będą się tam nudzić. Pojechaliśmy więc do Parku Narodowego Wyspy Księcia Edwarda, pokonując odcinek od Cavendish do Cape Turner.  Jedzie się tam nadmorską drogą, przy której są co jakiś czas stanowiska do zaparkowania auta i punkty widokowe. Są też miejsca dostosowane do typowego plażowania. Tego dnia była piękna pogoda, więc plaże licznie odwiedzali wypoczywający tam ludzie. To mi ukazało trochę inny obraz Wyspy – nie tylko jako ojczyzny Maud, ale również jako typowo turystycznego miejsca, gdzie można wspaniale wypocząć. Warto  jadąc tam zabrać ze sobą koc czy ręcznik i przez jakiś czas nacieszyć się pięknem rozległej plaży. 




            Po powrocie z Cavendish i plażowania, wieczór postanowiliśmy spędzić już w pobliżu domu, ale też na plaży. Przedtem jednak udaliśmy się do pobliskiego Springbrook, by tam odszukać pewien nagrobek. Koniecznie bowiem chciałam odnaleźć miejsce spoczynku Fredericy, choć nie miałam pojęcia gdzie dokładnie znajduje się jej grób. Na początku podjechaliśmy pod zupełnie nieprawidłowy kościół i cmentarz i trochę to trwało, zanim odszukaliśmy właściwy Geddie Memorial Cementery – jak się okazało, mijany wcześniej wielokrotnie, bo ulokowany przy samej drodze. Wśród starych, porośniętych mchem nagrobków udało mi się znaleźć groby zarówno Frederyki, jak i jej rodziców. 



            Wieczór spędziliśmy na przepięknej plaży Cousins Shore, „kłócąc się” zawzięcie, która z nich jest ładniejsza – wczorajsza Branders Pond, czy dzisiejsza? Oczywiście, do porozumienia nie doszliśmy, bo rozstrzygnięcie tego dylematu jest chyba niemożliwe, a w tej sprawie, najlepiej jeżeli przemówią zdjęcia 😉








CDN.

Zdj. i tekst: Malwina Wilczyńska

2 komentarze:

  1. Myślę, że "Zielone Wzgórze" jest warte obejrzenia, jeśli nie ze względu na Anię, to z powodu powiązania jakie nieruchomość ma z Maud i rodziną Webbów (nie mylę się Bernadko?). Historia z rozbitą tabliczką mnie rozbroiła :D Czekam na dalsze wrażenia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne wspomnienia , dowcipnie i ciekawie :) Malwinko , ja też nie znam całej twórczości Maud ,ale dzięki Bernadce wiem o wiele więcej o twórczości i o autorce . Uważam że jeśli nie pozna się autora , jego życia , z tej zwyczajnie ludzkiej strony . nie zrozumie się jego twórczości dostatecznie, twórczość Maud jest właśnie inspirowane jej życiem :) Pozdrawiam Ciebie, Bermadkę i wszystkich odwiedzających .

    OdpowiedzUsuń