piątek, 27 września 2013

Ania dla Afryki

Moja przygoda z pisaniem bloga rozpoczęła się w styczniu tego roku, kiedy przygotowywałam się do wyjazdu do Afryki. Od ponad 3,5 roku jestem Wolontariuszką Adopcji Serca prowadzonej przez polskie siostry boromeuszki w Zambii. Obecnie w naszych programach jest ponad 900 dzieci, z czego 250 w misyjnym przedszkolu o nazwie „Arka Noego”. W marcu udało mi się pojechać do Zambii, o czym można przeczytać w blogu „Kierunek Zambia” (link u góry po prawej stronie). Spełniło się wówczas moje wielkie marzenie – zobaczyłam na własne oczy, ile dobrego udało nam się zrobić w tak niedługim czasie. W chwili obecnej prowadzimy rekrutację Rodziców Adopcyjnych dla nowej grupy przedszkolaków – jeśli ktoś z czytających ten blog chciałby uczestniczyć w tym pięknym dziele, zapraszam z całego serca. Ponad 40 dzieci czeka na kogoś, kto da im szansę na normalne dzieciństwo i dzienny posiłek. Szczegóły na stronie www.adopcjaserca.org w zakładce Adopcja Grupowa.
 
Praca w wolontariacie to sposób na poznanie wielu wspaniałych ludzi. To właśnie moi „adopcyjni” znajomi namówili mnie na pisanie bloga z podróży na Wyspę i zawsze wiernie towarzyszą mi w realizowaniu wszystkich szalonych pomysłów :) Wielu z nich to wielbiciele Ani, z których emanuje dobro i życzliwość. Dzięki nim każdego dnia przekonuję się, że na świecie jest wiele wrażliwych i marzycielskich pokrewnych dusz. :)

Długo myślałam nad tym, jak połączyć moją miłość do Wyspy Księcia Edwarda z miłością do Afryki, jak połączyć sympatycznego rudzielca z Kanady z inicjatywą, która jest tak bliska memu sercu... Kiedy robi się coś z potrzeby serca, to często zdarza się, że niemożliwe staje się możliwe. :) Tak było i tym razem.
 
Już w listopadzie będzie okazja zobaczyć, jak Ania może pomóc Afryce. Planuję bowiem aukcję charytatywną, na której będzie można powalczyć o pamiątki z Wyspy Księcia Edwarda, a także unikatowe przedmioty, które będą gratką dla kolekcjonerów. Repliki „Goga” i „Magoga” (których jest na świecie poniżej 1000 sztuk, a które można dostać tylko w Muzeum Roberta Montgomery), kubek z Zielonego Wzgórza, rocznicowe wydanie „Anne of Green Gables” z ilustracjami, jakie pojawiły się w wydaniu z 1908 roku, „Dzienniki Wybrane” LM Montgomery z czasów, kiedy mieszkała ona na Wyspie Księcia Edwarda, „Ania z Avonlea” w nowym tłumaczeniu p. Beręsewicza od Wydawnictwa Skrzat, a nawet piasek i kamyk z Wyspy – coś dla tych, którzy wiedzą, iż z różnych przyczyn nie uda im się spełnić tego marzenia...

 
 




Najbardziej zaciętą walkę przewiduję o Anielską Anię, którą zrobiły na naszą aukcję Babcia i Mama Filipa Kozłowskiego – chłopca chorego na niezwykle rzadką chorobe Niemanna Picka C. Babcia Filipa tworzy przepiękne Anioły, które następnie trafiają do osób wpłacających na konto Filipa darowizny na lek pod nazwą Zavesca. Miesięczna terapia to koszt ponad 40 tys. zł – kwota niewyobrażalna, którą trzeba zdobyć, aby dziecku się nie pogarszało. W tej walce o środki na lek Mama i Babcia Filipka przyjęły z radością moje wyzwanie i oto powstała Anielska Ania, która pomoże Filipowi oraz dzieciom i chorym w Afryce. W poniższej wersji powstała tylko jedna Ania – będzie o nią można powalczyć w listopadzie na Allegro. Jeśli ktoś chciałby zamówić inne Anioły, to gorąco polecam stronę „Filipowego Aniołowa” na Facebooku:

 
 

środa, 25 września 2013

Nowa Ania


Ubiegłoroczne wydanie „Ani z Zielonego Wzgórza” w tłumaczeniu Pana Pawła Beręsewicza z całą pewnością przysporzy Ani wielu nowych wielbicieli. Ta nowa Ania może z powodzeniem konkurować z pisanymi w tym stuleciu tytułami – zarówno dzięki niezwykle ciekawemu tłumaczeniu, jak i szacie graficznej książki. A ta jest naprawdę imponująca! Nowa „Ania z Zielonego Wzgórza” Wydawnictwa Skrzat ma piękne kolorowe ilustracje autorstwa Pani Sylwii Kaczmarskiej – już dla nich samych warto sięgnąć ponownie po książkę, którą miłośnicy Ani znają od lat. Zastanawiałam się, jak wielkim wyzwaniem musiało być stworzenie nowego wizerunku tej, jakże kochanej przez wielbicieli, rudowłosej sierotki. Nie wiem, jakimi kryteriami kierowało się Wydawnictwo Skrzat w doborze ilustratora, ale widząc efekty, nie mam wątpliwości, iż był to trafny wybór :)

Udało mi się kilka dni temu dotrzeć do Pani Sylwii (chociaż w trochę innej sprawie :)), więc korzystając z okazji zapytałam, jak pracowało się nad „Anią”. Pani Sylwia kończyła właśnie ilustracje do „Ani z Avonlea”, ale obiecała, że chętnie opowie o tym po zakończeniu pracy. I dotrzymała słowa, a dodatkowo pozwoliła mi podzielić się swoimi refleksjami oraz ilustracjami z Czytelnikami tego bloga :)

 
 

P. Sylwia Kaczmarska: „Podzielam Pani sympatię do Ani. Dziś czytam ją zupełnie inaczej niż kiedyś, zaśmiewając się z przygód i widząc przez jej pryzmat własne wielkie „problemy i dylematy” okresu dojrzewania, bo na szczęście los oszczędził mi tych trudnych i gorzkich chwil, jakie stały się udziałem Anne.  
Pierwsza reakcja moich przyjaciół na wiadomość, że będę ilustrowała Anię była taka - "to było nieuniknione" - po prostu odpowiadam charakterologicznie pod ten wzorzec - kłopoty to moja specjalność ;)
A tak poważnie – to raczej miałam sporo szczęścia, że Skrzat zaufał mi w tej kwestii i powierzył kreację ilustracji do tak poczytnej lektury :), za co jestem Wydawnictwu bardzo wdzięczna.
Byłam zaskoczona tym, że mam zilustrować Anię i z niepokojem oczekiwałam pierwszych reakcji na nową oprawę graficzną książki… :)
Ania towarzyszyła mojemu dojrzewaniu i, jak wiele dziewcząt, utożsamiałam się z nią. To ogromna przyjemność dla twórcy móc pokazać światu swój prywatny obraz bohaterki, która towarzyszyła jego dorastaniu.
Pyta Pani, jak mi się ilustrowało Anię… to była niezwykła wyprawa – sentymentalna i prywatna.
Pewno by się nie odbyła, gdyby nie okoliczność ilustratorska, bo uznałabym że dawno wyrosłam z takich książek, a tymczasem… okazało się, że z perspektywy czasu nadal „Ania z Zielonego Wzgórza” może mnie czymś zaskoczyć i ma mi sporo do zaoferowania.
Jeśli chodzi o kreacje bohaterów, to nie musiałam daleko sięgać – wystarczyło przypomnieć sobie, które osoby z mojego otoczenia przypominały mi najbardziej w tamtym okresie bohaterów książki i … wykorzystać to, co kreowała moja dziewczęca wyobraźnia.”






A ja zastanawiam się, czy te osoby z otoczenia Pani Sylwii wiedzą, iż były inspiracją dla bohaterów kultowej książki i czy Ania nie jest przypadkiem podobna do Autorki ilustracji... :)

wtorek, 24 września 2013

Półeczka Maud

W dzieciństwie miałam swoją półkę wypełnioną książkami o Ani. Myślałam, że tylko ja podchodzę do książek LM Montgomery z takim uczuciem, a później i z sentymentem. Kiedy wyjechałam z Polski, również półeczka z Anią zmieniła miejsce zamieszkania. Dowiedziałam się niedawno, że sporo wielbicieli Ani ma podobne półeczki :) Moja rozrosła się trochę i sporo miejsca zajęły na niej materiały dotyczące autorki „Ani z Zielonego Wzgórza” i starsze wydania serii o Ani. Mam nadzieję, że książek będzie tu zawsze przybywać.
 

Miesiąc temu byłam na Wyspie. Od tego czasu, głównie za sprawą tego bloga, poznałam wiele wyjątkowych osób. Wielbicieli Ani łączy pewna wrażliwość, marzycielstwo i miłość do piękna oraz słowa pisanego. Wielu z nas, za sprawą Ani, szuka pokrewnych dusz i cieszy się, kiedy te pojawiają się w niespodziewanych momentach. 

W moich poszukiwaniach informacji o życiu LM Montgomery natknęłam się na wspaniałe artykuły Ewy Henry w Pinezce.pl. Od pierwszych zdań było dla mnie jasne, że ich Autorka ma ogromną wiedzę na temat LM Montgomery. Skoro na tym blogu zamieszczam informacje dla miłośników Ani oraz Maud, nie mogę pominąć tego najbardziej rzetelnego opracowania, na jakie natknęłam się w języku polskim. Artykuły te zostały napisane przed publikacją ”The Gift of Wings“ autorstwa Mary Henley Rubio (publikacja: 2010r.), która przez prawie 30 lat zajmowała się edytowaniem „Dzienników” pisarki (wraz z Elizabeth Waterston). Pewne wpisy w „Dziennikach” autorki Ani wzbudziły u niej wątpliwości co do tego, na ile te przepisane w późniejszym czasie przez Maud „Dzienniki” były prawdziwym zapisem wydarzeń, a na ile wykreowaną przez mistrzynię pióra wersją, w jakiej chciała zostać zapamiętana. Rubio w ”The Gift of Wings” opisuje sprzeczności, pominięcia, a także przekłamania, na które natknęła się podczas pracy nad „Dziennikami”. Z całą pewnością lektura tej książki uświadomiła mi, że nie można polegać na samych „Dziennikach”. Być może prawdziwe poznanie Maud w ogóle nie jest możliwe... 

Po tym przydługim wstępie serdecznie zapraszam do pasjonującej lektury artykułów Ewy:
 
 

czwartek, 19 września 2013

Wywiad

Dziś niespodzianka :) Wywiad z Panem Pawłem Beręsewiczem, tłumaczem „Ani z Zielonego Wzgórza”, który zgodził się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Serdecznie zapraszam!

B.M.: Jesienią ubiegłego roku Wydawnictwo Skrzat wydało "Anię z Zielonego Wzgórza" w Pana tłumaczeniu. Za kilka tygodni ukaże się również "Ania z Avonlea". Jak trudno tłumaczy się książki, które zna i kocha kilka pokoleń czytelników i z jakimi najpoważniejszymi wyzwaniami musiał się Pan zmierzyć w trakcie pracy nad książkami LM Montgomery?
 
P.B.: Nowy przekład tak zwanej „kultowej” książki to zawsze spore wyzwanie. Zdaję sobie sprawę, że istnieje cała rzesza miłośników „Ań”, którzy wychowali się na starym tłumaczeniu pani Bernsteinowej i przekład razem z całą książką na trwałe wrosły w pejzaż wspomnień o szczęśliwym dzieciństwie. Ja z moim nowym tłumaczeniem staję się intruzem w tej piękniej krainie. Dlatego nie próbuję rywalizować z poprzednikami, poprawiać ich, porównywać się z nimi. Ja nawet nie znam wcześniejszych przykładów. Proponuję „Anię” taką jaką odczytałem z kart oryginału i jaką polubiłem. Pewnie niektórzy po prostu wzruszą ramionami, inni będą się zżymać, a jeszcze inni z ciekawości sprawdzą, jak różnie można przetłumaczyć tę samą książkę. Jest wreszcie spore grono czytelników, którzy jeszcze „Ań” nie czytali. Oni będą mogli wybrać, który tłumacz po raz pierwszy zabierze ich do Avonlea.
 
B.M.: Ile trwała praca nad tłumaczeniem pierwszego tomu serii, a ile w przypadku "Ani z Avonlea"? Jak wygląda praca tłumacza? Czy pracuje Pan określoną ilość godzin na tydzień/miesiąc? W jaki sposób przygotowywał się Pan do tłumaczenia książek LM Montgomery?
 
P.B.: Nad tłumaczeniem pierwszego tomu pracowałem około pół roku. „Ania z Avonlea” zajęła mi już trochę mniej czasu. Po pierwsze jest nieco krótsza, po drugie chyba kolejne tomy zawsze łatwiej się tłumaczy. Wraca się do znanych miejsc i postaci, na nowo podejmuje się przećwiczoną wcześniej melodię i frazę. W pracy staram się narzucić sobie pewną dyscyplinę, ale nie jest to łatwe, bo zajmuję się nie tylko tłumaczeniami. Jestem również pisarzem i jako autor książek dla dzieci i młodzieży sporo podróżuję po kraju, spotykając się z czytelnikami. Tłumaczenie to o tyle wdzięczne zajęcie, że można nad nim usiąść nawet na chwilę w hotelu, po całym dniu spotkań. Pisanie własnych tekstów w takich warunkach byłoby dla mnie bardzo trudne. Przygotowując się do pracy nad przekładami Ań zrobiłem, jak to się brzydko mówi „research”. Poczytałem trochę o autorce, o realiach społecznych i obyczajowych. Jednak największym wyzwaniem było ułożenie sobie w myślach topografii Avonlea i okolic. Oglądałem zdjęcia i mapy. Przeglądałem w internecie strony fanów Ani. Sam jestem ciekaw, jak ma się Avonlea, które stworzyłem sobie w wyobraźni do prawdziwych miejsc na Wyspie Księcia Edwarda.
 
B.M.: Co nowego wielbiciele Ani przyzwyczajeni do tłumaczeń Pani Rozalii Bernsteinowej znajdą w Pana tłumaczeniach? Czy nowe tłumaczenia kieruje Pan głównie do osób, które wcześniej nie czytały innych tłumaczeń, czy też uważa Pan, że miłośnicy i znawcy Ani znajdą w Pańskich tłumaczeniach interesującą i twórczą interpretację oryginału?
 
P.B.: Już trochę wcześniej na to pytanie odpowiedziałem. Powtórzę: nie znam poprzednich tłumaczeń albo raczej znam je tylko w krótkich urywkach. Mogę najwyżej powiedzieć, co ja najbardziej lubię w tych książkach, a co prawdopodobnie znalazło odbicie w moim tłumaczeniu. Otóż podoba mi się stosunek autorki do świata i ludzi, których opisuje – pełen ciepła i subtelnej, inteligentnej ironii. Bawi mnie proces przepoczwarzania się Ani. Jej rozterki, dylematy, wątpliwości i wszystkie te trudy dorastania, które stają się odrobinę łatwiejsze do zniesienia dzięki oparciu w serdecznych, życzliwych, bliskich ludziach. Jednak nawet ci serdeczni, życzliwi i bliscy mają swoje drobne wady, śmiesznostki i dziwactwa, które autorka punktuje z rozbrajającym wdziękiem. Z uśmiechem poznajemy całą galerię gaduł, uparciuchów, złośników, skner, zrzęd, spryciarzy, mruków, pięknoduchów, choleryków i im bardziej się uśmiechamy, tym większą czujemy do nich sympatię.
 
B.M.: W "Ani z Zielonego Wzgórza" zastąpił Pan panią Małgorzatę Linde pojawiającą się w wersji oryginalnej Rachel Lynde (brawo za odwagę!). Czy w Pana tłumaczeniu "Ani z Avonlea" spotkamy Jasia Irvinga czy też Paula? Czy Tolę i Tadzia zastąpią Dora i Davy?
 
P.B.: Przyjąłem zasadę niespolszczania imion i nazwisk. Wydaje mi się, że w obecnych czasach w kulturze masowej anglojęzyczne imiona są tak powszechne, że nie ma potrzeby bronić czytelników przed nimi. Akcja powieści toczy się w obcym dla nas kontekście kulturowym i ten kontekst stanowi jeden z jej smaczków. Moim zdaniem spolszczanie kontekstu powinno być ograniczone do minimum. Jak we wszystkim należy tu zachować zdrowy rozsądek. W moim tłumaczeniu w zasadzie pozostawiłem oryginalne brzmienie imion, nazwisk i nazw miejscowości. Wyjątkiem jest sama Ania, (która występuje chociażby w tytule, a zmienianie tytułu byłoby bezsensowne), Maryla oraz Mateusz. Uznałem, że ta ostania dwójka tak się już wryła w świadomość czytelników w polskiej wersji, że nie będę tego zmieniał. W przypadku Mateusza zaważyła również fleksja. Oryginalnego imienia Matthew nijak nie da się odmienić po polsku, a bez tego trudno byłoby skonstruować naturalnie brzmiące polskie zdania. Spolszczyłem również nazwy farm w Avonlea, np. Zielone Wzgórze oraz oczywiście romantyczne nazwy nadawane przez Anię różnym elementom miejscowego krajobrazu. Tak że podsumowując, w moim tłumaczeniu „Ani z Avonlea” spotkamy Paula Irvinga oraz Davy’ego i Dorę Keathów.
 
B.M.: Która z przygód Ani wydaje się Panu najbardziej zabawna? Czy praca nad zabawnym tekstem upływa szybciej?
 
P.B.: Jestem świeżo po tłumaczeniu „Ani z Avonlea” i tam szukam odpowiedzi na Pani pytanie. Zabawna i bardzo prawdziwa, choć całkowicie niepoprawna politycznie wydaje mi się scena, w której Ania w porywie złości spuszcza lanie niepokornemu uczniowi, przez co sprzeniewierza się swoim ideałom, ale za to zyskuje szacunek delikwenta. Bardzo lubię pracować nad zabawnymi tekstami. Wspólnota poczucia humoru z autorem tłumaczonej powieści z pewnością ułatwia pracę.
 
B.M.: Przetłumaczył Pan też "Przygody Tomka Sawyera" Marka Twaina. Sam Twain bardzo polubił rudowłosą bohaterkę wykreowaną przez LM Montgomery. Czy i Pan podziela ten sentyment?
 
P.B.: Tak, podzielam ten sentyment. Zresztą wcale się Twainowi nie dziwię, bo jego styl i poczucie humoru są bardzo podobne do stylu autorki „Ań”. Moim zdaniem „Ania z Zielonego Wzgórza” to taki „Tomek Sawyer” dla dziewczyn. Obie książki tłumaczyłem i obie z ogromną przyjemnością.
 
B.M.: Czy tłumacząc utwory innych pisarzy, ma Pan czasem chęć zmienić bądź poprawić oryginalny tekst? Czy w książkach o przygodach Ani nastąpiła chwila buntu i zrodziła się w Pana głowie alternatywna wersja? Jeśli tak, to którą z przygód Ani najchętniej by Pan zmienił i w jaki sposób?
 
P.B.: Zwykle nie mam pokus, żeby coś zmieniać w warstwie fabularnej. Dla mnie przekład jest zabawą z językiem. W tej warstwie tłumacz ma pewną swobodę i może sobie „zaszaleć”. Oczywiście trzeba się trzymać w pewnych granicach, ale i tak zwykle jest okazja do twórczej satysfakcji.
 
B.M.: Dziękuję za rozmowę i życzę Panu, aby Pana tłumaczenia przyczyniły się do powiększenia grona wielbicieli Ani oraz twórczości Lucy Maud Montgomery.
 
P.B.: Dziękuję bardzo.
 
 

środa, 11 września 2013

Czytamy Anię!

W moim amoku po wizycie na Wyspie docieram do wielu interesujących artykułów, książek, inicjatyw, a przede wszystkim LUDZI, z których większość podziela moją fascynację Anią, a część osiągnęła poziom, do którego ja nawet nie aspiruję :) Czytam właśnie 5 książek równocześnie i korzystam z rad oraz wiedzy osób, które wyprzedziły mnie o lata świetlne w zgłębianiu życia i twórczości Maud (pozdrowienia dla pokrewnych dusz, które się właśnie zmaterializowały w bardzo intrygujących „opakowaniach” :)). Przy okazji dowiaduję się, kto jest kim, kto kogo lubi, a komu z kim nie po drodze w kręgach osób studiujących LM Montgomery. 
 
Kilka osób napisało do mnie, że mój blog (!!!) zachęcił je do przeczytania „Ani”! Fakt, że starałam się przemycić trochę ciekawych zdjęć licząc, że niektórych zainspiruję do ponownego zaznajomienia się z uroczą bohaterką z Zielonego Wzgórza, ale zupełnie nie liczyłam, iż znajdzie się grono osób, które lat naście mają już ciut za sobą, a które teraz sięgną po moją ukochaną „Anię z Zielonego Wzgórza” po raz pierwszy w życiu. Myślę, że nawet może z tego powstać nowy trend narodowy. A może i ogólnoświatowy! Jest jeszcze trochę języków, na które nie przetłumaczono Ani (przetłumaczono ją dotychczas na 34 języki – informacja, którą otrzymałam w Cavendish, choć w filmie na Zielonym Wzgórzu wspomina się o 17 językach) – tyle narodów nie wie, co traci! Trzeba to jak najszybciej zmienić. :) Czyż nie byłoby pięknie, gdyby „Cały świat czytał Anię”?
 
Od jakiegoś kraju należy jednak zacząć i Polska wydaje mi się być bardzo dobrym kandydatem (obok Kanady i Japonii). Po pierwsze „Ania z Zielonego Wzgórza” doczekała się pierwszego polskiego wydania zaledwie 4 lata po jej publikacji w USA, więc towarzyszy nam Polakom już od 101 lat. Kilka pokoleń Polek i Polaków zaczytywało się w Ani, a teraz nawet nowe pokolenia zaczytują się z obowiązku :). To daje nam znaczną przewagę nad innymi krajami. Polska być może jest też  numerem 1 w rankingu ilości osób marzących o wizycie na Wyspie Księcia Ewarda na 100 tys. obywateli :) A jak wszystkim wiadomo, jest to niezwykle ważny ranking :)
 

Bardzo ucieszyłam się, kiedy znalazłam kilka dni temu inicjatywę „Czytamy Anię” :) Jest to inicjatywa dwóch blogów książkowych, kierowana do wszystkich, którzy bez względu na to, ile mają lat, chcieliby ponownie (bądź po raz pierwszy) poczuć klimat Avonlea. Oto zasady (głównie dotyczące osób prowadzących blogi), a przyłączyć się można w każdej chwili (ja już dołączyłam! Kto jeszcze chce się spotkać na Zielonym Wzgórzu?).

Regulamin akcji:


1. Przystępując do wyzwania należy pobrać jeden z poniższych banerków i umieścić go na swoim blogu.
 


 
2. Książki czytamy chronologicznie według wieku Ani Shirley, tj:

- Ania z Zielonego Wzgórza (listopad-grudzień 2012)
- Ania z Avonlea (styczeń-luty 2013)
- Ania na Uniwersytecie (marzec-kwiecień 2013)
- Ania z Szumiących Topoli (maj-czerwiec 2013)
- Wymarzony dom Ani (lipiec-sierpień 2013)
- Ania ze Złotego Brzegu (wrzesień-październik 2013)
- Dolina Tęczy (listopad-grudzień 2013)
- Rilla ze Złotego Brzegu (styczeń-luty 2014)
- Ania z Wyspy Księcia Edwarda lub Spełnione marzenia (marzec-kwiecień 2014)
- Opowieści z Avonlea (maj-czerwiec 2014)
- Pożegnanie z Avonlea (lipiec-sierpień 2014)

3. Na przełomie poszczególnych miesięcy podanych w nawisach obok tytułów książek, umieszczamy na swoich blogach recenzje dotyczące danej części serii, zaznaczając jednocześnie, że wpis bierze udział w niniejszym wyzwaniu czytelniczym.

4. Linki do wpisów z recenzjami wysyłamy na adresy mailowe autorek blogów: Co warto czytać? i Kraina Czytania (felicja79@wp.pl lub aga510@op.pl) bądź zamieszczamy na stronie FB.

5. Podsumowanie wyników wyzwania będzie ukazywać się na blogach: Co warto czytać? i Kraina Czytania tuż po zakończeniu terminu przeznaczonego na przeczytanie każdej z książek serii.

6. W miarę możliwości popularyzujemy niniejsze wyzwanie czytelnicze również na swoich blogach poprzez zamieszczenie na nich odpowiedniej notatki.

7. Do wyzwania można przyłączyć się w każdej chwili, jednak recenzje podane po terminie przeznaczonym na przeczytanie danej części serii nie będą brane pod uwagę w podsumowaniu dwumiesięcznym, lecz dopiero w podsumowaniu końcowym.

8. Końcowe podsumowanie wyzwania ukaże się we wrześniu 2014 roku.



Oto link do akcji na FB:  https://www.facebook.com/CzytamyAnie
 
Mam nadzieję, że dołączy wielu lojalnych Wielbicieli Ani i nowych entuzjastów.

środa, 4 września 2013

Zielone Wzgórze na bis

Wiele osób marzy, aby pojechać kiedyś na Zielone Wzgórze. Przez bardzo długi okres czasu było to również moje marzenie. Pamiętam doskonale ten pierwszy raz... Życzę wszystkim czytającym ten blog, aby kiedyś udało się i Wam tam zawitać.
 
Dla wszystkich marzących o tej wizycie przygotowałam serię zdjęć z Zielonego Wzgórza. Mam nadzieję, że dzięki nim przybliżę Wam to miejsce. Zdjęcia te przedstawiają typową drogę osoby zwiedzającej Zielone Wzgórze. I choć nie zastąpią one wizyty, są wiernym obrazem tego, co widzi się na miejscu (zdjęcia pochodzą z lat 2006, 2012 i 2013) .
 

 

  
 
 
 
 
 
 
No i wchodzimy do środka :)
 
 
Parter domu:
 
 

 

 
 
 


 
 

 
 
Schody na piętro:

 
Piętro:
 
Facjatka Ani:
 
 


 
Pozostałe pokoje na piętrze:


 

 


 
 
Wyjście:
 
 
 
Stodoła Mateusza:
 
 
Ogrody na Zielonym Wzgórzu:
 



 
 Oczywiście będąc na Zielonym Wzgórzu ma się również okazję przespacerować Aleją Zakochanych (znajduje się ona po lewej stronie po wyjściu z Zielonego Wzgórza) oraz sprawdzić, czy naprawdę straszy w Lesie Duchów. Tuż przy wyjściu znajduje się świetnie wyposażony sklep z pamiątkami i książkami. Dla tych, którzy są zainteresowani krótką historią Zielonego Wzgórza i życiem oraz twórczością autorki z czasów, kiedy mieszkała ona na Wyspie, pokazywany jest 7–minutowy filmik w maleńkiej salce kinowej. W oczekiwaniu na kolejny seans można podziwiać zbiór ciekawych eksponatów – pierwsze wydania książek, maszynę do pisania, na której został „wystukany” pierwszy tom przygód Ani, listy LM Montgomery do przyjaciół i replikę 2 stron albumów, które prowadziła pisarka.