wtorek, 4 lipca 2017

Polacy na Wyspie - relacja Malwiny cz. I

Część pierwsza, czyli jak to się wszystko zaczęło 

            O podróży na Wyspę Księcia Edwarda zaczęłam marzyć odkąd skończyłam 8 lat. Wtedy to po raz pierwszy przeczytałam „Anię z Zielonego Wzgórza” i dowiedziałam się o istnieniu tej niewielkiej wysepki w Kanadzie. Zaintrygowana, otworzyłam atlas świata, poszukałam Wyspy Księcia Edwarda i uśmiech zniknął z mojej twarzy. „Za daleko” – pomyślałam, „nie dam rady tam pojechać”. Moja mama, widząc mój smutek, postanowiła temu choć częściowo zaradzić, podsuwając mi kolejne tomy opowiadań o Ani, a także Emilce, Pat, wreszcie pamiętniki samej Maud – pierwszy tom, jedyny przetłumaczony na mój rodzimy język. Wtedy już wiedziałam, że na Wyspę można pojechać nie tylko dla Ani, ale dla samej autorki – zobaczyć jej dom (jeszcze wtedy sądziłam, że się zachował), miejscowość, w której się urodziła i spędziła dzieciństwo. Jednak moje ówczesne 10 – letnie życiowe doświadczenie nie umiało podpowiedzieć mi, jak mam zabrać się do realizacji marzenia o wyjeździe. Przeczytane po kilka razy książki odłożyłam na półkę, a myśl o podróży pogrzebałam głęboko.

            Trudno mi wytłumaczyć, co takiego stało się dwadzieścia lat później, (dokładnie przed wakacjami 2016 roku), że sięgnęłam znów po pamiętniki i całą twórczość Maud Montgomery. To był impuls. Przeczytałam ponownie jej dzienniki (rozumiejąc wreszcie, z perspektywy dorosłej osoby, jaki emocjonalny ładunek w sobie noszą), przeczytałam też dobrze znane mi powieści, zastanawiając się, co przegapiłam, czego jeszcze nie wiem. Zdecydowałam się pogłębiać moją wiedzę o autorce, dlatego zamówiłam kolejny tom dzienników, tym razem już w języku angielskim. Któregoś letniego dnia obudziłam się z myślą, że chcę pojechać na Wyspę Księcia Edwarda. Ta myśl pojawiła się nagle, niespodziewanie, w jednej chwili wypłynęło na powierzchnię skrywane od tylu lat niespełnione marzenie. Pamiętam, że od razu chwyciłam za komputer, wpisałam pośpiesznie nazwisko autorki i nazwę wyspy i natrafiłam na pierwszy w kolejności link – blog „Kierunek Avonlea”.

            Nie pamiętam, czy tego poranka choćby zjadłam śniadanie, bo na dobre kilka godzin utknęłam w świecie Maud i Ani. Blog Bernadety był i jest świetnym przewodnikiem po wszystkich znanych mi z pamiętników i mniej znanych miejscach na Wyspie. Pośród wpisów znalazłam również ten o kosztach podróży na Wyspę, który, przyznaję, chwilowo ostudził mój zapał, ale tylko pozornie. Tak naprawdę już zaczęłam rozmyślać, co zrobić, by jednak tam pojechać. Pod jednym z wpisów zostawiłam komentarz Bernadetce, po czym zamknęłam komputer, zmuszona wrócić do warszawskiej rzeczywistości. Kilka dni później Bernadka odpisała na mój komentarz oraz pozostawiła link do grupy na Facebooku, gdzie mogłam zorientować się, ze ludzi dostrzegających wyjątkowość TAMTEGO świata, świata Ani i Maud, jest więcej. Zaczęłyśmy rozmawiać z Bernadką, a podczas jednej z tych rozmów dowiedziałam się, że ma ona w planach zakup swojego domku na Wyspie. Wtedy już marzenie o wyjeździe zaczęło przybierać naprawdę realne kształty i przemieniać się w plan.

            Przygotowania do wyjazdu trwały rok. Początkowo sądziłam, że na Wyspie zjawię się dopiero w 2018 roku, ale ostatecznie stwierdziliśmy wraz z moim narzeczonym, że uda nam się zorganizować wszystko do lata 2017 r. Zaczęliśmy tworzyć plan wydatków – przelot, pobyt, wynajem auta, fundusze na jedzenie. Ja chyba do końca nie wierzyłam w to, co się dzieje, nawet kiedy miałam bilet lotniczy w ręku. W naszym przypadku podróż rozpoczynała się w Toronto, od zwiedzania miasta, wyjazdu nad Niagarę, a także podróży do Journey’s End, czyli pierwszego własnego i jednocześnie ostatniego domu Maud. Nawet stojąc przed tym domem wciąż nie miałam jednak świadomości, że oto za chwilę będę na Wyspie. Co więcej, nie docierało to do mnie nawet w momencie, w którym siedziałam już w samolocie z Toronto do Charlottetown. Dopiero, kiedy przez okno samolotu spostrzegłam znany mi do tej pory ze zdjęć Most Konfederacji, zrozumiałam gdzie za chwilę będę.

            Wyspa przywitała nas życzliwie, bo choć w momencie lądowania nie było jeszcze słońca, to kiedy jechaliśmy już autem w kierunku Blue Moon wszystko lśniło w jego blasku. Podróż z lotniska do Park Corner przebiegła bez najmniejszego problemu. Tyle razy odbywałam ją „palcem po mapie” oraz poprzez Google Street View, że bez problemu dotarliśmy pod wskazany adres. W progu domu powitali nas serdecznie Ewa i Mario, znani nam z wcześniejszych postów na blogu i Facebooku. Poczuliśmy się w ich towarzystwie bardzo swobodnie, a w przyjaznym i pięknym Blue Moon – jak u siebie. I w ten sposób nasza przygoda z Wyspą rozpoczęła się na dobre.

            Już pierwszego wieczoru Ewa i Mario zabrali nas w miejsce, które – wiedziałam to wcześniej – stało się moim ulubionym. Mowa o plaży, przy której znajduje się skała o przedziwnym kształcie, zwana Teapot Rock. Kilka minut drogi autem i oto spacerowałam nad czerwonymi klifami, oglądając plażę skąpaną w świetle popołudniowego słońca. Naprawdę ciężko opisać wrażenia, które mi wtedy towarzyszyły. Oglądałam wreszcie krajobraz tak dobrze znany mi do tej pory ze zdjęć, tak wiele razy oglądany przed wyjazdem, a tak całkowicie nowy, kiedy wreszcie zobaczyłam go własnymi oczami. Żadna fotografia nie jest w stanie oddać piękna przestrzeni, jaka jest na Wyspie. Patrząc na zdjęcie nie poczuje się też spokoju i wrażenia wolności, które czułam, spoglądając na morze. 






            Tego samego dnia wybraliśmy się też z Mateuszem do dwóch latarni morskich: New London i Cape Tryon. Przy tej ostatniej mogliśmy podziwiać piękny zachód słońca. Zwiedzanie miejsc związanych z Maud rozpoczęliśmy następnego dnia. Jednak ten piękny pierwszy dzień na Wyspie oboje zapamiętaliśmy jako bardzo wyjątkowy, obiecujący wiele wrażeń podczas kolejnych dni naszego pobytu. 





Autorka tekstu i zdjęć: Malwina Wilczyńska


C.D.N.

23 komentarze:

  1. Dziękuję za uroczy i interesujący wpis! Jestem bardzo ciekawa dalszego ciągu ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, już się tworzy kolejna część:)

      Usuń
  2. Dziękuję Malwinko , przeczytałem twoje wspomnienia przyjemnością ,i czekam na kontynuację . Pozdrawiam !!

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję :) Czekam na więcej wrażeń i zdjęć :) super sprawa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, niebawem będzie kolejna część i więcej zdjęć:)

      Usuń
  4. Też tam kiedyś pojadę:)) Już sobie założyłam subkonto na ten cel. Dziękuję Wam dziewczyny za inspirację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki, na pewno się uda, oby jak najszybciej:)

      Usuń
  5. Super!!! Czeekam z niecierpliwością na kolejny wpis!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ ta Wyspa nas kusi i przywołuje!
    Czekam na dalszy ciąg :))
    Ania W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już niedługo będzie, i dodam więcej zdjęć, obiecuję:)

      Usuń
  7. Chciałabym, chciała..., ale tylko wygrana w totka może dać mi szansę realizacji marzeń. Oszczędności z emerytury są praktycznie niemożliwe. Jednak ten wpis ma tak optymistyczną wymowę, że wszystko może się zdarzyć, a więc trzeba marzyć. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejmy nadzieje, ze zdarzy sie cud! Trzymamy kciuki!

      Usuń
    2. Ciężko mi radzić w tej sprawie, bo temat pieniędzy jest kwestią bardzo delikatną, poza tym wiem, jak wyglądają emerytury w Polsce:( Ale mimo wszystko nie poddawałabym się - prosiłabym rodzinę o fundusze z każdych urodzin czy Bożego Narodzenia zamiast prezentów, a może ktoś w końcu kupiłby bilet?:) Warto głośno mówić o swoich marzeniach, bo cuda się zdarzają kiedy świat się o nich dowiaduje:) Pozdrawiam serdecznie, proszę przemyśleć, czy nie warto dać sobie takiej szansy:)

      Usuń
  8. Wspaniała przystawka, czekam na danie główne, czyli dalszą relację ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyrządzam, muszę jeszcze doprawić i serwujemy;))

      Usuń
  9. Kolejna relacja kolejnej zauroczonej Wyspą osoby :) Czytając Wasze wpisy, oglądając zdjęcia, wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego w książkach LMM tak mało jest morza i plaż. Wymarzony Domek jest przecież prawie na brzegu! Owszem, mamy jakąś wzmiankę o Ani, która szczęśliwa tańczy na plaży i spotyka Ewę, siedzącą na kamieniu. Ale ogólnie morze (a właściwie ocean) istnieje tylko w opowieściach Kapitana Jima, i jako dalekie, nieprzyjazne, a nawet nieco odpychające tło dla wydarzeń (wioska rybacka, gdzie mieszkają ordynarni ludzie i niewychowane dzieci; zabawa taneczna, podczas której Rilla przegapiła ostatnią łódź płynącą przez zatokę i musiała nocować z Mary Vance).
    A na Waszych zdjęciach morze jest wszechobecne i piękne. Myślę, że prawie wszędzie na Wyspie czuje się jego zapach i słyszy jego szum, więc czemu Maud potraktowała je tak po macoszemu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Evan, moj maz, ciagle o tym mowi - ze malo w powiesciach LMM jest morza. Nie wiem, dlaczego... Dla mnie Wyspa to pola i plaze...

      Usuń
    2. To ja polecam przeczytanie opowiadań, bo tam znacznie częściej pojawia się morze i plaże :)

      Usuń
    3. Polecam "Zapach wiatru":) A morza w Ani i tak mam wrażenie, że jest więcej niż np. w Pat :) Może dlatego, że Maud pisząc Pat mieszkała już poza Wyspą?

      Usuń
  10. Przepiekny wpis! Czytam od kilku miesiecy Twoj blog i....bede na Wyspie od 14 do 23 sierpnia! Marzenie dzicinstwa sie spelnia:). Mieszkam od 12 lat we Francji (gdzie nie znaja Ani z Zielonego Wzgorza, wyobrazacie to sobie??), i wybieram sie na caly miesiac do Kanady. Toronto, Ottawa, Montreal i Quebec w pierwszej polowie sierpnia, a potem wynajelam samochod i przybywam na wyspe. Mam rezerwacje przez AirBnb w New Glasgow. Z radoscia sie z Toba spotkam, i podziele pasja:). CZy bedzie to mozliwe? Ja jestem mobilna i na Wyspie po prostu BEDE:):):). Zostawiam moj kotakt: Iwona Glowacka iwonaglowacka@ntymail.com... Jeszcze raz dziekuje za ten blog!!!

    OdpowiedzUsuń